Chochoły Szostaka

Sięgnęłam po Chochoły Wita Szostaka zaciekawiona rozbieżnością krążących o tej książce opinii – a to, że wiekopomne dzieło, a to, że bełkot. Początek lektury okazał się mozolny i zrodził obawy, że spędzę nad nią najbliższe pół roku. Potem było już lepiej. Momentami akcja płynęła całkiem wartko i wręcz trudno się było oderwać, acz zdarzały się drastyczne przestoje. Nie chcę przez to powiedzieć, że wartość lektury zależy od wartkości akcji, bo istnieje mnóstwo lektur wartkich, a niewiele wartych. Niewątpliwie jednak trudno zachwycić się książką nudną.

Przesiane przez sito mego umysłu Chochoły nie okazały się ani wiekopomnym dziełem, ani bełkotem. Ich autor – dodać wypada, że to pierwsza książka Szostaka, jaką przeczytałam – rokuje nadzieje na napisanie kiedyś, być może wkrótce, czegoś naprawdę wielkiego. Już ta książka momentami puka do bram panteonu, by jednak w następnym momencie osunąć się w otchłań etnograficznej dłużyzny á la wesele w Bohatyrowiczach. Szczególnie irytujące są opisy posiłków i obyczajów w Domu. Rozumiem, że sama idea chocholego tańca niejako wymaga opisania pewnej stagnacji i zapętlenia w rytuałach, lecz nie potrafię się oprzeć wrażeniu, że można to było zrobić lepiej, bardziej pojechać Gombrowiczem, którego duch, acz nie litera, nad tą książką się unosi. Któż bowiem tak jak Gombro przeżywał napięcie na linii jednostka – społeczność, któż wyrywał się rozpaczliwie z objęć konwencji, by po chwili odkryć, że popadł w kolejną albo że bez konwencji zgoła istnieć nie może? Któż tak żarliwie i beznadziejnie szukał siebie, próbując się odrzeć ze wszystkiego, co nabyte? Szostakowe opisy są jednak zbyt eleganckie, zbyt dopieszczone, by mimo szczerego podziwu dla jego znajomości kulinariów czytelnik nie ziewnął raz po raz dyskretnie.

Szostak próbował stworzyć powieść totalną i trzeba przyznać, że momentami ocierał się o sukces. Mikrokosmos jako odbicie makrokosmosu (lub odwrotnie), historia rodziny nierozerwalnie spojona z historią miasta, a w domyśle całego świata – zgodnie z maksymą „co w górze, to i w dole”, przywodzi na myśl Sto lat samotności Márqueza – książkę tyleż wiekopomną, co dla mnie osobiście nudną, choć krótszą od Chochołów. Na plus Szostakowi zapisuję to, że jego powieść udało mi się przeczytać w całości; chyba ze względu na tę gombrowiczowsko-mrożkowską nutę, na to szukanie siebie pośród stęchłych rytuałów, mozolne oddzielanie ziarna własnego jestestwa od plew wdrukowanej tradycji. Z kolei w plastycznych opisach architektury domu, gdzie wszystko ma drugie dno, odbija się pisarstwo Tokarczuk, a w opisie budzenia się ze snu widzę leniwe pasaże Cortázara.

Naprawdę jednak zapadły mi w pamięć poszczególne sceny. Scena na stosach, kiedy bohater nagle zaczyna wątpić w tożsamość towarzysza. Dotyk egzystencjalnego – i nie bezzasadnego, jak się później okazuje – przerażenia. Quasi-prorocze sny o innym Krakowie, po którym włóczą się hordy bezdomnych psów. Scena pogrzebu, w którą dopiero Zosia, przybysz spoza domu, wprowadza życie. Fascynacja bohatera zwłokami, jakby przeczuwał, że w rzeczywistości nie żyjemy. Malowidło Łukasza, które woła „król jest nagi!” i przeraża bohatera równie mocno, jak bulwersuje go fakt jego zasłonięcia. Ucieczki do mieszkania Bartka – Bartka, którego nie ma – jak gdyby tylko w nieistnieniu, w nirwanie można było odnaleźć wolność. I końcowe sceny samotności w upadłym mieście – jak gdyby nie istniało nic pomiędzy dusznym rytuałem a pustką. Nigdy nie fascynowałam się zwłokami, lecz pociągały mnie zrujnowane domostwa, slumsy, bo w jakiś niewyjaśniony sposób w takich miejscach bardziej dotykałam życia niż w tym, co ustalone i odpicowane. Niedawno odwiedziłam z aparatem fotograficznym kultowy niegdyś stadion im. Edmunda Szyca, obecnie służący za noclegownię bezdomnych i toaletę kioskarzy z bazaru. Przygnębiające? Może, ale jakie fascynujące! Dla równowagi dodam, że w dzieciństwie bawiłam się głównie na placach budowy poznańskiego osiedla Kopernika. Znajomość Krakowa ogranicza się u mnie do starówki, Wawelu i Kazimierza, więc powieść z pewnością czytało mi się inaczej niż jego rdzennym czy wieloletnim mieszkańcom, choć lokalizację Domu i jego otoczenie z grubsza kojarzę. Wyobrażam sobie jednak, że rozpad i upadek Poznania byłby dla mnie daleko bardziej bolesny😉

