„P” jak pasja

Sądzę, że każda pasja, podobnie jak przyjaźń i miłość, po trosze jest dziełem przypadku, a po trosze logicznego porządku.  Przypadkiem jest sam fakt zetknięcia się z późniejszym przedmiotem swojej pasji, a także to, że stykamy się z nim w odpowiednim momencie. Kiedy indziej może nie zwrócilibyśmy uwagi na tę osobę, książkę, zespół, zajęci innymi sprawami, zbyt weseli lub zbyt smutni, zbyt lekko lub zbyt poważnie traktujący życie.  Gdy już potencjalny przedmiot naszej pasji wstrzeli się w swój czas, musi jeszcze wystąpić warunek sin equa non – obiekt musi mieć coś, czym nas uwiedzie. Początkowo mogą to być cechy powierzchowne, jak urok osobisty, ładna linia melodyczna, ciekawa historia, lecz jeśli pasja ma trwać, musimy zobaczyć w jej przedmiocie odbicie samego siebie, być może wzmocnione, upiększone, dojrzalsze, a może równie niedoskonałe jak my sami, a przez to jeszcze bardziej do nas podobne.

Jako nastolatka byłam zachłanną słuchaczką muzyki. Zaczęło się od obecnego w radiu i telewizji w latach 80. popu/rocka, potem przyszedł punk, zimna fala, metal, hard rock i blues – z jednej fascynacji rodziła się kolejna, z punka Joy Division, z metalu Led Zeppelin, z hard rocka blues. Słuchało się tych programów, które puszczały daną muzykę, a słuchając ich, przechodziło kolejne wtajemniczenia muzycznej wiedzy. Byłam w trzeciej klasie liceum, gdy Tomasz Szachowski w cyklu audycji bodaj w „Dwójce”, być może nazywającym się Klub Stereo („leciał” codziennie przez cztery lub pięć dni w tygodniu o godz. bodaj 18.30 i w poszczególnych tygodniach prowadziły go różne osoby, które na ogół poświęcały cały tydzień jednemu wykonawcy) zaczął prezentować płyty zespołu Rush. Nagrałam wówczas dwie, bo dwa razy w tygodniu chodziłam na francuski i nie mogłam😉, ale to wystarczyło, żeby mnie zaciekawić. Audycje Szachowskiego trafiły na podatny grunt: z jednej strony prezentowana muzyka była w miarę podobna do tego, co znałam wcześniej (wielbiłam Led Zeppelin i pałałam miłością do Roberta Planta, choć koleżanki śmiały się ze mnie, że jest stary), a z drugiej niosła ze sobą jakiś powiew świeżości. Jako że byłam dość dobra z angielskiego, szybko zauważyłam, że nowo poznany zespół ma do powiedzenia coś więcej niż tylko „I ain’t joking woman, I’ve got to ramble”. W którymś momencie zaczęłam sobie tłumaczyć teksty i wsiąkłam na dobre. Na jak dobre – o tym wtedy, przed dwudziestu paru laty, nawet mi się nie śniło.

