Kulki z chleba

Nie jest tak źle z tym światem. Wciąż można kupić kawę w ziarenkach i chleb niekrojony, nieworkowany. Jak się taki chleb kroi, sypie się z niego mnóstwo okruszków, z których potem można ulepić kulkę. Gorzej się sprawy mają z nośnikami dźwięku i obrazu. Doceniam wyższość płyty CD, a zwłaszcza DVD nad kasetą (choć i płyta zaczyna powoli być passé), bo i się nie wkręca, i więcej mieści, i jakość lepsza; tyle że zostałam ze stertą kaset, na których są jakieś fajne rzeczy, a ja nie mam ich już na czym odtworzyć. Na razie rzecz dotyczy tylko kaset wideo, bo mój magnetofon kasetowy jeszcze działa i nawet P. wykombinował sposób na przegranie ich zawartości do komputera, ale jeśli będę się do tego zabierać jeszcze przez następnych dziesięć lat, mogę się spóźnić. I nie chodzi już tak bardzo o muzykę, choć wiem, że niektóre rzeczy trudno, a przede wszystkim drogo byłoby odzyskać, lecz o inne różności – rozmowę z moją nieżyjącą od czternastu lat babcią, materiały z konferencji prasowej Petera Hammilla, Jonathana Carrolla czy B.B. Kinga, jakieś wygłupy z liceum. Proszę, kopnijcie mnie w tyłek, żebym to przegrała, nim będzie za późno.

Mam i garść płyt analogowych, których od dawna nie mogę słuchać, lecz nad tym akurat faktem zbytnio nie boleję. Analogi ładnie wyglądają, ale ponieważ zawierają identyczny materiał jak kompakty (plus trzaski, minus bonusy), spełniają dla mnie głównie funkcję estetyczno-kolekcjonerską. Z Kanady na przykład przywiozłam sobie całkiem sporo analogów wiadomego zespołu, choć w tamtym okresie nie dysponowałam już gramofonem (w radiu mnie nauczyli, żeby nie mówić na to „adapter”, bo adapter to tylko część urządzenia). Lubię sobie czasem na nie popatrzeć, tak jak na papierowe fanziny. Mam też grubą, niezamykającą się tekę z wycinkami z czasopism na różne muzyczne tematy, pisanymi na maszynie i pełnymi błędów tekstami piosenek kupowanymi w Rock Serwisie, a poza tą teką, bo się nie zmieściły, kilka całych „Magazynów Muzycznych”. Może i nie są mi na nic potrzebne, ale biorąc pod uwagę żal, który ściska mi pewną część ciała na myśl o wszystkich wyrzuconych numerach „Na przełaj”, nie mam zamiaru ryzykować. Z jeszcze bardziej sentymentalnych przyczyn nie wyrzucam dwóch rzeczy zupełnie już bezużytecznych – kilku radiowych taśm stacyjnych, na których nie wiem nawet, co się znajduje i gdzie można by to odsłuchać (legenda głosi, że w „Merkurym” mają jeszcze takie magnetofony), oraz kawałek sklejki do takich taśm, która pewnie nic już nie klei, lecz biorąc pod uwagę jej deficytowość w pewnym okresie, nie mam serca jej wyrzucić. Później nawet w biednym akademickim radiu „Afera” pojawił się komputer i montowanie materiałów stało się prostsze – acz nie dla mnie, bo kończyłam już wówczas swoją radiową zabawę i nigdy się tego nie nauczyłam.

Przechowywanie materiałów audiowizualnych staje się obecnie łatwiejsze. Raz, że nośniki zajmują coraz mniej miejsca i coraz więcej mieszczą (choć dziwnym trafem i miejsca na dyskach, i w domu zawsze jest za mało), dwa, że chyba nie powinno być takich problemów z przenoszeniem materiałów na nowsze nośniki – wystarczy, że są zapisane w odpowiednim formacie, który zresztą też można zmienić. Co z kolei mi przypomina, że mam mnóstwo rzeczy na dyskietkach, które powinnam przejrzeć, póki jeszcze moi rodzice mają stację dyskietek w swoim kompie. I tu się wyłania prawdziwy problem: im łatwiejsze staje się gromadzenie, tym więcej gromadzimy, nie mając nawet czasu tego przejrzeć, nie mówiąc już o skatalogowaniu. Kiedy jakiś nośnik idzie do lamusa, odsyłamy tam z nim mnóstwo wartościowych materiałów, zatopionych w powodzi obrazów i dźwięków, z której trudno wyłowić jakąś melodię.

Staram się przed tym bronić. Książki wciąż gromadzę głównie na półkach, a nie w plikach, bo wtedy mają twarze – twarze, które patrzą na mnie z wyrzutem, pytając, dlaczego jeszcze ich nie przeczytałam, nie otarłam z kurzu. Cierpię z tego powodu, bo nigdy się nie wyrabiam, lecz teraz, kiedy to piszę, czuję się przez moment uszlachetniona tym cierpieniem. Każda rzecz pojedyncza, oddziałująca na jak najwięcej zmysłów, jak książka, która ma okładkę, pachnie farbą lub starym papierem, czcionkę ma za dużą lub za małą, bardziej zapada w pamięć i w serce. Kawa, którą samemu trzeba zmielić, chleb, który trzeba pokroić, lepiej smakuje. Czasu cofnąć nie można i nie trzeba. Ba, nawet nie należy! Dużo zmieniło i zmienia się na lepsze, a my musimy tylko uważać, żeby nie wpaść w pułapki tych wszystkich ułatwień, niosących ze sobą groźbę zrobienia z nas bezwolnych Elojów, które mają wszystko oprócz rozumu. Myślę sobie jednak, że te wynalazki są dziełem takich samych ludzi jak my, więc chyba rodzaj ludzki jeszcze się nie uwstecznia. Wynalazki pozwalają nam oszczędzić czas i miejsce. Ale to my sami decydujemy o formie, w jakiej przechowujemy poszczególne dzieła na półkach i w sercach.

Wciąż możemy lepić kulki z chleba i sypać do młynka ziarenka kawy. A dzieciaki wciąż się bawią na boisku i przy trzepaku.

2 responses to “Kulki z chleba

  1. My sentiments exactly. Tłumaczenia, do których mam prawa autorskie, na dyskietkach… Nagrania z liceum na mini-kasetach… Muszę je przegrać przystawiając do mikrofonu dyktafon na mini-kasety (tylko gdzie on jest, u licha, po mojej wyprowadzce?).

  2. Ciekawe, czy istnieje takie rozwiązanie jak przy kasetach wideo, mianowicie normalnych rozmiarów tzw. kaseta matka, do której wkłada się tę małą i można ją odtwarzać na normalnym sprzęcie. Wtedy mogłabyś przegrać przez kabelek i jakość byłaby lepsza. Ja mam teraz dyktafon cyfrowy i nagrywam różne fajne rozmowy – kiedyś coś z tego tu przedstawię, jeśli rozmówcy się zgodzą.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s