Obcy

Zasadniczo nie cierpię polityki. Denerwują mnie te wszystkie gadające głowy. Niestety w normalnym kraju, w jakim żyjemy, polityka miesza się z życiem i nie da się uniknąć obcowania z nią, zwłaszcza w tak gorących dniach jak te. Wybaczcie więc ten tekst. Obiecuję, że częściej będę pisać o bardziej górnolotnych i ponadczasowych tematach. Mam zresztą nadzieję, że poniższe rozważania też są w dużej mierze ponadczasowe.

Dwa dni przed wyborami parlamentarnymi ciocia przysłała mi ksero wywiadu z niewiadomego czasopisma[1] z Zytą Gilowską, którą skądinąd cenię, a nawet lubię. W tym wywiadzie pani Zyta rzecze tak: „Coraz silniejsze są też środowiska, które walczą z chrześcijaństwem [podkreślenie moje – m.], choć tylko ta religia [podkreślenie moje – m.] perfekcyjnie łączy silną jednostkę z silną wspólnotą, niczego jednostce nie odbierając”. Nie będę polemizować z tezą zawartą w drugiej części cytowanego zdania, bo teza ta nie została nijak uzasadniona. Jeśli ktoś mówi, że coś jako jedyne perfekcyjnie spełnia jakieś postulaty, oczekuję wyjaśnienia, w jaki sposób je spełnia i dlaczego jest jedyne. (O tym pani Gilowska już nie mówi, w kolejnym zdaniu przechodząc do analizy przyczyn ekonomiczno-politycznych warunkujących powodzenie wspomnianych środowisk). Przypuszczam, że przedstawiciele innych wyznań mogliby tu zaoponować, ale mnie uderzyło coś innego: sformułowanie „tylko ta religia” wydaje się sugerować, jakoby w ogóle nie istniała taka opcja jak brak religii.

Być może pani Zycie tak się powiedziało, a mówiąc „religia” miała w istocie na myśli światopogląd. Owo przejęzyczenie (?) dobrze jednak oddaje stosunek środowisk konserwatywnych (w polskim tego słowa znaczeniu) i samego Kościoła do osób niewierzących. Podobno w oficjalnych statystykach jako odsetek katolików w Polsce podaje się odsetek osób ochrzczonych w Kościele katolickim (tylko to może wyjaśniać szacunki na poziomie powyżej 90%). Ponieważ przytłaczająca większość tych osób została ochrzczona w niemowlęctwie, fakt ów kompletnie nic nie mówi o ich światopoglądzie. Co więcej, nie bardzo wiadomo, jak sprawdzić, czy z kościelnych statystyk są wykreślane osoby, które złożyły apostazję, czyli wystąpiły z Kościoła. To jedna z przyczyn, dla których wiele osób nie decyduje się na ten krok, albo raczej na odwrót: gdyby było pewne, że nas wykreślą, mielibyśmy większą motywację do przejścia upokarzającej, opartej na prawie kanonicznym procedury, w myśl której najpierw należy uzyskać w parafii swego chrztu odpis aktu chrztu (najlepiej unikając wyjaśnienia, po co się go potrzebuje, gdyż mogłoby to opóźnić procedurę i poskutkować próbami nawrócenia nas), potem zaś zadzwonić do parafii swego zamieszkania, umówić się i dopiero z przygotowanym pismem oraz dwojgiem świadków (Ratunku! O czym niby oni mają zaświadczyć? Że jestem niewierząca? Toć to wiem tylko ja sama. Że nie chodzę do kościoła? To chyba wiedzą tylko domownicy, ewentualnie wścibscy sąsiedzi) udać się do parafii, by złożyć akt apostazji i wtedy już na pewno wysłuchać kazania, bo ksiądz jako duszpasterz ma obowiązek próbować nas nawrócić ze złej drogi. Zdaje się, że później jeszcze raz trzeba się udać do kościoła celem odbioru zaświadczenia o usunięciu nas z ksiąg, a ponoć bywa, że trzeba dzwonić do kurii i monitować, bo nasza apostazja nie doszła.

Biorąc pod uwagę te hocki-klocki, jestem szczerze zdziwiona, że komukolwiek chce się w to bawić. Sama noszę się z tym zamiarem od dłuższego czasu, ale zniechęca mnie procedura, w szczególności zaś sam fakt, że będąc od dawna niewierząca i nie mając z Kościołem nic wspólnego, w ogóle miałabym się tam udawać i wypisywać się stamtąd zgodnie z przepisami prawa kanonicznego, czyli prawa obowiązującego członków tego Kościoła! Kinga Dunin w artykule „Ateizm jest nudny” pisze: „Ktoś mnie zapisał do jakiejś instytucji, kiedy byłam niemowlakiem, a gdy stałam się pełnoletnia i mogłabym samodzielnie zdecydować, gdzie chcę należeć, nikt już mnie nie pytał. Wydaje się, że w takiej sytuacji wystarczyłoby przesłać gdzieś informację, że już nie jestem zainteresowana, aby automatycznie skreślono mnie z listy członków”. Są kraje, w których tak się dzieje: na przykład w Finlandii (podaję za portalem apostazja.info i Wikipedią) można się wypisać z Kościoła przez mejla. Ha! Już widzę, jak wzrosłaby liczba apostazji w naszym kraju, gdyby to było możliwe.