Co zabawne – doskonale rozumiem ludzi, którzy nie cierpią Rush. Uważam, że Geddy ma okropny głos i wygląda dziwnie (to samo można powiedzieć o mnie, więc poniekąd sprawdza się teoria lustra). Tyle że ten głos jest jedną z rzeczy, które nadają oryginalności brzmieniu zespołu, podobnie jak głos Davida Surkampa z Pavlov’s Dog czy Burke’a Shelleya z Budgie. Druga rzecz to ta, że Geddy Lee uchodzi (mam nadzieję, że słusznie) za jednego z najlepszych basistów rockowych na świecie, a trzecia – że tych trzech facetów gra razem od 1974 roku, co w zasadzie trudno sobie wyobrazić, ale jeszcze trudniej wyobrazić sobie, że mogłoby dojść do jakiejś roszady. Inna rzeczą, jaką krytycy zarzucają zespołowi, jest zbytnie podążanie z duchem czasu, czyli zmiany stylu w zależności od epoki – od progresywnego hard rocka z rozbudowanymi suitami w latach 70. poprzez przewagę klawiszy w 80. i powrót do surowszych, ostrzejszych rytmów w 90. I o ile rozumiem, że można się na to zżymać, o tyle dla fanki z tyluletnim stażem jest to także zaleta, bo ileż można słuchać grających na jedno kopyto przez pół wieku Stonesów czy Purpli. Mimo wszystkich transformacji duch w muzyce pozostawał ten sam – w dużej mierze dzięki tekstom Neila Pearta, który okazał się postacią nietuzinkową, zachłannym czytelnikiem i domorosłym, acz całkiem ciekawym myślicielem. Z perspektywy czasu nie potrafię ocenić, w jakim stopniu twórczość Rush wpłynęła na moje życie, ale na pewno bez tej trójki (podobnie jak bez wielu innych spotkanych pośrednio lub bezpośrednio ludzi) byłoby ono nieco inne. Nie mam też pojęcia, jak doszło do tego, że uzbierałam sporą kolekcję rzeczy związanych z zespołem, bo nigdy nie miałam zapędów kolekcjonerskich, a wręcz jestem minimalistką – lubię mieć tylko to, co jest mi naprawdę potrzebne lub bardzo dla mnie ważne. Ponieważ ostatnio na blogu snułam jakieś rozważania, które mogły, ale nie musiały nikogo zainteresować, postanowiłam tym razem wrzucić trochę mięsa w postaci zdjęć przedmiotów z mojej uzbieranej mimochodem kolekcji.  W końcu internet jest nie tylko do czytania, ale też do oglądania.

Obecnie na kasetach mam tylko bootlegi i różne rarytasy, ale początkowo zgromadziłam na nich wszystkie wydawnictwa zespołu. Część nagrałam z radia, a kiedy na początku lat 90.  zaczęły wyrastać jak grzyby po deszczu wypożyczalnie/przegrywalnie płyt CD (dla osób nieco młodszych to abstrakcja, lecz wtedy nie było jeszcze ustawy o ochronie praw autorskich), uzupełniłam swoją kolekcję w takich przybytkach – szczególne dzięki dla Roberta, który prowadził wypożyczalnię przy ul. Św. Marcin, mniej więcej w miejscu obecnego Omnibusa, i miał większość, jeśli nie wszystkie płyty Rush. Korzystałam też z usług Lasera 66 na Głogowskiej, wypożyczalni na pięterku przy ul. 28 grudnia (nazwy nie pomnę) i jeszcze jednej, znajdującej się albo przy Dąbrowskiego, albo którejś z jej przecznic. Tę ostatnią przegrywalnie wspominam z mniejszym sentymentem, bo podczas nagrywania dla mnie płyty Simple Minds ewidentnie  przeskakiwał im kompakt.

Ponieważ nie było wówczas internetu, dostęp do źródeł na temat ulubionego zespołu był trudny. Rynek płytowy już się nasycił, więc jeśli miało się dość kasy, można było zacząć gromadzić oryginalne albumy (ja kupiłam kompakt Foniki w 1991 roku, a pierwszą płytą, jaką nabyłam – dzień wcześniej – była Moving Pictures wiadomego zespołu), natomiast dostęp do bibliografii, artykułów i temu podobnych był trudniejszy. Ba, nawet zdobycie tekstów stanowiło pewien problem, acz czasem panowie z przegrywalni godzili się na wyniesienie okładki płyty do ksera, jeśli się im zostawiło coś w zastaw. Bardzo pomocna okazała się wówczas firma „Rock Serwis” Piotra Kosińskiego, który nie był jeszcze znanym (przynajmniej ogólnopolsko) radiowcem, tylko facetem publikującym pisane na maszynie książeczki z tekstami oryginalnymi i tłumaczonymi na polski, a także disco- i biografie zespołów. Teraz „Rock Serwis” znany jest przede wszystkim jako ambitny internetowy sklep płytowy, ale współorganizuje też koncerty i wciąż prężnie działa na rynku dobrej muzyki.

