Demon liberalizacji

Chyba w niewielu rzeczach jesteśmy tak dobrzy jak w demonizowaniu. Czynność ta w moim rozumieniu polega na automatycznej negacji danego zjawiska bez podjęcia najmniejszej choćby próby jego analizy. Nie wiem, czy to nasza narodowa przypadłość, czy ogólnoludzka. Demonizujemy Nergala, związki partnerskie, Rosję, Unię, a ostatnio projekt liberalizacji ustawy antynarkotykowej. Co tak naprawdę wiemy o tym, na czym ta liberalizacja miałaby polegać, jakie jest obecne prawo, od kiedy obowiązuje, jakie było przedtem, jakie jest w innych krajach, jak wpływa na problem narkomanii? Osobiście wiedziałam niewiele, więc postanowiłam zrobić mały research, z którego zrobił się całkiem spory research. Nie dość bowiem, że niektóre dane okazały się trudne do znalezienia, to jeszcze po drodze pojawiały się nowe aspekty.

Wzięłam pod lupę następujące kwestie:
1. Jakie prawo narkotykowe obowiązuje obecnie w Polsce i jak się zmieniało na przestrzeni ostatnich dekad?
2. Czy i jak zmiany prawa wpływały na wielkość problemu narkomanii w Polsce?
3. Jakie prawo narkotykowe obowiązuje w krajach europejskich uważanych za liberalne – Holandii i Czechach?
4. Czy w tych krajach istnieje większy problem narkomanii niż w naszym? Czy w Czechach po zmianie ustawy zaobserwowano wzrost narkomanii?
5. Jakie zmiany miałaby wprowadzić nowelizacja?

ad 1.
Według ustawy z roku 2005 posiadanie nawet najmniejszej ilości narkotyków dowolnego typu jest zagrożone karą więzienia. 1 kwietnia 2011 przyjęto nowelizację, w myśl której: „W pewnych okolicznościach prokurator będzie mógł odstąpić od ścigania osoby zatrzymanej z narkotykami. Musi ona posiadać przy sobie nieznaczne ilości narkotyków i nie być dealerem. Prokuratury będą również musiały ustalić, czy osoba zatrzymana ma z narkotykami problem” .
W artykule jest mowa o tym, że rygorystyczne prawo narkotykowe obowiązuje od 11 lat, gdyż w roku 2000 wprowadzono ustawę, w myśl której:
„Kto, wbrew przepisom ustawy, udziela innej osobie środka odurzającego lub substancji psychotropowej, ułatwia albo umożliwia ich użycie albo nakłania do użycia takiego środka lub substancji, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3”;
„Kto, będąc właścicielem lub działającym w jego imieniu zarządcą albo kierownikiem zakładu gastronomicznego, lokalu rozrywkowego lub prowadząc inną działalność usługową, mając wiarygodną wiadomość o popełnieniu przestępstwa określonego w art. 43, 45 lub 46 na terenie tego lokalu, nie powiadamia o tym niezwłocznie organów ścigania,
podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2.
Nie podlega karze, kto zaniechał zawiadomienia z obawy przed odpowiedzialnością karną grożącą jemu samemu lub jego najbliższym”. Pełen tekst ustawy

W ustawie z roku 2005 lista czynów zagrożonych kara więzienia jest jednak znacznie dłuższa, a także dopiero w niej pojawia się następujący zapis: „Kto, wbrew przepisom ustawy, posiada środki odurzające lub substancje psychotropowe, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3”. Pełen tekst ustawy

Pierwszym „antynarkotykowym” aktem prawnym w Polsce jest Ustawa o zapobieganiu narkomanii z 1985 roku, w myśl której karana jest nielegalna uprawa maku lub konopi, produkcja i przemyt narkotyków, handel nimi, posiadanie aparatury do wytwarzania narkotyków oraz udostępnianie ich innym. Samo posiadanie narkotyków nie było karane, chyba że posiadaczowi udowodniono, iż są przeznaczone na handel lub do przemytu, choć wydaje się, że w przypadku znacznych ilości niejako automatycznie przyjmowano taką interpretację. Pełen tekst ustawy

