Stare dzieje

Dziś niedziela, więc nie zamierzam formułować żadnych teorii psychosocjologicznych. Zamiast tego zaproszę Was na wycieczkę do Poznania lat 70. widzianego oczami dziecka. Będzie to pierwszy, lecz na pewno nie ostatni wpis z tej serii, bo planuję także wycieczki z moim tatą i innymi członkami rodziny w czasy jeszcze dawniejsze.

(Uprzejmie zapraszam do klikania na zdjęcia celem ich powiększenia).

Krótko przed moimi narodzinami rodzice dostali mieszkanie (wtedy mówiło się „dostać”, a nie „kupić”, bo trudność leżała w samym otrzymaniu prawa do lokalu, a nie w cenie) przy ul. Słowiańskiej, w fyrtlu, który obecnie funkcjonuje na planie miasta pod nazwą Osiedle Słowiańskie, lecz przez pewien okres używano nazwy osiedle USO – od pierwszych liter trójkąta graniczących z nim ulic: Urbanowskiej, Słowiańskiej i Obornickiej. Już widzę Wasze zdziwienie, bo obecnie trudno się tam dopatrzeć jakiegokolwiek trójkąta, a ulica Obornicka zaczyna się dużo dalej. Wszystko to przez Pestkę, szybki tramwaj, którego (a raczej jego trasy) budowa wymagała znacznej przebudowy okolicznych ulic. Obecna Piątkowska stanowiła wówczas część Obornickiej, a Słowiańska łączyła się z Wojska Polskiego – i tak powstawał wspomniany trójkąt. Inna rzecz, że nazwa USO trochę za bardzo kojarzyła się z USA i być może dlatego nie przetrwała długo.

W trójkącie USO obok mniejszych bloków stały podówczas trzy wieżowce, z czego jeden z charakterystycznym kominem. Tam, na piątym piętrze, znajdowała się nasza szumnie zwana mieszkaniem kawalerka.  Ponieważ jednak jedyny pokój był dość duży jak na ówczesne standardy, rodzice wpadli na pomysł podzielenia go na dwa poprzez wstawienie trzydrzwiowej szafy i zawieszenie zasłonki zastępującej drzwi. W ten sposób i oni, i ja mieliśmy trochę prywatności – przynajmniej do czasu narodzin mojego brata.  Nie wiem, dlaczego na powyższym zdjęciu mam taką smutną minę – może dlatego, że Bolek i Lolek liżą lody, a ja jem wielkie jabłko i jakoś ciężko mi to idzie. Bolka i Lolka, podobnie jak kilka innych postaci – Huckelberry’ego, misia Jogi (którego się bałam) i być może jeszcze psa Pluto (a może był tylko Pluto, a nie było Huckelberry’ego) namalował znajomy rodziców.

Na każdym piętrze znajdowało się około dziesięciu mieszkań, był więc długi korytarz, na którym bawiliśmy się wraz z dziećmi sąsiadów, jeździliśmy na wrotkach, na rowerkach i nikt nas stamtąd nie przepędzał. Nie było mowy o żadnych dodatkowych drzwiach odgradzających jednych sąsiadów od drugich, a o czymś takim jak domofon nikt nie słyszał. Nie było akwizytorów, choć raz po raz chodzili Cyganie sprzedający/naprawiający patelnie oraz pan oferujący usługi ostrzenia noży i nożyczek. Przez długie lata zresztą, także w naszym późniejszym miejscu zamieszkania, można było usłyszeć przez okno charakterystyczne nawoływanie jeżdżacego na wozie konnym jegomościa: „Noże, nożyczki ostrzę!” albo innego jegomościa: „Pyyyrki!”.

To zdjęcie, przedstawiające moich dziadków ze strony mamy, zostało wykonane w „pokoju rodziców”, czyli w większej części naszego jedynego pokoju. Za widocznymi drzwiami maleńki przedsionek, z niego wejście do łazienki i drzwi na zewnątrz. Naprzeciwko dziadków kuchnia.

Zdjęcie prawdopodobnie zrobiono w styczniu 1977 roku, kiedy dziadkowie przyjechali na uroczystość pierwszych urodzin mojego brata. Dziadek zmarł w 1981 roku, czyli niby wkrótce potem, jakkolwiek mieszkaliśmy już wtedy gdzie indziej i z mojej perspektywy były to całkiem inne czasy. Przeszedł kilka zawałów i ostatecznie zmarł dość młodo, przed siedemdziesiątką, ale za to romantycznie, bo poszedł kopać grządki w swoim ulubionym ogródku i tam zasłabł. Babcia przeżyła go o wiele lat i zmarła w roku 2007.

