Ja, łamistrajk

Gdyby istniał związek zawodowy pracowników branży wydawniczej, nie wstąpiłabym do niego. Gdyby ogłosił strajk, zostałabym łamistrajkiem. A przynajmniej takie myśli rodzi we mnie lektura licznych wypowiedzi na pewnym branżowym forum. Być może się mylę – być może te wypowiedzi są tylko nieprecyzyjne, bo resztę dopowiada się gdzie indziej, na prywatnych spotkaniach, na których mnie nie ma. Albo może każdemu się zdaje, że to zrozumiałe samo przez się. Jeśli jednak brać pod uwagę tylko wypowiedzi z forum, gros z nich sprowadza się do jednego: ceńmy się, nie gódźmy się na stawki poniżej – i tu pada jakaś stawka, na ogół wyższa od tych, które znam – bo ci brzydcy wydawcy tylko czyhają, żeby nas wydoić, a jeśli ktoś się godzi na głodowe stawki, to jest „be” i działa wbrew interesom grupy zawodowej.

Bynajmniej nie jestem zwolenniczką głodowych stawek ani wyzysku zleceniobiorcy przez wydawcę, ale takie stawianie sprawy z pominięciem pewnych zasadniczych kwestii moim zdaniem jest jakąś kosmiczną pomyłką, świadczącą o kompletnym braku zrozumienia zasad powstawania dobrego produktu (lub, co gorsza, obojętności na nie), a także o braku perspektywicznego myślenia.

Nie wyobrażam sobie dobrego produktu stworzonego przez osoby, które traktują siebie nawzajem jak wrogów. Wydanie książki, która będzie dobra pod każdym względem – dobrze przetłumaczona, zredagowana, złożona, z ładną szatą graficzną i dobrą promocją – wymaga współpracy wszystkich osób biorących udział w procesie. Jeśli wydawca myśli głównie o tym, by nająć jak najtańszą siłę roboczą, a zleceniobiorcy o tym, by wynegocjować jak najwyższe honorarium, to przepraszam, ale nic z tego nie będzie. Negocjować można i trzeba, ale nie można mieć na oczach klapek przysłaniających nam książkę, nad którą mamy pracować, wydawcę, który wykłada na nią pieniądze, a pozostawiających jedynie kwestię zarobku. Jeśli wydawca jest nieuczciwy, szukajcie innego. Jeśli uczciwy, powiedzcie mu równie uczciwie, że waszym zdaniem zasługujecie na wyższą stawkę, jeśli zaś dojdzie do wniosku, że nie jest skłonny jej zapłacić, albo się zgódźcie na zaproponowaną, albo pożegnajcie po dżentelmeńsku i szukajcie pracy gdzie indziej. Jeśli wydawnictwa upadną, pracy dla nas nie będzie. Jeśli upadną te uczciwe, a pozostaną takie, które stawiają sobie za punktu honoru wydojenie zleceniobiorców, będziemy musieli pracować dla nich na ich warunkach albo zakładać własne firmy – zobaczymy, jakie warunki będziemy wtedy oferować potencjalnym zleceniobiorcom.

Zatem współpraca na przejrzystych warunkach zamiast okopywania się po dwóch stronach barykady. Co jeszcze? Coś, co w tej całej rozgrywce najwyraźniej się niektórym gubi – sama książka. Przyznaję bez wstydu, ba! – z dumą: jestem skłonna pracować za niższą stawkę, by dostać zlecenie, na którym mi zależy. Nie oznacza to automatycznie, że daję się wyzyskiwać. Współpracując z kilkoma wydawnictwami, przywykłam do tego, że jedne płacą więcej, a inne mniej. Różne są tego przyczyny. Swego czasu pracowałam dla zdziercy, choć na swoje usprawiedliwienie mogę powiedzieć, że nie zdawałam sobie z tego sprawy. Internet nie był wówczas tak popularny, nie było forów i nie miałam z kim porównać wysokości swoich honorariów. Później jednak zdarzyło mi się całkiem świadomie pracować dla wydawcy oferującego dramatycznie niskie stawki, ale z innych przyczyn – małej, ambitnej firmy wydającej fajne, niskonakładowe utwory, której po prostu nie stać na dużo wyższe honoraria. Owszem, osobiście sądzę, że gdyby trochę inaczej nią zarządzano, mogłoby jej iść nieco lepiej, ale tak czy owak w płaconych przez nią stawkach nie ma złośliwości. Wolałam dla niej redagować, niż tłumaczyć, bo finansowo wychodziłam na tym lepiej, lecz kiedy przyszła szansa na przetłumaczenie czegoś, co naprawdę mi się podobało, powiedziałam „tak”. Zrobiłam to dla osobistej satysfakcji, choć myślę, że mój wysiłek zaprocentuje również na niwie zawodowej: inni pracodawcy, sprawdzając nasze portfolio, patrzą przecież nie tylko na liczbę przetłumaczonych książek, lecz także na ich tytuły i nazwiska autorów.

