Półkolonie dla dorosłych

Ten wpis pierwotnie umieściłam na facebooku 22 czerwca br.

Wczoraj w naszym domu rozgorzała kłótnia o spędzanie wakacji. Bo ja znowu nas zapisałam na wycieczkę, która startuje z Krakowa, a nie z Poznania. Po dalszym drążeniu wyszło na jaw, że właściwie żadne z nas nie chciało jechać z tym biurem ani na tę konkretną wycieczkę. Ale mniejsza z tym. Wyjazdy z innego miasta są uciążliwe, trzeba załatwiać nocleg albo telepać się w nocy. Niestety nie znam żadnego dobrego i nieprzesadnie drogiego biura organizującego fajne objazdówki z Poznania – jeśli znacie z autopsji i możecie polecić (chyba raczej już na przyszłość niż na ten rok), to poproszę. Z kolei jadąc na wakacje we własnym zakresie człowiek, zwłaszcza niezmotoryzowany, od początku do końca musi sam wszystko załatwiać i o wszystko się martwić – o noclegi, transport, dojście z dworca do schroniska, wybór właściwych atrakcji i ich logistyczne poukładanie.

Oczywiście ten rodzaj podróżowania ma liczne plusy – można robić to, co się chce, nie jest się ograniczonym przez program wycieczki, więcej można poczuć z klimatu danego miejsca. Dlatego od dłuższego już czasu staram się zakosztować we wakacje i jednego, i drugiego. Zapisuję się na jakąś zorganizowaną wycieczkę, żeby przecierpiawszy już niedogodności związane z dojazdem do Krakowa czy Warszawy (i często noclegiem w tym miejscu albo spędzaniem nocy w pociągu) wsiąść do autokaru i być wożona, oprowadzana, podwożona pod hotel, nie musząc się o nic martwić. Do tego dochodzi możliwość poznania nowych i z założenia fajnych ludzi, a także – jako że przeważnie jeżdżę z tym samym, niewielkim biurem – spotkania starych znajomych. (W tym roku jedziemy z innym, więc pewnie na to ostatnie nie ma co liczyć, ale na resztę owszem). Oprócz wycieczki staram się jednak znaleźć czas, pieniądze i chęć w sobie na jakiś wyjazd niezorganizowany – czy to we dwoje, czy z grupą znajomych, czy też – niegdyś – sama.  Wymaga to wiele zachodu, ale też pozostawia wiele ciekawych wspomnień.

Okazuje się jednak, że przydałby mi się jeszcze jeden sposób spędzania wakacji, o którym nikt dotąd nie pomyślał (a przynajmniej nic mi o tym nie wiadomo). Otóż wczoraj mój małżonek stwierdził, że chętnie spędziłby część urlopu w domu. Skoro na co dzień musi się rano zrywać i biec do pracy, z której wraca niemalże wieczorem, z chęcią nadrobi zaległości w spaniu, czytaniu, oglądaniu filmów i leniuchowaniu. Ja, ze swej strony, wakacji spędzonych w domu nie uważam za wakacje. Żeby naprawdę odpocząć mentalnie, muszę zmienić otoczenie i tryb życia, odciąć się od problemów zawodowych i innych mnie nurtujących. To założenie stało się jeszcze bardziej prawdziwe, odkąd pracuję zdalnie z domu. Wprawdzie tak sobie teraz myślę, że gdybym nie lubiła choć trochę tej roboty, nie wytrzymałabym chyba takiego życia, ale nawet lubiąc ją, czuję od czasu do czasu potrzebę wyrwania się z domu/pracy. Nie wyobrażam więc sobie, że mając kilka dni wolnych od zajęć zawodowych, miałabym ich nie wykorzystać na jakiś wyjazd w celu naładowania akumulatorów. Co jednak zrobić, gdy mąż zastrajkuje, koleżanki nie mają urlopu, a samej już się nie chce nigdzie telepać?

I tu mnie olśniło: powinny istnieć półkolonie dla dorosłych! Z przyjemnością wspominam te z dzieciństwa, na które uczęszczałam do klubu „Kopernik”. Człowiek szedł rano i przez osiem (z grubsza) godzin miał zorganizowaną rozrywkę, oświatę, wyżywienie. Żarcie podsuwane pod nos, jeszcze do tego fajne, bo inne niż w domu, gry, konkursy, poznawanie innych dzieci, wyprawy na basen czy do kina (to podczas półkolonii poznałam choćby Fistaszki czy Asteriksa, a także nauczyłam się grać w szachy). Doszłam do wniosku, że dokładnie to chciałabym robić podczas wakacji, na które nie mogłam czy też nie zdecydowałam się wyjechać: uczęszczać na półkolonie! Iść sobie rano (nie miałabym nic przeciwko temu, żeby mąż zaprowadził mnie za rączkę, ale ponieważ wspominal coś o wyspaniu się, zadowolę się tym, że po południu mnie odbierze), mieć żarcie podsunięte pod nos, zorganizowany czas – chętnie przyjmę sporty, gry planszowe, wypad nad jezioro czy dłuższą wycieczkę po lesie – i poznać nowych znajomych, trzydziesto-, czterdziestolatków, z ich zainteresowaniami, pasjami, z których a nuż coś mi się udzieli; z ich wiedzą i osobowościami. Biegać, skakać, chodzić z kijkami, grać w ping-ponga albo nawet w grzybobranie. Wtedy naprawdę miałabym frajdę z takich niewyjazdowych wakacji, odpoczęłabym psychicznie, wzbogaciła się o nowe znajomości, doświadczenia, umiejętności. A późnym popołudniem wracałabym do męża, zadowolonego, że miał tyle godzin spokoju na spanie i klikanie. Może nawet udałoby mi się go wyciągnąć na przebieżkę? A nie, sorry. Byłabym już po tylu przebieżkach, że chciałabym tylko spać i klikać.

To jak? Kto zorganizuje półkolonie dla dorosłych? Po znajomości obstawiam klub „Krąg”. I jako pomysłodawczyni poproszę o zniżkę.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s