W końcu tak się rozochociłam, że postanowiłam zorganizować w zaprzyjaźnionym lokalu zlot fanów zespołu. Na ulotce nie ma niestety informacji, który to był to był rok (sądzę, że 1994), ale musiałam być bardzo młoda, skoro porwałam się na coś takiego. Na szczęście zjawiło się tylko kilka osób, parę miejscowych i czwórka z Wałbrzycha, i spotkanie wyszło nawet nieźle, a z częścią obecnych na nim osób długo utrzymywałam kontakt. W prowadzeniu spotkania pomógł mi Jacek, kolega z akademickiego radia Afera, w którym udzielałam się przez większośc lat 90., a potem przez chwilę na początku nowego wieku.

Raz nawet udało mi się załatwić od firmy Warner Poland CAŁĄ płytę Test for Echo! Nie mogę uwierzyć, że byłam tak śmiała, ale najwyraźniej pasja uskrzydla. Musiałam im w zamian obiecać, że tytułowy utwór znajdzie się na naszej radiowej playliście, czyli liście obowiązkowo granych ileś razy w tygodniu utworów, a najlepiej jako powerplay, czyli ten grany najczęściej. Złożyłam tę obietnicę nieco na wyrost, gdyż byłam tylko szeregową członkinią redakcji muzycznej, ale udało mi się przekonać kolegów, a playlistę zachowałam na pamiątkę.

Z czasem zaczęłam prowadzić korespondencję z fanami z zagranicy, a także sprowadzać dwa istniejące wówczas fanziny poświęcone twórczości zespołu. Dysproporcje między złotówką a zagranicznymi walutami były wówczas większe niż dziś, ale jakoś wysupłałam pieniądze na prenumeratę amerykańskiego „A Show of Fans”. Z czasem popełniłam nawet jeden, a może więcej tekstów do tego pisma.

Powyżej ten jeden, który popełniłam na pewno. Oczywiście wiecie, że po kliknięciu obrazek otwiera się w większym rozmiarze, a potem można go jeszcze powiększyć? Tak czy owak część mnie ma nadzieję, że się nie doczytacie, co tam pod koniec pisałam. Teraz nigdy nie napisałabym o kimś, że jest prostytutką, bo puszcza disco w radiu dla pieniędzy. Nie chcę powiedzieć, że sama bym to robiła. Po prostu rozumiem, że ludzie znajdują się w różnych życiowych sytuacjach i to, co robią, to wyłącznie ich wybór. Ale młodość jest gniewna. Myślę, że po prostu się bałam, iż sama nie dochowam wierności swoim ideałom, i dlatego tak zaciekle krytykowałam tych, którzy – jak mi się zdawało – od nich odeszli. A przecież moje ideały nie musiały być ich ideałami, z pewnością zaś ich życie nie było moim i nie miałam żadnego prawa ich oceniać. Oceniać mogę jedynie siebie i staram się, żeby ta ocena wypadała pozytywnie.

Drugi „rushowy” fanzin, „The Spirit of Rush”, wychodził w Anglii. Prenumeratę tego wyłudziłam, nie pamiętam, czy w ramach wymiany za mój minifanzin, o którym poniżej, czy pod pretekstem działalności radiowej. Tam też popełniłam jeden dłuższy tekst, który możecie znaleźć w podsekcji On Neil Peart and Ayn Rand sekcji English niniejszego bloga. „A Show of Fans” przestał istnieć, gdy rozwiedli się Steve i Mandy Streeterowie, którzy go prowadzili. Parę lat później zmarł nagle Mick Burnett i „Spirit” także się rozpadł. Zresztą w tamtym czasie całe fanzinowe życie przeniosło się już do internetu…

Ale zanim jeszcze tak się stało, zorganizowałam mój własny minifanzin, właściwie bardziej newsletter, dla polskich fanów. W punkcie szczytowym miał kilkunastu czytelników, ale pisano do nas nawet z zagranicy! Prawie każdy czytelnik był jednocześnie współautorem zinu – pisał artykuły czy choćby listy, tłumaczył teksty. A tak naprawde fanzin powstał dlatego, że wymyśliłam dla niego nazwę – „Realms Beyond the Night” – i uważałam, że jest to tak fajna nazwa, iż musi zaistnieć coś, co będzie ją nosiło. Tytuł, rzecz jasna, był cytatem z Rush, a konkretnie z utworu 2112:

I wandered home through silent streets
and fell into a fitful sleep
Escaped to realms beyond the night
Dream, can’t you show me light?