Ponieważ rok 1985 to czasy dość odległe, warto przypomnieć, że w owym czasie Polskę nękała plaga odurzania się tzw. kompotem (określanym też mianem polskiej heroiny) produkowanym ze słomy makowej, który wstrzykiwało się w żyłę. W drugiej połowie lat 80. zapanowała psychoza na punkcie możliwości zarażenia się wirusem HIV (podobno zaraziło się nim wielu narkomanów) i ogólnego wyniszczenia organizmu przez ten narkotyk. Mówiono, że można się od niego uzależnić już po pierwszym razie i że ponieważ jest bardziej zanieczyszczony od prawdziwej heroiny, to i skutki zdrowotne są poważniejsze, a może raczej szybsze. Eksperymentowano z różnymi środkami chyba jeszcze bardziej niż obecnie, bo o wiele trudniejszy był dostęp do „prawdziwych” narkotyków. Marihuanę produkowano z własnych upraw i palono w Polsce już wtedy, natomiast panowała opinia, że takich środków jak kokaina, heroina czy LSD używają głównie osoby należące do elity kraju i z tej racji mające więcej pieniędzy oraz możliwość wyjazdu za granicę.

ad 2.
Okresem największej swobody narkotykowej wydają się lata 90., kiedy to odeszła komuna i choć ustawa z 1985 roku wciąż obowiązywała, strach przed władzą był mniejszy, łatwiej było sprowadzać towar z zagranicy, a za samo posiadanie jeszcze nie ścigano. Jeśli uznać, że surowe prawo jest skutecznym batem na obrót narkotykami i ich zażywanie, to problem narkomanii powinien zmaleć po roku 2000, a jeszcze bardziej po 2005. Od razu przyznam, że mimo żmudnego przeszukiwania internetu nie udało mi się znaleźć ani potwierdzenia, ani zaprzeczenia dla tej tezy. Przeryłam mnóstwo stron internetowych i mam w głowie wielki mętlik, bo okazuje się, że jest bardzo mało wiarygodnych danych. Można się oprzeć na statystykach służby zdrowia, ale na których: liczba pacjentów przyjętych do leczenia po raz pierwszy, zgony spowodowane przedawkowaniem narkotyków? Jeśli chodzi o zgony, znalazłam dane GUS z lat 1987–2008. Wynika z nich, że najwięcej zgonów odnotowano w latach 2002 (342 zgonów), 2001 (294), 1999 (292) i 2005 (290); najmniej zaś w latach 1988 (145), 1990 (155), 1987 (156). Co jednak naprawdę mówią nam te dane z wyjątkiem tego, że liczba wykrywanych zgonów wywołanych używaniem narkotyków na przełomie wieków wzrosła w porównaniu z poprzednią dekadą? Nawet jeśli liczba zgonów wykrytych jest mniej więcej równa liczbie rzeczywistych (bo mogło też być tak, że z czasem zaczęła rosnąć wykrywalność), nie wiemy przecież, kiedy ci ludzie zaczęli sięgać po narkotyki i ile lat trwali w uzależnieniu, a co za tym idzie, trudno na tej podstawie podejmować jakieś oszacowania dotyczące wielkości narkomanii w Polsce w danych latach. Ciekawsze jest pod tym względem opracowanie Janusza Sierosławskiego Problem narkotyków i narkomanii w Polsce, przedstawiające m.in. statystyki dotyczące liczby osób przyjętych do lecznictwa stacjonarnego po raz pierwszy w życiu w latach 1990–2006 z powodu zaburzeń psychicznych i zaburzeń zachowania spowodowanych używaniem substancji psychoaktywnych. Wynika z nich, że od roku 1995 do roku 2005 ta liczba stale rosła (choć w ostatnich czterech latach bardzo nieznacznie), by w roku 2006 spaść do poziomu z 2002. Gdyby badanie obejmowało także następne lata, można by się pokusić o ocenę, czy wprowadzenie w roku 2005 niezmiernie rygorystycznej ustawy antynarkotykowej spowodowało zahamowanie problemu narkomanii. Niestety opracowanie pochodzi z roku 2007, a ostatnie badanie przeprowadzono w 2006, więc trudno określić, co (i czy cokolwiek) oznacza ten spadek. Tym bardziej, że liczba osób przyjętych do leczenia też nie jest jakimś jednoznacznym wskaźnikiem natężenia problemu narkomanii, bo nie mówi nam nic o tych, którzy się nie leczą. Gdyby drążyć dalej ten temat, trzeba by się pokusić o porównanie systemów leczenia i ich dostępności na przestrzeni minionych dekad.

