Dorosłość jako śmiertelna choroba


Jako nastolatka miałam absolutną ambę na punkcie muzyki. Ponieważ moi rodzice zbyt wiele jej nie słuchali, choć ojciec sobie schlebiał, jak to kiedyś się nią fascynował, doszłam do wniosku, że bycie dorosłym to jakaś totalna tragedia. No bo jak można przestać słuchać muzyki i nadal żyć? Muzyka była tak zespojona z kwintesencją mojego jestestwa, tak bardzo towarzyszyła mi w dobrych i złych chwilach, że wydawało mi się, iż życie bez niej będzie jak więzienie. Już lepiej umrzeć. Z drugiej strony, pocieszałam się, może wyrosnę na jakiegoś mutanta, który mimo upływających lat wciąż słucha swojej muzyki – choć nikogo takiego nie znałam.

Minęły lata i nawet nie zauważyłam, jak muzyki zaczyna w moim życiu ubywać. Dawna ja byłaby tym zbulwersowana. Uważałaby, że powinnam raczej popełnić samobójstwo, niż zaprzedać się temu okropnemu, bezdusznemu dorosłemu społeczeństwu.  Tymczasem ja śmiem żyć, choć od wielu już lat nie śledzę trendów muzycznych, a i wiele z tego, co kiedyś znałam, zapomniałam.  I nawet mnie nie rusza, że któryś z ulubionych zespołów zagra gdzieś w pobliżu, bo i tak nie chce mi się jechać, choć mogłabym.

Ale jak ze wszystkim, tak i z muzyką jest inaczej, niż się myślało. Bo można jej nie słuchać i przez 99% czasu o niej nie pamiętać, a wciąż ma się w duszy nienaruszoną przegródkę z nią. A kiedy raz po raz do tej przegródki się sięga, wrażenia są pyszne.  Pyszniutkie.

Więcej: mimo uwstecznienia odkrywa się wciąż nowych artystów, także takich których dwadzieścia lat temu uważałoby się za obciachowych.  Bo oprócz wrażliwości potrzeba pewnej wiedzy i doświadczenia, żeby się zachwycić Peterem Hammillem, Mercedes Sosą, Victorem Heredią. Wiedzy językowej, życiowej, literackiej, czasem też historycznej. Każda muzyka jest zakorzeniona w jakiejś rzeczywistości. Niektóre z tych rzeczywistości zawsze będę dla nas niedostępne, inne stają się dostępne z czasem, lecz rzadko bywa tak, żeby te kiedyś dostępne później się przed nami zamknęły. Wczorajsza ja z pewnością skrytykowałaby mój gust; dzisiejsza ja nie widzę obciachu w słuchaniu tego, czego słuchała ona, ba! większości wciąż chętnie słucham. Led Zeppelin, Joy Division, nawet Moskwa… no dobrze, Lady Pank jest lekko obciachowy, ale to podstawówka🙂

Dojrzewamy. Absorbujemy coraz więcej danych. Zaczyna nam brakować pamięci na wszystko. Jak mojemu komputerowi – dziś na przykład nie wyświetlił mi tła pulpitu, ale wciąż działa i mogę na nim wypisywać te mądrości. Niektóre rzeczy trzymamy gdzieś na peryferiach, sięgając po nie w chwili kaprysu i czasem na długie godziny znikając w świecie tak pięknym, że cała pozostała rzeczywistość redukuje się do jakiegoś nieuchwytnego „tam”. Tak jak wczoraj – P. wyjechał, a ja urządziłam sobie wieczór z Victorem i Mercedes. I nie mogłam przestać słuchać. A przy okazji odkryłam na płycie Victora niewysłowioną perłę, której wcześniej w ogóle nie zauważyłam.

Warto było dorosnąć. I warto dźwigać tę dorosłość na barkach. Z wiekiem człowiek się rozwija, nie zwija. Przynajmniej na razie. Pozdrowienia dla młodej mnie!

One response to “Dorosłość jako śmiertelna choroba

  1. Są rzeczy, bez których życie traci sens… przyjaźń, rodzina, pieniądze, tego wszystkiego może jutro nie być. Pasja dźwięku pozostaje na zawsze, jeśli tylko się ją ma.🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s