Manowce sumienia

Parę lat temu w Polsce modne było określenie „znieczulica społeczna”. Kwitowano nim wszelkie zachowania mające wedle użytkowników określenia świadczyć o obojętności jednego człowieka na los drugiego. A to ktoś nie podszedł do kogoś leżącego na trawniku, a to beznamiętnie mijał żebrzące na ulicy rumuńskie dziecko. Ostatnio jakoś rzadziej się słyszy o znieczulicy, co wcale nie musi oznaczać, że zachowujemy się inaczej. Raczej to media zmądrzały i przestały wrzucać do tego wygodnego wora zjawiska znacznie bardziej skomplikowane.

Można nie kupować argumentu, że rumuńskie dziecko i tak musi oddać pieniądze zatrudniającym je mafiozom, choć prawdopodobnie jest to prawda. Wyobraźcie sobie jednak, że w szczycie inwazji rumuńskich Romów, kiedy praktycznie każdy róg ulicy w śródmieściu był przez nich okupowany, dajecie każdemu mijanemu dziecku albo każdej mijanej kobiecie po dwa złote. Obawiam się, że sami poszlibyście z pasiastymi torbami. Oczywiste jest, że nikt przy zdrowych zmysłach tego nie zrobi. Nawet jeśli te dzieci wzbudzają w nas autentyczne współczucie, możemy dać dwa złote jednemu czy drugiemu dziennie, ale wszystkich pozostałych będziemy musieli omijać ze szczerą czy udawaną (śmiem twierdzić, że szczerą, bo jakaś doza znieczulenia jest potrzebna dla zachowania równowagi ducha) obojętnością.

Dlaczego jednak w ogóle musimy się znieczulać, skoro eksperci grzmią, żeby nie dawać żebrakom pieniędzy, bo od tego są odpowiednie organizacje, a pieniądze wręczone na ulicy idą na alkohol albo do kieszeni wspomnianych mafiozów? Ot, dlatego, żeśmy chowani w poczuciu winy. Chrześcijańskie dziedzictwo wpoiło nam, że mamy praktykować miłość bliźniego, potrzebujących nakarmić, napoić, oddać im ostatnią koszulę. Ponieważ stoi to w żywej sprzeczności z instynktem samozachowawczym, lawirujemy między zachowaniem życia, zdrowia i względnego dobrobytu a przekupywaniem sumienia zaprogramowanego na strofowanie nas, że zbyt wiele robimy dla siebie, a zbyt mało dla innych. Sumienie chrześcijanina, choćby tylko kulturowego, jest maszynką do spłacania długu, który zaciągnęli w Raju Adam i Ewa. Jeśli nie zdołamy się wyrwać z tego kieratu, przez całe życie będziemy bezskutecznie dążyć do zadośćuczynienia za grzech pierworodny.

Owo spłacanie zresztą odbywa się tyleż na potrzeby własnego sumienia, co na potrzeby usprawiedliwienia się przed bliźnimi. Wygląda na to, że aby poczuć się dobrym, nie wystarczy w skrytości własnego mieszkania i komputera przelać darowiznę na rzecz organizacji charytatywnej czy konkretnej potrzebującej osoby. Pięćdziesiąt złotych przelanych na szczytny cel trochę poprawia samopoczucie, ale jeśli rozdrobnić je na dwadzieścia pięć dwuzłotówek i wręczać je bliźnim wysiadującym na rogach ulic, efekt będzie nieporównywalny! Nie chodzi mi wcale o cyniczne gesty mające na celu pokazanie innym, jacy to jesteśmy szczodrzy. W ostatecznym rachunku wszystko się do tego sprowadza, ale mechanizm psychologiczny jest daleko bardziej złożony: obojętne przejście koło żebrzącego biedaka rodzi poczucie winy znacznie większe niż wyrzucenie do kosza ulotki UNICEF-u, którą czy znalazło w skrzynce na listy, bo dzieje się na oczach samego żebrzącego i innych ludzi – zarówno postronnych przechodniów, jak i osób nam towarzyszących.