Reasumując, konia z rzędem temu, kto jest w stanie określić, czy i w jaki sposób zmiany prawne wpływały na skalę problemu narkomanii w Polsce. Jedyne, co wiemy na pewno, to że od lat żyją w Polsce ludzie, którzy z tym problemem się borykają. Warto polecić opracowania wspomnianego już Janusza Sierosławskiego, w tym ten artykuł. Kiedy czytałam wypowiedzi narkomanów, ciary mnie przeszły i przypomniałam sobie wszystkie artykuły z lat 80. i 90. o ludziach wstrzykujących kompot w żyłę ze wspólnej strzykawki, zabijających się za działkę, a w najlepszym razie włamujących do apteki. Później temat narkomanii został oswojony, wzrosła liczba użytkowników okazjonalnych albo takich, którzy jedynie palą marihuanę i/lub haszysz (tzw. narkotyki miękkie). Okazuje się jednak, że narkomania w starej okropnej postaci wciąż istnieje, a i stary okropny kompot wrócił do łask w niektórych środowiskach.

ad 3.
Ponieważ jednak tematem niniejszego wpisu są kwestie prawne związane z narkotykami i ich przełożenie na problem narkomanii, zajrzyjmy do dwóch krajów – Holandii, w której prawo narkotykowe od lat uchodzi za najbardziej liberalne w Europie, oraz Czech, a właściwie przyjętej przez nie z początkiem 2010 roku nowelizacji ustawy antynarkotykowej, która wywołała w Polsce histerię jednych, a euforię drugich.

Zacznę od Czech, bo tam sprawach jest prostsza. Zarówno histeria, jak i euforia były całkowicie nieuzasadnione i wzięły się z kompletnego niezrozumienia nowelizacji. Ustawa z roku 1998 stanowi bowiem, że czynem kryminalnym jest „posiadanie większej ilości narkotyku”, podczas gdy nowelizacja jedynie precyzuje pułapy graniczne dla „niekryminalnej” (tj. niezagrożonej więzieniem) ilości poszczególnych środków. Należy podkreślić, że żaden narkotyk w żadnej ilości nie jest w Czechach legalny – za posiadanie wciąż grozi kara, tyle że w przypadku ilości nieprzekraczającej zdefiniowanego w nowelizacji pułapu jest to kara grzywny, a nie więzienia. Mówiąc językiem prawnym, nowelizacja nie legalizuje, a jedynie dekryminalizuje posiadanie niewielkiej, przeznaczonej do prywatnego użytku jej ilości (jakkolwiek w dyskusji na forach internetowych można napotkać głosy, że 15 gramów marihuany można już uznać za ilość hurtową).

W Holandii sytuacja jest nieco inna. Choć w świetle tzw. Opium Law produkty konopi używane w celach innych niż lecznicze są niedozwolone, specjalny aneks zezwala na posiadanie do 5 gramów marihuany na osobę dorosłą, uprawę na własny użytek do pięciu roślin na dom/mieszkanie oraz sprzedaż marihuany osobom pełnoletnim w specjalnych lokalach zwanych coffee shopami, które jednak muszą być zlokalizowane w określonej odległości od szkół. Z powodu inwazji „turystów narkotykowych” kilka miesięcy temu wprowadzono na próbę zakaz obsługiwania cudzoziemców w coffee shopach, które działają teraz jako kluby obsługujące wyłącznie osoby posiadające kartę członkowską i obywatelstwo Holandii. Ponadto w październiku 2011 rząd podjął decyzję o wyłączeniu spod definicji narkotyku miękkiego skrętów o zawartości powyżej 15% THC (tetrahydrocannabinolu – substancji psychoaktywnej zawartej w konopiach), jakkolwiek istnieją wątpliwości co do możliwości odróżnienia takiego skręta od tych o zawartości dopuszczalnej.

ad. 4.
Jeżeli dobrze czytam tę tabelę, największą śmiertelność związaną z używaniem narkotyków (DRD = drug related deaths) w przeliczeniu na ogólną liczbę zgonów mają Estonia (0,8), Norwegia (0,7) i Irlandia (0,6). W Holandii jest ona taka sama jak w Polsce (0,1), choć odsetek dla badanych grup wiekowych większy (co w zasadzie mówi nam tylko tyle, że Polska ma więcej zgonów w grupach niebadanych). Statystyki dotyczą roku 2008, a więc okresu sprzed nowelizacji ustawy w Czechach, i odsetek zgonów w tym kraju wynosi 0,0 (co prawdopodobnie oznacza mniej niż 0,1, bo jednak jakieś zgony są, co widać po innych rubrykach).

