Mój wirtual

Od tygodnia nie wychodzę z domu i nie wiem, czy ktokolwiek to zauważył. A to dlatego, że miejscem mojej pracy i lwiej części życia towarzyskiego jest biurko z komputerem we własnym mieszkaniu. Gdyby nie nowoczesna technologia, pozostałoby mi zwolnienie lekarskie i czytanie książek, które zresztą też stanowią element wirtualnej rzeczywistości.

Wirtual istnieje od setek lat, być może od zarania ludzkich dziejów, choć rzeczywiście ostatnio strasznie się rozwinął. Wirtual to literatura, legendy, Biblia, produkty naszej wyobraźni – to, co nienamacalne, niefizyczne, lecz sięgające swoimi mackami do fizyczności na wiele różnych sposobów. Sceny w emocjonującej książce zmieniają chemię w naszym organizmie, wywołując przyspieszone bicie serca, wypieki, ciarki, nie tylko metafizyczne podniecenie. Czułe słowo, które napisał w liście do nas ktoś, kogo nigdy nie widzieliśmy, czy obejrzana w kinie fikcyjna historia uruchamiają cały łańcuch doznań tak naprawdę cielesnych, bo nawet wiersz, który pod wpływem takiego doznania napiszemy, powstał w wyniku specyficznej aktywności neuronów. Wirtual od zawsze jest nierozerwalnie spleciony z realem, ale i nie od dziś ich nagła konfrontacja potrafi wywołać poważny dysonans. W liceum korespondowałam – oczywiście tradycyjną pocztą – z koleżanką poznaną poprzez audycję Piotra Kaczkowskiego, który oprócz puszczania muzyki czasem prowadził kącik zapoznawczy dla melomanów (ustawa o ochronie danych osobowych była wówczas czymś równie niesłychanym jak internet). Pisałam z tą dziewczyną nie tylko o muzyce, ale i o wielu rzeczach ważnych i głębokich, o których nie porozmawiałabym z koleżanką z ławki. Dlaczego? Ot, po trosze dlatego, że koleżankę do korespondencji wybiera się według innego klucza niż tę z ławki, choćby były tym kluczem jedynie zespoły, których słuchamy (co wbrew pozorom wiele mówi o naturze człowieka, ale znów tylko wirtualnie). A także dlatego, że łatwiej jest porozmawiać z kimś o tym, co się czuje, przelewając swoje myśli na papier czy ekran komputera niż twarzą w twarz. Łatwiej się myśli, stres mniejszy, bo i czasu na zastanowienie dość, i obawa przed wyśmianiem słabsza, jako że byłoby to wyśmianie oddalone w czasie i przestrzeni – zwłaszcza zaś, gdy adresat naszych słów jest w realu nieznajomym i nie ma przed kim nas obgadać.

Znacie to uczucie, gdy długo z kimś pisząc lub go czytając wytwarzacie sobie w głowie jakiś jego obraz, a potem go spotykacie i dostajecie obuchem w łeb? Nie od niego. To nie on jest inny. Inne jest wszystko – on, wy, wasza wzajemna interakcja. Zamiast stanąć ze sobą twarzą w twarz, wpadacie na barierę obcości – to jest ona? Ta obca dziewczyna, która w dodatku przyszła tu ze swoimi znajomymi i z nimi się śmieje, to jest moja Natalia? Czuję się jak intruz, obca, przyklejona do swoich znajomych tak jak ona do swoich. Skrępowanie, trudność w zagajeniu rozmowy. Z obu stron chyba. I widać, że obie chcemy się bliżej poznać, bo tamci odprowadzają nas do miejsca naszego noclegu, chcą wpaść jutro, ale my jutro wyjeżdżamy.

Po tym spotkaniu korespondencja zaczęła słabnąć, pewnie nie tylko dlatego, że nie wytrzymała konfrontacji. Byłyśmy już na studiach, każda odkrywała nowy świat, nie czułyśmy się tak uwięzione jak w szkolnej ławie, tak spragnione bratniej duszy, przed którą można by się otworzyć. Sądzę jednak (mam więcej podobnych doświadczeń, choć tamto było jednym z pierwszych i trudniejszych), że zderzenie wirtualnego obrazu drugiej osoby i naszych wzajemnych stosunków w pewien sposób wpłynęło na wygaśnięcie naszych kontaktów. Przy czym nie jest tak, że tej przepaści, która dzieli stosunki wirtualne od realnych, nie można zasypać. Potrzeba czasu i chęci, by mentalnie zintegrować obie platformy istnienia, przyzwyczaić zmysły, otworzyć się na siebie w realu tak – lub prawie tak – jak w wirtualu, a potem kto wie, czy nie bardziej.

Natalii i mnie zabrakło czasu, a może także – w tamtym momencie życia – chęci, by zasypywać tę przepaść. Wciąż jednak mam jej listy, wciąż pamiętam, jak wiele radości i ulgi w szarym uczniowskim życiu dawała mi korespondencja z kimś, kto wykraczał poza tę szarość umysłem, zainteresowaniami, otwartością; kto dawał nadzieję, że gdzieś tam czeka na nas lepszy, pełniejszy świat. Obie byłyśmy dla siebie takimi latarniami w czasach, kiedy każda z nas najbardziej tego potrzebowała.

Nie wykluczam, że gdzieś obok, w mojej klasie, niezauważony przeze mnie przeszedł ktoś o podobnej wrażliwości i mentalności. Nie odnaleźliśmy się, bo zabrakło tej drugiej platformy – wirtualnego kontaktu, w którym jest miejsce na większą otwartość, na duchowe zbliżenie. Zwłaszcza w przypadku osób bardzo młodych, uzależnionych od układu towarzyskiego, uwięzionych w obowiązujących normach i konwenansach, real mógł się okazać niewystarczający do zbudowania bliskości. Może więc obie te platformy istnienia są wobec siebie komplementarne? Może klucz do bliskości leży w ich umiejętnej integracji?

3 responses to “Mój wirtual

  1. Z moich obserwacji/doświadczeń wynika, że:
    – kontakty wirtualne to fajny sposób podtrzymywania/utrzymywania znajomości niewirtualnej,
    – znajomości, które rozpoczęły się wirtualnie szybko się rozwijają (szybciej niż niewirtualnie), ale bez podtrzymania poprzez kontakty realne szybko gasną

  2. To pierwsze na pewno, a drugiego nie jestem pewna. Zauważyłam, że są osoby, które wolą się spotykać, a pisanie to dla nich zło konieczne, gdy spotkać się nie można. I są takie jak ja, które pełniej realizują się w pisaniu😉

  3. To co napisałaś jest w tak najprostszy sposób mądre, że nie wymaga najmniejszego komentarza.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s