Działającego gramofonu już wówczas nie miałam, ale gdy w roku 2000 buszowałam po zagranicznych sklepach z używanymi płytami, zapragnęłam sprawić sobie kilka analogów zespołu. Poniżej zamieszczam zdjęcie Hemispheres (większość albumów Rush, także tych jednopłytowych, miała otwierane okładki), na którym znalazł się charakterystyczny obrazek mózgu (nie ma go na kompakcie), bardzo kojarzący mi się z tym, co wieeeele lat później umieścił na swojej płycie zespół Tiles. Oczywiście możecie powiedzieć, że mózg to mózg, tak samo pofałdowany i tak dalej, ale biorąc pod uwagę fakt, iż muzycy Tiles ochoczo się przyznają do wpływu Rush (aczkolwiek pod pewnymi względami uczeń przerasta mistrza, bo na przykład Paul jest moim zdaniem znacznie lepszym wokalistą niż Ged), można mieć podejrzenia. Tak czy owak, obie płyty warte wysłuchania i to nie jednokrotnego.

Czy nadal darzę Rush takim uwielbieniem jak kiedyś? Na to pytanie nie da się odpowiedzieć przynajmniej z jednego powodu – nie wiadomo, co znaczy to „kiedyś”. W różnych okresach moja fascynacja przybierała różne formy. Nie wiem, czy dziś chciałoby mi się jechać na koncert do Pragi, spędzając dwie noce z rzędu w pociągach/samochodach (podziękowania dla pana z Głogowa, który zabrał nas na stopa z powrotem, bo inaczej tkwilibyśmy w Pradze do rana – tak, wiem, że Praga jest piękna, ale nie, gdy ma się za sobą jedną nieprzespaną noc i w perspektywie kolejną), ale gdyby nawet taki koncert się odbył i gdybym na niego nie pojechała, mam już w życiorysie jeden koncert Rush, a chęć przeżycia kolejnego siłą rzeczy nie jest tak wielka jak chęć zobaczenia zespołu po raz pierwszy – i być może ostatni. Kiedy wyjdzie nowa płyta zespołu (który na szczęście wydaje je teraz dość rzadko), na pewno ją kupię. Składanek, diwidików i tym podobnych już nie gromadzę. Wciąż jednak Rush stanowi bardzo ważną część mojego życia, jak dobry przyjaciel, od którego wiele się nauczyłam, który w trudnych chwilach pocieszał i pomagał znaleźć drogę. I oczywiście nie jest tak, że mam tylko tego jedynego przyjaciela. Nawet w świecie muzyki, choć żadnemu artyście nie poświęciłam tyle czasu i miejsca na swoich półkach, istnieją inne bardzo ważne dla mnie postacie. Zwłaszcza jedna. Kiedyś o niej napiszę.

Tymczasem kończę ten przydługi wpis, licząc na to, że nie znudziłam Was śmiertelnie. Kto wie, może nawet posłucham sobie Rush na dobranoc?

Tom Sawyer
YYZ
Overture/The Temples of Syrinx from 2112
The Trees

Driven
Body Electric

4 responses to “„P” jak pasja

  1. Jaka ładna playlista.. Aż się łezka w oku zakręciła..

  2. tak, zwiedzanie Głogowa nocą było fajnym bonusem pokoncertowym !

  3. W dobrym towarzystwie!

  4. Bardzo dobry artykuł, bardzo fajnie czytać że są jeszcze inni Rush-fani. Kiedy byłem mlody jakś na poczatku wieku myślalem że jast nas tylko dwóch na świecie i było to dosyć smutne… więc zostało mi do tej pory że kiedy poznaje kolejnego fana Rush to witam go jak odnalezionego członka rodziny😀

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s