Tu spacer z tatą – początkowo sądziłam, że do Parku Wodziczki, bo to był najbliższy teren zielony i latem często chodziliśmy tam plażować na trawie i taplać się w Bogdance. Wydaje się jednak, że tamtego razu zaniosło nas aż na Cytadelę. Sądząc po stroju mojego taty, zima była dość sroga. Prawdopodobnie jest to rok 1976, ale ponieważ młodego w wózku nie widać, nie wiem, czy bliżej początku, czy końca.

Tu z kolei nie ma wątpliwości, że to koniec roku, bo wówczas święta nie zaczynały się we wrześniu jak teraz. Zdjęcie prawdopodobnie zrobiono na jakimś rynku – widać z tyłu choinki, pewnie na sprzedaż – albo w domu handlowym, ówczesnym skromniejszym odpowiedniku dzisiejszych centrów handlowych. Pamiętam dwa takie domy, jeden w „Alfie” przy ul. Armii Czerwonej (czyli Św. Marcin), a drugi przy Kościelnej, naprzeciwko kościoła, w budynku, w którym obecnie mieści się bank.  Na fasadzie bądź szybach tego domu widniał charakterystyczny rysunek postaci a’la Cepelia – zdaje się, że byli to dziewczynka i chłopiec. Dom miał jakąś fajną nazwę… Dom Rzemiosła? No i był jeszcze trzeci, najbardziej znany dom – Okrąglak, w którym windę obsługiwał pan windziarz w liberii. Obecnie budynek ten straszy w centrum miasta. Podobno jest przerabiany na biurowiec, który jednak dawno temu miał zostać otwarty i na razie nic.

No więc na zdjęciu podlizuję się Gwiazdorowi. Wiem, że w wielu regionach Polski prezenty na Gwiazdkę przynosi Święty Mikołaj, a w niektórych Aniołek albo samo dzieciątko Jezus. My mamy Gwiazdora. Kiedyś było dla mnie oczywiste, że Gwiazdor to Gwiazdor. Później się dowiedziałam, że to typowo wielkopolski wynalazek. Jeszcze później, że niezupełnie, bo na Pomorzu, a przynajmniej na Krajnie, też chodzi Gwiazdor. Widać podzielili kraj między siebie, żeby było łatwiej poroznosić wszystkie prezenty, i każdy ma swoje rewiry.

Jeszcze w starym mieszkaniu mój brat skończył roczek. Zgodnie z panującym u nas zwyczajem pierwsze urodziny są momentem, w którym jubilat symbolicznie decyduje o swojej przyszłości. Podtyka mu się więc pod nos różne przedmioty symbolizujące przyszłą ścieżkę kariery, czy też ujmując rzecz szerzej – przyszły los. I tak różaniec lub książeczka do nabożeństwa oznacza pobożność, a może i stan duchowny, długopis zwiastuje zostanie pisarzem, książka – uczonym, pieniądz – bogactwo. Jak widzicie na powyższym zdjęciu, młody od razu sięgnął po kielicha😉 Znalazłam jednak również inne zdjęcie, na którym nie przestając dzierżyć kieliszka, brat trzyma w drugim ręku narzędzie do pisania. Może jednak coś z niego wyrośnie.

Dziękuję za uwagę! Następnym razem przeniesiemy się już do naszego nowego mieszkania na os. Kopernika, gdzie mieliśmy aż cztery pokoje i mieszkaliśmy dłuuugo. A jako że parę lat po wprowadzce osiedle wciąż było w budowie,  mieliśmy się gdzie bawić. Zdjęć dokumentujących owe zabawy na szczęście nie ma.

5 responses to “Stare dzieje

  1. Mutantko, a cóż to takiego „fyrtel”?

  2. Ha ha, cześć! Fyrtel, z niemieckiego Viertel, to dzielnica, fragment miasta.

  3. Pingback: KALENDARIUM POZNAŃSKIE – 31 GRUDNIA | Lepszy Poznań

  4. Czytałam z dziadziuniem i babunią,ciekawi nas co Ty Ciociu wybrałaś na roczek pióro?
    Całujemy
    Dziadkowie i Natalka

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s