Zapewne istnieją osoby bardziej i mniej podatne na dyktat tak pojmowanego sumienia. I oczywiście twierdzenie, że odpowiada za niego nasze chrześcijańskie wychowanie, jest tylko częścią prawdy. Inną ważną częścią jest wychowanie domowe, czyli to, czy rodzice budowali w nas poczucie własnej wartości, czy też zbyt często dawali do zrozumienia, że nie spełniamy ich oczekiwań. Ponieważ Polacy są narodem dość sfrustrowanym, zbyt często obserwuje się ten drugi wariant. Człowiek, któremu w dzieciństwie wpojono, że nie jest dość dobry, przez całe życie – o ile nie wzniesie się ponad ten skrypt i nie rozpocznie żmudnej pracy nad sobą – będzie się bezskutecznie starał udowodnić swoją wartość rodzicom, ukochanej osobie, społeczeństwu, i prawdopodobnie wychowa swoje dzieci na podobnych frustratów. Im bardziej ktoś pasuje do tego schematu, tym trudniej mu znieść nie tylko samą krytykę, lecz nawet podejrzenie, że jakiś jego czyn (lub powstrzymanie się od czynu) mógłby taką krytykę wywołać. Tacy ludzie czują największą potrzebę publicznego czynienia dobra (choćby w postaci symbolicznych dwóch złotych) i ogromne wyrzuty sumienia wtedy, kiedy – wcale nie w wyniku samolubstwa, lecz raczej racjonalnej decyzji – powstrzymują się od takiego gestu.

Podziwiam osoby, które mądrze angażują się w działalność charytatywną. Ważna jest jednak owa mądrość, która pozwoli oddzielić ziarno od plew, prawdziwą pomoc od bezużytecznej pracy na rzecz uciszenia własnego sumienia. Sama jestem na to zbyt leniwa. Czasem jednak zdarza mi się wesprzeć kogoś, kto wzbudził we mnie chęć udzielenia mu takiej pomocy. Nie umiem odpowiedzieć na pytanie, czy za samą decyzją stoi dyktat sumienia, czy – jak to się ładnie mówi – odruch serca. Tak czy owak staram się przynajmniej wybierać adresatów mojej dobroci według własnych kryteriów, choć całkiem możliwe, że ostateczny efekt jest podobny: chora osoba wcale nie musi wyzdrowieć, a ktoś zarządzający pieniędzmi w fundacji może je zdefraudować. Może tak naprawdę jedynym pozytywnym skutkiem jest to, że czuję się bardziej zainteresowana losem kogoś, na kogo przelałam pięćdziesiąt złotych, niż losem dwudziestu pięciu żebraków z ulicy, którym dałabym po dwa złote.

Inny wspomniany objaw tak zwanej znieczulicy to „obojętne” przechodzenie obok (ewidentnego lub domniemanego) nieszczęścia czy zagrożenia. Jeśli ktoś kiedyś nie zareagował na widok leżącego na ulicy człowieka albo unoszącego się w budynku zapachu gazu, a potem godzinami dręczyła go myśl, co się stało z tym człowiekiem lub mieszkańcami budynku, dobrze wie, że miałby większy spokój ducha, gdyby zadzwonił po pogotowie lub straż pożarną. Czemu więc tego nie zrobił? Niektórzy uzasadniają to obawą, że ktoś nas pociągnie do odpowiedzialności za nieuzasadnione wezwanie służb, co w naszym dziwnym kraju już niejednokrotnie się zdarzało, ale przynajmniej w moim przypadku ta obawa jest jedynie przykrywką dla nieśmiałości. Takie zadzwonienie na policję, pogotowie czy straż pożarną w sytuacji, która nie dotyczy nas bezpośrednio, to wzięcie na siebie odpowiedzialności, stwierdzenie: „Wiem, że inni też to widzą/słyszą/czują, ale nie wiadomo, czy ktoś z nich zadzwoni, więc ja powinnam to zrobić”. Tymczasem większość z nas nie jest przygotowana do takich zachowań. Obok mniejszości, która posiada cechy kierownicze, lubi i umie podejmować decyzje, żyje większość, która jak ognia boi się wychylenia z tłumu, nienawidzi zwracać na siebie uwagi, w pracy woli mieć święty spokój, niż awansować, a w szkole nie zgłasza się do odpowiedzi, choć umie więcej niż ci, co się zgłaszają. Pamiętam, jak kiedyś do autobusu wsiadła pani z ładnym psem. Pomyślałam: „Ciekawe, jaka to rasa”, lecz niemal równocześnie z myślą, że mogłabym właścicielkę o to zapytać, włączyła mi się blokada. Jechałyśmy razem wiele przystanków i przez cały czas walczyłam ze sobą, żeby jednak to pytanie zadać, ale w miarę upływającego czasu i przedłużającego się milczenia szansa na to oddalała się coraz bardziej, aż w końcu pani z psem wysiadła. Wielokrotnie – również w przypadku chęci udzielenia pomocy – zauważałam u siebie podobny efekt: pojawienie się chęci zrobienia czegoś natychmiast uruchamia blokadę. Jeśli zadziałam odruchowo, bez namysłu, czasem udaje mi się przed nią zdążyć, ale jeśli choć na moment się zawaham, działanie staje się bardzo trudne.