Pora sprawdzić, jakie prawo obowiązuje w krajach o najwyższym odsetku zgonów. W Estonii i Norwegii prawo jest bardzo podobne do tego obowiązującego w Czechach przed nowelizacją, tj. posiadanie niewielkiej, acz niesprecyzowanej ilości jest karane jedynie grzywną. W Irlandii prawo jest nieco bardziej konkretne i surowsze, bowiem posiadanie czegokolwiek poza niewielką ilością produktów konopi do własnego użytku zagrożone jest karą więzienia do roku, a jeśli delikwenta złapie się z trawką po raz trzeci, może pójść siedzieć nawet na trzy lata.

Jak już pisałam, śmiertelność z powodu zażywania narkotyków nie jest jedynym kryterium oszacowania problemu narkomanii w danym kraju, ale w przypadku porównania danych z poszczególnych krajów za ten sam rok możemy się pokusić o wyciągnięcie jakichś wniosków. Ja z powyższych danych wyciągam ten, że surowość prawa nie ma najmniejszego wypływu na wielkość problemu narkomanii w danym kraju. Największy odsetek zgonów panował w krajach mających bardzo podobne prawo do kraju z najmniejszym odsetkiem (Estonia i Norwegia versus Czechy), a odsetek zgonów w tak rzekomo tolerancyjnej Holandii był taki sam jak w surowej Polsce.

ad. 5.
Ponieważ nie ma jeszcze projektu postulowanej przez Ruch Palikota nowelizacji ustawy o przeciwdziałaniu narkomanii, trudno gdybać, co w tym projekcie się znajdzie – nie wiedzą tego jeszcze chyba sami pomysłodawcy. Korzystając z okazji i zgromadzonych informacji, pozwolę sobie podzielić się własną ostrożną opinią w tej kwestii. Nie zamierzam bagatelizować problemu narkomanii, która jest straszną i niszczycielską chorobą, ani twierdzić, że używanie jakiegokolwiek narkotyku jest całkowicie bezpieczne. Jednocześnie jednak dostrzegam kilka przesłanek przemawiających za liberalizacją obecnego prawa.

Po pierwsze, przytoczone powyżej dane nie wskazują, aby w krajach, w których prawo nie przewiduje kary więzienia za posiadanie niewielkich ilości narkotyku, problem narkomanii był większy niż w Polsce. Co więcej, obecne prawo uderza nie w dilerów, a w użytkowników, spychając ich do głębokiego podziemia i izolując od „czystego” społeczeństwa, a więc w pewnym sensie zrównując w prawach okazjonalnego palacza marihuany z osobą uzależnioną od twardych narkotyków. To tak, jakbyśmy kogoś, kto raz na miesiąc wypija na imprezie dwa piwa, nazywali alkoholikiem i stawiali w jednym rzędzie z menelami pijącymi denaturat. Chyba nikt przy zdrowych zmysłach nie zaprzeczy, że w polskim społeczeństwie istnieje poważny problem alkoholizmu, a jednak nie słyszałam, aby ktokolwiek postulował całkowity zakaz sprzedaży napojów alkoholowych. Większość z nas od czasu do czasu pija piwo, wino czy nawet wódkę. Ja osobiście parę razy się upiłam i nie stałam się z tego powodu alkoholiczką. Zdarzyło mi się również zapalić trawę, a nawet haszysz, do czego mogę się spokojnie przyznać, gdyż działo się to przed rokiem 2005, a nawet przed 2000😉 Po alkoholu czasem rzygałam, a trawka gryzła mnie w gardło i powodowała nieprzyjemne kołatanie serca, ale obie używki dostarczały też przyjemnych wrażeń. Owszem, po obu trzeba uważać, żeby na przykład nie wpaść pod samochód albo nie spaść z wysokości, bo zmysły kłamią, refleks nie ten, koordynacja ruchowa szwankuje. Dlatego lepiej pić/palić w bezpiecznym miejscu.

