Dwa tysiące baranów

Bezsenność jest gorsza od każdego koszmaru, bo nie można się z niej obudzić. Zresztą koszmary miewam rzadko, choć niedawno przyśnił mi się koszmar komunikacyjny, co nie powinno dziwić nikogo, kto ostatnio był w Poznaniu. Bezsenność w różnych okresach życia towarzyszyła mi częściej lub rzadziej. W obecnym okresie rzadziej, ale z powodu choroby (trzy tygodnie w plecy, najpierw leczenie domowymi sposobami, potem źle dobrany antybiotyk, od dwóch dni nowy – mam nadzieję, że skuteczny) znów miałam okazję spotkać się ze swoją starą, niedobrą znajomą. Bezsenna noc to otchłań nudy i męki. Kręcisz się, wiercisz, szukasz wygodnej pozycji, ale zawsze albo coś boli, albo uwiera – a nawet jeśli nie, to z czasem i tak cierpniesz i znów przewracasz się na drugi bok, na plecy, na brzuch. Może pozycja w „eskę” na kształt konika morskiego okaże się odpowiednia? A co z rękami – schowane pod kołdrą, czy może rozłożone jak u Jezusa na krzyżu? Zbawienie czasem przychodzi, a czasem nie. Najczęściej jest tak, że gdy robi się cicho, ciepło i sennie, myślisz sobie: „Ha! Teraz chyba zasnę” – i wszystko zaczyna się na nowo. Albo ten nagły strach przed blackoutem, urwaniem się świadomości. Wtedy sobie przypominam, jak pewnego razu w pociągu zasnęłam pięć razy między Mosiną a Poznaniem, tłumaczę, że to będzie tylko chwila, ale im intensywniej myśli krążą w głowie, tym bardziej niewiarygodne staje się to, by miały się kiedykolwiek urwać choćby na chwilę.

Żeby zapobiec rozmyślaniom i ukołysać się do upragnionego snu, zaleca się liczenie baranów. Kilka nocy temu wypróbowałam ten sposób. Naliczyłam dwa tysiące i nic. Możliwe zresztą, że baranów było tysiąc osiemset dziewięćdziesiąt albo dwa tysiące sto dziesięć, bo strasznie trudno zliczyć takie ruchliwe i podobne do siebie zwierzaki, niemniej ja naliczyłam ich dwa tysiące i odpuściłam. Potem próbowałam śpiewać sobie w głowie piosenki Edyty Geppert. (Zawsze mnie zastanawiało, jakim cudem w ogóle można śpiewać w głowie, ale można – można nawet fałszować i wiedzieć o tym, lecz nie móc nic na to poradzić, zupełnie jak wtedy, gdy się śpiewa na głos). Niestety okazało się, że nie pamiętam dłuższego fragmentu żadnej. Najlepiej szło mi Sarajewo, ale zawsze w końcu wcinał się Nohavica ze swoim „tam zítra budeme se lásko brát”. W końcu przerzuciłam się na koncert skrzypcowy Czajkowskiego. Z efektami specjalnymi, bo zza ściany co rusz dobiegało tup tup tup tup TUP, tup tup tup tup TUP, tup tup tup tup TUP, brzdęk! zgrzyyyyt. To lud do pracy się udawał, czy cholera wie gdzie. Wszyscy chodzą na szóstą czy jak? Windy nie znają? Najwyraźniej odpowiedź na oba pytania brzmi „tak”, bo przed godziną szóstą przewinęło się chyba z piętnastu tupaczy oraz kilku cichociemnych, przy których słuchać było tylko brzdęk! kratki na dole i zgrzyyyyt otwieranych drzwi bloku. Ach, no i oczywiście jest też sąsiad, który przez całą noc się kręci i przesuwa jakieś ciężkie sprzęty. Zresztą gdyby nawet zapanowała absolutna cisza, niczego by to nie gwarantowało. Pewnie przeszkadzałoby mi bicie własnego serca. Tupacze zapewne co noc tak tupią, a jednak na ogół ich nie słyszę.

Wystarcza jedna taka noc, by dojść do wniosku, że jeśli ktoś na dłuższą metę ma problemy ze snem, powinien zgłosić się do lekarza po odpowiednie tabletki, bo koszmary bezsenności sieją w organizmie większe spustoszenie niż działanie (dobrze dobranych) leków. Poza tym sama świadomość, że po taki lek można w każdej chwili sięgnąć, może zadziałać uspokajająco. Osobiście mam doświadczenie jedynie z lekiem ziołowym, o którym do dziś nie wiem, czy działa naprawdę, czy na zasadzie placebo, bo o ile zawsze po nim zasypiałam, o tyle działo się to przeważnie po godzinie lub dwóch. Na szczęście mnie taka noc zdarza się raz na jakiś czas, nawet jeśli w czasie choroby oznacza to raz na dwie noce, i stanowi dobre natchnienie do wpisu na blogu, a także pretekst do przypomnienia sobie paru fajnych piosenek i co najmniej jednego filmu. Filmu z wychudzonym (bynajmniej nie komputerowo) Christianem Bale’em w roli mechanika, który nie śpi od roku…

Oglądałam ten film w dość ponurym okresie swojego życia, gdy trudno mi było choć na moment pozbyć się z głowy problemów, a tu nagle siedzę w kinie Rialto i odlatuję mentalnie w kosmos. Katharsis. Totalna niepamięć wszystkich problemów, wsiąknięcie w historię sączącą się z ekranu. Później zaczęłam oglądać inne filmy Andersona, ale ten był najlepszy. Transsiberian i Session 9 też godne polecenia, i w sumie wszystkie trzy można nazwać thrillerami, ale Mechanik obywa się bez jatki, którą zastępuje duszna atmosfera bezsennych nocy bohatera. Nie rozpoznałam Bale’a w tym filmie, co poniekąd mogło wynikać z tego, że wcześniej widziałam go tylko w dwóch, z których w jednym ważył dobre 30 kilo więcej, a w drugim miał jakieś 13 lat. Tak czy owak bezsenności nikomu nie polecam, a barany najlepiej liczyć na kalkulatorze.

Sweet dreams!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s