Na koniec wytknę Szostakowi i jego wydawcy żenujące błędy, które w książce pretendującej do miana dobrej, ba, wielkiej literatury nie miały prawa wystąpić. Przede wszystkim występujące tam NAGMINNIE wyrażenie „ubrać coś” zamiast „włożyć”, „założyć”, ewentualnie „ubrać się w coś”. „Ania ubierała luźne sukienki”, „Nikt by masek nie ubierał”, i tak dalej – naliczyłam siedem czy osiem takich przypadków. Wstyd dla pisarza, który skądinąd potrafi ładnie składać słowa, a jeszcze większy dla redaktora i korektora, bo to błąd kardynalny i oczywisty. Tylko proszę, nie mówcie mi, że to krakowski regionalizm, bo już i tak, zęby zacisnąwszy, godzę się na obrzydliwe „rozglądnąć się”, jako że słownik właśnie w takiej roli ów wyraz przytacza – choć i tak uważam, że w pisanej literackim językiem książce, w warstwie narracyjnej, miejsca dlań być nie powinno. Ubrać można choinkę, zawieszając na niej bombki, lecz kiedy przyodziewamy się w sukienkę, to ją wkładamy. Sorry. Jeśli autor uparł się przy tej konstrukcji, uprzejmie przepraszam redakcję, lecz brzmi ona ob-rzyd-li-wie i jest cholernym zgrzytem w strukturze skądinąd ładnie napisanego dzieła. Jeśli Szostak chciał zlokalizować swoją powieść, trzeba było to zrobić poprzez stosowanie małopolskich słówek – nie mam nic przeciwko flizom czy wychodzeniu na pole – a nie przez używanie form uważanych w ogólnopolskiej polszczyźnie za niepoprawne, a w najlepszym razie nieeleganckie. Tak czy owak, sama redakcja także ma co nieco na sumieniu, przepuszczając (albo i produkując) literówki w rodzaju „wnióśł”, „Warszazwa” (na stronie tytułowej!), czy też w jednym miejscu pisząc „z Jean-Lucem”, by kilka stron dalej poprawić się na „z Jean-Lukiem”. Wicie Szostaku, jeśli chcesz pisać wiekopomne dzieła, nie idź dalej tą drogą! Sugeruję jednocześnie wdrożenie poprawek przed kolejnym wydaniem, które – mam nadzieję zarówno ze względu na nieprzyjemne wrażenie pozostawiane przez te niedociągnięcia, jak i na korzystne wrażenie pozostawiane przez resztę książki – kiedyś nastąpi. I czekam na jeszcze lepsze dzieło!

Wit Szostak: Chochoły. Lampa i Iskra Boża 2010.

6 responses to “Chochoły Szostaka

  1. Wiesz co, „ubrać coś” jest tak bardzo powszechne w Małopolsce, że wielu małopolan upiera się przy jej stosowaniu, mimo wiedzy, że w literackim języku to nie tego. Przykładem Orbitowski, a Szostak to nie jestem pewien, czy z wewnętrznego przekonania, czy z umiejscawiania bohaterów.