Po drugie, ktoś, kto chce zdobyć narkotyk, poradzi sobie mimo wszelkich zakazów. Dilerzy istnieją i będą istnieć, póki istnieje popyt. Ponadto ludzie żądni narkotycznych wrażeń wykazują się dużą kreatywnością w znajdowaniu legalnych produktów, którymi można się odurzać. Swego czasu wiele pisano o wdychaniu oparów pewnych klejów, po których parę osób przeniosło się na tamten świat, bo zakładały sobie worki na głowę i utrata przytomności kończyła się uduszeniem. To, a nie trawa, jest prawdziwym horrorem. Zakażecie produkcji klejów? Popularnych leków? Ludzie zawsze znajdą sposób, by obejść niewygodne prawo. Lepiej edukować i pomagać niż ślepo zakazywać wszystkiego, co jest akurat wpisane na listę.

Co więc postuluję? Podoba mi się system holenderski – zgoda na ograniczoną do konkretnych licencjonowanych lokali sprzedaż marihuany wyłącznie osobom pełnoletnim. Sporna jest kwestia, czy można by kupować skręty „na wynos”, ale logiczny wydaje się zakaz palenia ich w miejscach publicznych, choćby ze względu na obecność nieletnich oraz na sam fakt, że ktoś może sobie nie życzyć wdychania dymu (choć osobiście, ale to już kwestia gustu, wolę wdychać zapach dymu z konopi niż z tytoniu). Moglibyśmy korzystać z doświadczeń Holendrów i od razu wprowadzić ograniczenie procentowej zawartości THC w sprzedawanym towarze (pod warunkiem, że wiemy, jak je zbadać). Takie lokale musiałyby być kontrolowane pod kątem ilości posiadanego towaru, która też byłaby odgórnie ograniczona, by uniknąć handlu hurtowego. Jednocześnie sprawdzano by, czy nie ma tam innych, niedozwolonych substancji (np. twardych narkotyków, dopalaczy). Taka regulacja zażywania marihuany zapewne nie zlikwidowałaby alternatywnego, podziemnego rynku, ale przynajmniej stworzyłaby możliwość legalnego jej palenia bez wchodzenia w konszachty z dilerami, którzy mogliby ich namawiać na mocniejsze używki.

Nie twórzmy mitu, że wszystkie narkotyki są równie niebezpieczne. Dekryminalizacja posiadania marihuany, a nawet jej legalizacja nie spowoduje w polskim społeczeństwie żadnej zapaści, nie wywoła powszechnej narkomanii. Prawdopodobnie po trawę sięgać będzie wówczas więcej osób, które jednak poprzestaną na okazjonalnym jej używaniu. Jestem natomiast przeciwna legalizacji produktów innych niż przetwory konopi, choć zdecydowanie optuję za objęciem użytkowników programami pomocy zamiast posyłać ich do więzień.

Myślę, że wariant holenderski w najbliższych latach nam nie grozi, a projekt nowelizacji będzie jedynie przewidywał dekryminalizację posiadania małych ilości narkotyku. Obecna ustawa zezwala na łagodniejsze potraktowanie posiadacza w myśl punktu: „W wypadku mniejszej wagi, sprawca podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do roku” (art. 62, p. 3), prawdopodobnie dość często stosowanego. Brak konkretnych wytycznych może jednak powodować wybiórcze i tendencyjne interpretowanie tego punktu. Orzeczenia sądów związane z art. 62

W niniejszym opracowaniu starałam się zawrzeć garść ważnych informacji i pokazać, jak złożony jest problem prawa antynarkotykowego i oceny jego wpływu na problem narkomanii. Korzystając z tego, że nikt mnie nie cenzuruje, pokusiłam się też o wyrażenie własnej opinii, z którą oczywiście nie musicie się zgodzić.

2 responses to “Demon liberalizacji

  1. Pingback: Poland: Change to Drug Law, Change in Policy? · Global Voices

  2. Pingback: Poland: Change to Drug Law, Change in Policy? :: Elites TV

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s