Ten syndrom, właściwy przecież wielu z nas, wydaje mi się dość mocno związany z poprzednim systemem społeczno-politycznym, w którym moje pokolenie się wychowało. Niewychylanie się z tłumu, niezadawanie niepotrzebnych pytań i niewtrącanie się w nieswoje sprawy (słowem – jedno wielkie „nie”, jeśli chodzi o jakiekolwiek autorskie działania) były wyraźnie wpisane w instrukcję przetrwania w tamtym świecie. Dzisiejsza młodzież jest śmielsza, przynajmniej jeśli chodzi o występowanie w różnych telewizyjnych wygłupach, choć mam nadzieję, że przekłada się to także na dzwonienie po pogotowie lub zawiadamianie Komitetu Ochrony Praw Dziecka o patologii u sąsiadów (nie, nie chodzi mi o to, żeby oczerniać sąsiada w zemście za to, że mnie opieprzył za śmiecenie na schodach). Co ciekawe jednak, okazuje się, że problem rozproszenia odpowiedzialności występuje również w tak odważnym, jak mi się zdawało, społeczeństwie amerykańskim. A więc to nie tylko nasza postkomunistyczna nieśmiałość. Nie wiem, czy czuć się z tym lepiej, czy gorzej. Myślę sobie jednak, że analizując i oswajając to zjawisko, mamy większą szansę na przełamanie schematu niż wtedy, gdy dajemy sobie wmówić, że po prostu jesteśmy „be”.

6 responses to “Manowce sumienia

  1. A wyjątkowo tutaj skomentuję, ponieważ na FB jakoś mniej wygodnie w sensie ilości tekstu. Otóż z większością tez się zgadzam, włącznie z tym, że „niewychylanie się” jest pokłosiem słusznie minionego systemu, natomiast mam wątpliwości co do jałmużny; otóż poza chrześcijaństwem w większym nawet stopniu nacisk kładzie na nią islam, a OIMW tam ludzie nie mają takich problemów. Śmiem podejrzewać, że być może katolicyzm (czy protestanci też mają takie jazdy z jałmużną? Jakoś mi się nie wydaje…) W POŁĄCZENIU z glanowaniem jednostki w komuniźmie może dawać takie efekty, ale samodzielnie?

  2. Miło, że komentujesz także tutaj🙂 Chrześcijaństwo czy katolicyzm – dla mnie to wszystko jedno w tym sensie, że podstawą ich wiary jest Nowy Testament, a wzorcem do naśladowania podstać Chrystusa, przedstawionego jako ktoś taki, co to ostatnią koszulę i ostatni grosz odda bliźniemu. Natomiast musiałabym trochę pomieszkać w innych krajach, żeby móc ocenić, w jakim stopniu jest to nasza narodowa cecha. I w innych religiach, żeby ocenić z tej perspektywy. Na razie są to tylko moje teorie.