Czy ludzie domagający się poszanowania ich godności i prawa do własnego światopoglądu to owe „środowiska walczące z chrześcijaństwem”, o których mówi pani Zyta? A może chodzi o ludzi, którzy protestują przeciwko likwidowaniu ambitnych kin i żądaniu przez Kościół milionowych odszkodowań od miasta (czyli od nas) za to, by istniejąca od dziesiątków lat szkoła mogła dalej stać na ziemi, która za króla Ćwieczka należała do Kościoła?

Być może różnica w naszej mentalności polega na tym, że niektórzy owego króla Ćwieczka pamiętają (rzadko w sensie dosłownym, a częściej w sensie tradycji, w której wyrośli i z którą się utożsamiają), a inni nie. Niestety mimo posiadania w bliskiej rodzinie osób identyfikujących się z opcją konserwatywno-chrześcijańską nie jestem nawet w stanie odnaleźć wspólnego mianownika pozwalającego na logiczną dyskusję (a nie kłótnię) z nimi. Dzieli nas przepaść. Nie potrafię zrozumieć ich mentalności, podobnie jak one mojej. Wyczuwam w nich jedynie jakąś zawziętość, kurczowe próby zatrzymania skrawków czegoś, co dawno przeminęło i co dla mnie jest bez znaczenia, ba! nawet nie bardzo potrafię określić, co to jest. Wyczuwam też lęk przede mną i moim światem, światem moich wartości.

Pani Zyto, jest pani sympatyczną i inteligentną kobietą. Dlatego pytam Panią i tych, którzy podpisaliby się pod Pani słowami – czego Wy się boicie? Ja naprawdę nie mam zamiaru walczyć z chrześcijaństwem. Szanuję ludzi wierzących. Szanuję każdego, kto innym krzywdy nie czyni. Nie chcę tylko, żeby Kościół uzurpował sobie prawo do kierowania moim życiem. Nie chcę słuchać, że jestem be, bo się nie rozmnażam albo się rozmnażam, ale nie zanoszę dzieci do chrztu. Nie chcę być strofowana przez jakąś babcię na ulicy za to, że się nie przeżegnałam, jak ksiądz szedł z hostią. Chcę mieć prawo do bycia ateistką bez błagania, żeby Kościół łaskawie raczył mnie wykreślić ze swoich ksiąg. Chcę, żeby ludzie mogli się kochać i być ze sobą niezależnie od płci. I nie życzę sobie, by ktoś odmawiał mi prawa do miana patriotki, a nawet Polki.

Za skarby świata nie potrafię pojąć, dlaczego Polak i patriota musi być chrześcijaninem. Wiem, że nasze państwo wyrosło na gruncie chrześcijaństwa, choć ile w tym było prawdziwej wiary, a ile polityki, to już inna sprawa. Wiem też, że w różnych trudnych okresach historii, choćby całkiem niedawno, „za komuny”, wiara pomagała Polakom zachować jedność i… wiarę. Wiarę w nastanie lepszych czasów i uwolnienie się od komunistycznej tyranii. Zupełnie natomiast nie rozumiem, dlaczego kiedy już te lepsze czasy nastały, kiedy jesteśmy wolni i możemy sami o sobie decydować, niektórzy istnieniu tej wolności przeczą, krzycząc, że wciąż są w kajdanach i że jak oni dojdą do władzy, to dopiero nam zrobią wolność.

Czy to możliwe, żeby wolność jednej strony była niewolą drugiej i odwrotnie? Demokracja polega chyba właśnie na tym, żeby zapewnić wolność każdemu, kto nie czyni zła. U nas uchodzi na sucho nawet obrażanie własnego państwa i ludzi nim kierujących poprzez sugestie, że to państwo nie jest wolne, a rządzący są pachołkami Rosji, Niemiec, Unii czy kogo tam jeszcze. Zastanawiam się, czy autorzy tych opinii rzeczywiście tak myślą, bo przecież wystarczy odrobina zdrowego rozsądku, żeby zrozumieć, że gdyby w Polsce naprawdę nie było wolności, oni sami siedzieliby już w więzieniach albo po prostu by znikli. Tak się to robi z przeciwnikami politycznymi w totalitaryzmie – ale oni chyba o tym zapomnieli.

Jeżeli ta Wasza wiara, która pomagała przetrwać komunę, była wiarą nietolerancji i mesjanizmu, to dziękuję, postoję. W 1989 roku po raz pierwszy miałam okazję głosować. Do urn szli wszyscy, wierzący, wątpiący, niedowiarkowie, geje. Wszyscy chcieli żyć w wolnym, demokratycznym kraju. W kraju, w którym wolno będzie żyć, jak się chce, wierzyć w to, w co się wierzy, mówić, co się myśli, być z tym, kogo się kocha. Ten kraj rodził się w bólach, w chaosie, w próbach zawłaszczenia władzy to przez tych, to przez owych. Ale się narodził i trwa. Więc proszę, nie wmawiajcie mi, że nie jesteśmy wolni, skoro to Wy chcecie mi tę wolność odebrać.


[1] Krótkie poszukiwanie u wujka Gugla wskazało, że jest to „Uważam Rze”. Całkiem możliwe, że ciocia dostała je od mojego taty, a on od mojego męża😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s