Happy returns

Chyba jestem już w średnim wieku, bo przestałam się troszczyć o to, że z każdym mijającym rokiem staję się coraz starsza. Byle zdrowie jako tako dopisywało. Boże Narodzenie, a potem Sylwester są dla mnie czymś w rodzaju markerów na kalendarzu, przerw w szarości zimy, a przedtem, kiedyś, w szarości roku szkolnego. Teraz z grubsza sama ustalam sobie harmonogram zawodowy, gdy jednak chodziłam do szkół, a potem w nich uczyłam, oczekiwanie na przerwę świąteczną, wybaczcie hiperbolę, utrzymywało mnie przy życiu. Upływ czasu mierzyło się odległością od przerwy w nauce (pracy): od weekendu, o ile był wolny, od Dnia Nauczyciela, Wszystkich Świętych, Święta Niepodległości, przerwy gwiazdkowo-sylwestrowej, ferii zimowych, Wielkanocy, świąt majowych, Bożego Ciała i wreszcie upragnionych wakacji. Dziś wygląda to inaczej także dlatego, że tych wakacji mniej, lecz część dawnych markerów wciąż funkcjonuje – weekendy dlatego, że staram się je mieć wolne, święta dlatego, że mąż ma wolne, Gwiazdka i Wielkanoc z racji przeważnego spędzania ich w szerszym rodzinnym gronie. Co przewrotne, dopiero teraz mam okazję ów rodzinny charakter świąt docenić, bo za młodu raczej darłam z rodzicami koty. Po latach wszystko się wygładziło i święta stały się tym, czym powinny być od początku – miłym przebywaniem razem bez pompy, śpiewania kolęd pod przymusem i obowiązkowej kłótni na zakończenie. Jednym z plusów upływu lat jest to, że nasi rodzice dojrzewają, a przynajmniej tak było z moimi. O tegorocznych świętach mogę powiedzieć tylko jedno – szkoda, że już minęły. Odhaczenie tego markera w kalendarzu oznacza jednak zarazem kolejny krok ku wiośnie.

Nie żebym nie lubiła zimy. Takiej zimy ze śniegiem i lodem, której niestety w tym roku nie mamy. Ale nawet taka zima powinna trwać tylko tyle, ile jej przeznaczyła natura. Pory roku to najlepsza rzecz, jaka mogła się nam przydarzyć, i nie wyobrażam sobie życia w miejscu, w którym którejś z nich miałoby zabraknąć. Każda ma w sobie to coś, co sprawia, że jest jedyna w swoim rodzaju, choć na szczęście powtarzalna. Oczywiście mam swój ranking. W zimie lubię śnieg, krę, skute lodem rzeki i jeziora, jazdę na łyżwach, lepienie bałwana. A także święta i wyczekiwanie wiosny. Taka jesiennozima jak teraz trochę psuje mi zabawę, więc jeśli ktoś tam w górze to czyta, poproszę trochę mrozu i śniegu od zaraz. Wiem, że jest kryzys, ale coś na pewno da się z tym zrobić.

O ile druga połowa lata rodzi już jesienną melancholię i świadomość nieuchronności zbliżającej się zimy, zima to ten czas, w którym można się rozkoszować myślą, iż ma się przed sobą całą wiosnę, lato i jesień. Gdy tak się zastanowić, to mój stosunek do pór roku jest absolutnie zgodny z duchem natury: wiosna to czas rozkwitu, lato – zbierania plonów (czyli na przykład wyjazdu na wakacje, a jeśli nawet nie, to wykorzystywaniu długich, słonecznych dni w inny sposób), jesień – schyłku i domykania pewnych spraw, zima – po trosze czas uśpienia, w którym głównym celem pozostaje przetrwanie. Ponieważ jednak należę do wyjątkowej rasy, los obdarzył mnie zdolnością zachwytu nad pięknem jesiennego świata i tak łatwego przetrwania zimy, że mogę z niej czerpać pewną przyjemność.

Ale nie tylko coroczne powroty wiosny cieszą mnie bardziej, niż martwi upływ lat. Zauważyłam, że zaczynam wyrastać z wieku narzekania na to, że nic już nie jest takie jak dawniej. Nie znaczy to bynajmniej, że pałam zachwytem nad wszystkim wokół. Są zjawiska, których nie sposób polubić, ba! – których lubić nie należy. Dożywszy czterdziestki, zwykle jednak dożywa się także czasów, gdy pewne rzeczy zaczynają wracać. Znowu chodzimy z płóciennymi siatkami, kupujemy nieworkowany chleb, a kawa zakupiona w ziarenkach i własnoręcznie zmielona w młynku z definicji smakuje lepiej niż ta, którą w fabryce zmielono już za nas. Doszło nawet do tego, że KF „Druga Era” z powrotem spotyka się w lokalu, w którym spotykał się jakieś dziesięć lat temu, tyle że zarządzanym już przez innych właścicieli i pod inną nazwą. A i kino Malta wróciło, choć nie na Malcie. Kto wie, może w następnym czterdziestoleciu doczekam chwili, kiedy popyt na dobre książki wzrośnie, dyskont spożywczy przepoczwarzy się w kino, a rano pod drzwi będą dostarczać mleko (niekoniecznie hałasując wózkami). Może nawet dożyję momentu, w którym do sklepów powrócą normalne żarówki. Z życiem jest jak z modą – pojawiają się rzeczy zupełnie nowe, ale raz po raz wracają stare. Kiedy byłam w liceum, nikomu nie przyszłoby do głowy, by nosić spodnie szersze niż takie, których nogawki ledwo przechodzą przez stopę. Potem ktoś odwrócił klepsydrę i spodnie stały się szerokie jak w latach 70., a może i szersze. Minęło jeszcze trochę czasu i wszystko się pomieszało – teraz mam w szafach spodnie szerokie i wąskie, przy czym to te szerokie, o dziwo, uchodzą za bardziej eleganckie.

Ucieszę się, gdy dzieciaki ponownie zaczną skakać w gumę i grać w korale. Muszę jednak sprostować pewne informacje zawarte w artykule Stare dzieje: otóż, jak dowiaduję się po latach od mamy, wcale nie było tak, że nikt nas nie opieprzał, kiedy jeździliśmy na wrotkach po blokowym korytarzu. Tyle że opieprz kierowany był do rodziców, a nie bezpośrednio do nas. Co więcej, nawet wózkiem dziecinnym nie można było jeździć bez ryzyka sąsiedzkiego opieprzu, że zostawia ślady. Cóż, po tym względem świat na pewno nie będzie już taki sam: nigdy już nie będziemy żyjącymi w błogiej nieświadomości dziećmi. Chyba że w jakimś następnym wcieleniu. Nim jednak do niego dojdzie, życzę Wam przeżycia wielu następnych lat w świecie, w którym mamy pewien wpływ na to, co się zmienia, co pozostaje takie samo, a co powraca.

Jak mawiają anglofoni – many happy returns!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s