  3. Nie chciałabym zabrzmieć jak ktoś, kto poucza, ale mogę powiedzieć z własnego doświadczenia w pomaganiu – cudowne uczucie satysfakcji po zrobieniu czegoś dobrego smakuje wspaniale. Co najmniej tak dobrze, jak poczucie dobrze wykonanej analizy. Blokada rozpuszcza się, choć troszkę, choć do pewnego stopnia. Być może wraz z kolejnymi aktami pomocy zniknie zupełnie. W mojej pracy nad sobą zamierzam uznać zawstydzenie/obawę/nieśmiałość polską za kwestię do przećwiczenia. Wraz z wprawą – patetycznie mówiąc, zmienianiem świata na lepsze po kawałeczku – przychodzi do mnie zadowolenie.

    To ciekawe, co piszesz o naszym narodowym charakterze. Wszelkie generalizacje to coś, na co osobiście reaguję alergicznie, dlatego trudno mi się ustosunkować. Dlaczego mówić „my”, skoro można „ja”? To pewnie temat na dłuższą dyskusję. A może i całkowite odejście od tematu.

  4. Przemyślę! Zresztą tak jak napisałam Maćkowi – wszystko to tylko moje teorie. Taka rozmowa ze sobą, a teraz też z Wami, co mnie niezmiernie cieszy.

  5. No to też wrzucę swoje trzy grosze. .. Nie zgodzę się z tym, że odporność na krzywdę ludzką, tudzież strach przed wychylaniem się ( pomijam temat „odpowiedzialności zbiorowej”, bo to ponoć termin znany psychologii i wynikający z takiej a nie innej konstrukcji psychicznej homo sapiens), zafundował naszemu społeczeństwu komunizm. W latach 70-tych lub 80-tych pomaganie innym było czymś naturalnym. Pamiętam jak do tego podchodziło pokolenie moich rodziców. Ciężkie czasy powodowały, że wzajemna pomoc na różnych płaszczyznach była czymś oczywistym. Szło się do sąsiadki pożyczyć soli, pomagało się staruszkom przechodzić przez jezdnię… to była norma. Bo tak byliśmy wychowani. W telewizji „niewidzialna ręka” promowała anonimową pomoc, w „Świerszczyku”, „Płomyczku” , „Płomyku”, czy „Świecie Młodych” widniało czarno na białym jak powinna wyglądać właściwa postawa moralna młodego człowieka w kwestii pomocy innym. Teraz mamy programy i czasopisma dla dzieci i młodzieży takie jakie mamy- w gazetkach takich jak „Bravo Girl” długo możemy szukać wzmianki i tym, jak młody człowiek powinien się zachowywać, żeby być człowiekiem. Jest za to pochwała konsumpcjonizmu, a największą wartością w życiu młodego człowieka staje się osiągnięcie własnej satysfakcji. Z mediów dostępnych młodzieży zniknęły gdzieś „staruszki”, którym się pomagało, ludzie których los w taki czy inny sposób pokrzywdził. Wszyscy są za to piękni i młodzi i wszyscy gonią za zadowoleniem z życia. Powiem wiecej – już piaskownicach rodzice, którzy uczą swoje pociechy empatii są w mniejszości. Większość jest zdania, że syn czy córka jakoś się musi nauczyć „radzić sobie w życiu”, że inni ludzie, to nie jego/ jej sprawa. Reasumując – moim zdaniem ” znieczulica” to pokłosie zachłyśnięcia się „amerykańskim” konsumpcyjnym stylem życia.
    A w ogóle to dzięki za kolejny ciekawy temat – Twoje wpisy zawsze pobudzają mózg do działania🙂

  6. Agnieszko – przede wszystkim dzięki za komentarz. Sprawdza się powiedzenie „uderz w stół, a nożyce się odezwą” – wrzuciłam trochę bardziej kontrowersyjny tekst i od razu sypią się komentarze. Zgadzam się z Tobą w całej rozciągłości z wyjątkiem jednego: mnie wcale nie chodziło o to, że komuna wyrobiła w nas niewrażliwość na ludzką krzywdę, tylko o to, że zablokowała w wielu z nas umiejętność „wychylenia się”, zrobienia czegoś innego niż wszyscy, więc kiedy wszyscy biegną obok leżącego, naprawdę trudno jest się zatrzymać. Aczkolwiek zgadzam się, że to nie tylko wina komuny, o czym świadczy choćby artykuł o badaniach nad zjawiskiem rozproszenia odpowiedzialności, do którego linkuje powyżej, a nad którym badania robi się głównie na Zachodzie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s