I tu dotykamy sedna sprawy: czy autorzy owych buńczucznych wypowiedzi o stawkach, które ich zdaniem należą nam się jak psu miska, myślą tylko w perspektywie jednego zlecenia? Jeśli dotąd sprawiałam wrażenie niepoprawnej marzycielki, która żywi się powietrzem, wyprowadzę was z błędu. Jest oczywiste, że decydując się uczynić z tego zajęcia swój zawód, a nie tylko, jak na początku, hobby, muszę dbać o interes finansowy. Sama jednak rozważam, ile pieniędzy chcę lub powinnam zarabiać. Zwykle wiem również, ile jest skłonny zapłacić dany wydawca. Jeśli ktoś płaci pięćset złotych za arkusz, mogę uważać, że to za mało, ale nie będę się domagać od razu siedmiuset, bo mi tyle nie da (inaczej – domagać się mogę, zwłaszcza wtedy, gdy mi nie zależy, lecz jeśli z tym wydawcą współpracuję od dawna i jest nam razem dobrze, nie widzę w tym sensu). Mogę zaproponować sześćset i wtedy pewnie stanie na pięciuset pięćdziesięciu. Załóżmy teraz, że inny wydawca, którego jeszcze nie znam, w tym samym czasie oferuje mi siedemset pięćdziesiąt za przetłumaczenie poradnika, który mniej mnie interesuje niż fajna beletrystyczna książka za pięćset pięćdziesiąt u znajomego wydawcy. Na jednej szali kładę fajną książkę, wypróbowanego już wydawcę i 550 zł./a.a. Na drugiej – 750 zł./a.a., mniej fajną książkę i niepewność co do wydawcy – czy będzie się z nim dobrze współpracowało? Czy wypłaci pieniądze w terminie? Czy będzie chciał dalej współpracować? Nie wiem, co bym wybrała – to zależy od detali i od konkretnego momentu – lecz z pewnością stawka nie jest tu jedynym kryterium wyboru. Jest nim także przyjemność z tłumaczenia książki, jej postrzegany prestiż, trudność tekstu, stosunki z wydawcą, perspektywy dalszej współpracy. Czasem warto zaryzykować, czasem lepiej pozostać przy tym, co już znajome. Dobra analiza przesłanek może nam pomóc w podjęciu właściwej decyzji, choć czynników jest tyle, że pewności mieć nie można.

Każdy musi we własnym zakresie określić swoje priorytety, zbilansować możliwości i wymagania. Z pewnością jednak do niczego nie dojdziemy, uważając wydawcę za krwiopijcę, a siebie za święte krowy. Rozbierzmy barykady, bo dla nikogo nie będzie chleba. Rozmawiajmy. Jeśli z kimś nie da się rozmawiać, nie współpracujmy. Bądźmy uczciwi i wymagajmy uczciwości. Bądźmy profesjonalistami i wymagajmy profesjonalizmu. Piętnujmy złych wydawców i złych pracowników. Chwalmy i polecajmy dobrych i uczciwych. Jedziemy na tym samym wózku, który teraz ma wyraźnie pod górę, i jeśli będziemy się szarpać, stoczymy się razem z nim.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s