  2. Wiem, zresztą znam ludzi nawet nie z Małopolski, którzy tak mówią i to z uporem. Rzecz w tym, że w kontekście tej książki (właściwie każdej książki, chyba że byłaby megastylizowana na język ulicy) mi to zgrzyta – tu pięknie wycyzelowane zdania, a tu jeden z wręcz „pokazowych” błędów tępionych przez polonistów, redaktorów, korektorów. Dlatego mimo podejrzenia, że Szostak stosował tę formę świadomie, odradzam mu ją.

  3. Oj, opisy kulinarne w „Chochołach” są nie tylko ważne, ale i – w moim przekonaniu – pyszne. Ja się nimi cieszyłem.

    Że Szostak nie pisze „Gombrowiczem” też tylko się cieszę. Gombrowicz miał już swój czas i miejsce i świetnie się w nich odnalazł. Pisanie dziś nawet nie gombrowiczowskim stylem, ale przez gombrowiczowskie okulary byłoby, w moim przekonaniu, nie tylko nieprawdziwe, ale i archaiczne. Szostak jest, na szczęście, swoisty. Dylematy Gombrowiczowskie rzeczywiście nie są mu obce, na szczęście wrażliwość posiada własną.

    Jeśli zaś chodzi o mazowieckie imperializmy językowe zachowam wyniosłe milczenie;). Napomknę tylko, że unikanie regionalizmów w książce osadzonej w konkretnym regionie i języku pachnie mi okropną urawniłowką i wyniszczaniem kolorytu języka.

  4. Dzięki za komentarz i za czytanie🙂 Nie chodzi o regionalizmy, Agrafku. Chodzi o pewne wyrażenia, a konkretnie jedno wyrażenie, które człowiek z innego regionu może postrzegać jako niepoprawne (słowniki nie są tu jednomyślne – jedne piszą po prostu, że to błąd, inne, że regionalizm) i którego używanie mnie na przykład kojarzy się z osobą niewykształconą, niechlujną językowo – stąd w napisanej bardzo staranną polszczyzną, co podkreślam, książce Szostaka, postrzegam je jako duży dysonans. U Orbitowskiego może by mnie nie raziło. Choć nie dostrzegłam takiej formy w jedynej jego książce, jaką czytałam.

  5. Ale, skoro Szostaka uznałaś za autora posługującego się staranną polszczyzną, to czy nie wydaje Ci się, że autor powieści osadzonej w bardzo konkretnym mieście i do tego wygrywającej różne cechy tego miasta (i zalety i słabostki) używał słów świadomie?

  6. To już napisałam w odpowiedzi dla Nosiwody. Mimo to mi zgrzyta. Myślę, że autor mógł wiedzieć, iż forma jest regionalna, natomiast mógł nie wiedzieć, jak odbiorą ją takie osoby jak ja. Pytanie, ile jest tych osób, bo jeśli mało, to pal sześć. No ale tak sobie myślę: książka wypieszczona, wycyzelowana, a wciąż funkcjonuje głównie w światku fantastycznym. Ja ją polecam różnym osobom spoza, miłośnikom Olgi Tokarczuk i takich tam, ale z pewną nieśmiałością, bo nie wiem, czy się domyślą, że to ubieranie to celowy zabieg.
    Nawiasem mówiąc, ja mam/miałam/miewam podobny problem, bo w moim regionie, a przynajmniej w domu, mówiło się „założyć” spodnie, buty itp. Aż tu nagle odbieram od redakcji moje pierwsze tłumaczenie i zonk – redaktorka poprawiła na „włożyć”. Patrzę w SPP – faktycznie piszą, że założyć to można krawat albo zegarek, a ciuchy się wkłada. (Do dziś mam problem, czy na przykład czapkę się wkłada, czy zakłada. Albo rękawiczki). Stwierdziłam jednak, że skoro niepoprawne, to niepoprawne, i zakładam sobie nieoficjalnie, a oficjalnie wkładam. Choć niektóre słowniki zdążyły już uznać te słowa za równoznaczne.
    Jest to w każdym razie dla mnie problem z nieco innej kategorii niż regionalizm w sensie słowa, którego nie używa się w innym regionie, typu pyry, blałka czy krakowskie flizy albo pole🙂 Owszem, pamiętam o tym, że pole istnieje wszędzie, tylko w innym znaczeniu. Ale to wciąż nie ta sama kategoria co ubieranie sukienki.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s