Stare dzieje 2

(Najeżdżając kursorem na zdjęcia, zobaczysz opis ).

We wpisie Stare dzieje opisywałam żywot swój i swojej rodziny w wieżowcu z kominem na osiedlu USO, skąd w 1977 roku przeprowadziliśmy do mieszkania na nowo powstającym os. Kopernika, gdzie nastąpił skok metrażowy – z kawalerki z przedsionkiem do czteropokojowego mieszkania z długim korytarzem i normalnych rozmiarów balkonem. Przeprowadzka miała miejsce we wakacje przed moją pierwszą klasą.

Do zerówki chodziłam jeszcze w starym fyrtlu i zapamiętałam z niej jedno zdarzenie oraz jedną osobę. Osobą był chłopak z naszej grupy, który miał zwyczaj wybierać sobie ofiarę, podchodzić do niej, pytać: „Co to było wczorajsze?”, a kiedy biedny delikwent nie wiedział, co odpowiedzieć, chłopak zaczynał go bić. Zapamiętanym zdarzeniem była zaś sytuacja, którą zapoczątkował starszy o dwa lata kolega, brat mojej koleżanki z grupy. Otóż pewnego razu namówił nas do pukania w okna sali znajdującej się na pierwszym piętrze i chowania się. Pukamy, schylamy się poniżej poziomu okna, uczniowie wyglądają i nic nie widzą. Do czasu. W końcu nauczycielka otworzyła okno, zobaczyła mnie i zaczęła wrzeszczeć. Tak, mnie – bo zanim do tego doszło, kolega i koleżanka uciekli, czego głupia Iwonka nawet nie spostrzegła. Niestety nie dość, że na mnie nawrzeszczała, to jeszcze zapowiedziała, że „jutro po mnie przyjdzie”. No i faktycznie przyszła, tyle że nie jutro, a pojutrze, gdy już miałam nadzieję, że sprawa rozejdzie się po kościach. Przyszła, rozpoznała mnie, powiedziała wychowawczyni, że mnie zabiera, a ponieważ nie dałam się wziąć bez walki, tylko ryczałam i zapierałam się o framugę, siłą zaciągnęła mnie do swojej sali, gdzie pierwszoklasiści uczyli się jakichś bzdur, które dawno umiałam, i postawiła w kącie. To nie byłoby jeszcze takie złe – gorzej, że w trakcie lekcji nauczycielka wyszła na moment, a wtedy starsze dzieciaki zaczęły we mnie rzucać papierami, na co ja odwróciłam się i pokazałam im język, o czym skwapliwie doniosły pani, gdy tylko wróciła.

Tak wyglądały w tamtych czasach prawa dziecka. Nie powiem, żeby mi się podobała dzisiejsza sytuacja, w której to nauczyciel jest w szkole straumatyzowany, ale muszę przyznać, że tamto zdarzenie było dla mnie dość straszne. W przedszkolu zresztą nie było lepiej – miałam wychowawczynię, która podczas leżakowania pilnowała, żeby nikt nie otwierał oczu, a gdy kogoś na tym przyłapała… zgadliście: zaczynała wrzeszczeć. Zaraz pewnie podniosą się głosy, że takie traktowanie nas hartowało i że dzięki temu nasze szanse na stawienie czoła dalszemu życiu rosły. Ja jednak postrzegam to całkiem przeciwnie: takie zastraszanie bardzo źle wpływało na nasze poczucie własnej wartości. Byłoby zapewne inaczej, gdybyśmy mieli rodziców po swojej stronie, ale wtedy takie traktowanie przez nauczycieli uchodziło za coś naturalnego, ba! – sami rodzice przywykli do jeszcze surowszego traktowania w szkołach, gdy byli dziećmi – więc na ich wsparcie nie było co liczyć, bo nauczyciel miał rację nawet wtedy, gdy jej nie miał. Rodzice zresztą podobnie. Wykształciło to we mnie od najmłodszych lat przeświadczenie, że na sprawiedliwość w życiu nie ma szans, póki jest się dzieckiem. Później oczywiście przekonałam się, że po ukończeniu lat osiemnastu czy nawet zdaniu matury aż tak wiele się w tej kwestii nie zmienia…

Zerówka jednak minęła i nadeszła kolejna epoka w moim życiu – epoka nowego osiedla, na którym miałam spędzić szesnaście lat (choć wtedy jeszcze o tym nie wiedziałam), i przywdziania szkolnego fartuszka. Zanim go jednak przywdziałam, zdążyłam zawrzeć na podwórku znajomość z kilkoma koleżankami, z których z jedną trafiłam potem do klasy. Zabawa na budującym się osiedlu była prawdziwą frajdą – chowanie się w betonowych rurach, taplanie w błocie, chodzenie po niezabezpieczonych budowach wspominam z dogłębną rozkoszą. Ponieważ na naszym osiedlu nie było jeszcze szkoły, chodziliśmy do nieistniejącej już (a szkoda) SP nr 44 przy ul. Taczanowskiego. Szkoła mieściła się w starym budynku, dzięki czemu była nietypowa i nikt w niej nie wpadł na pomysł zmuszania uczniów do chodzenia parami w kółko na przerwach. Miała za to fajne podłogi, na których dobrze ślizgało się na wycieraczkach. Fajne było też to, że znajdowała się stosunkowo daleko od domu i po drodze można było przeżyć różne przygody. Istniały zresztą dwie drogi – normalna i „przez Raszyn”. Wprawdzie w pierwszych latach rodzice odbierali mnie ze świetlicy, z której zapamiętałam głównie to, że bardzo długo czytałam książkę o Dyniogłowym, którą po latach (bo oczywiście nie pamiętałam tytułu) udało mi się zidentyfikować jako W krainie czarnoksiężnika Oza. W trzeciej, czwartej klasie można już jednak było samodzielnie wracać ze szkoły i mieć przygody.

Tak naprawdę zresztą jedną przygodą było wracanie okrężną drogą „przez strzelnicę”. „Strzelnica” była w rzeczywistości salonem gier, do którego szło się pograć na flipperach. Nikt wtedy nie przejmował się tym, że dzieci bywają w takich miejscach, a dzieci ze swej strony szybko wybywały, bo drobnych w kieszeni starczało im na jedną czy dwie gry. Naprzeciwko strzelnicy  (ul. Promienista przy skrzyżowaniu ze Ściegiennego) mieścił się kiosk „Ruchu”, który nawet częściej niż ona skłaniał nas do nadłożenia drogi. Trzy razy w tygodniu bowiem – we wtorki, czwartki i soboty (przy czym warto pamiętać, że przez długi czas sobota nie była dniem wolnym od szkoły) ukazywał się „Świat Młodych”. Każdy dzień miał inny kolor obwódki wokół tytułu – niebieski, zielony lub czerwony. „ŚM” pozostawał moim ulubionym pismem do czasu wyparcia przez „Na przełaj” już w liceum. W późniejszych latach wysyłałam doń wiersze, z których jeden został opublikowany (ze znacznymi zmianami, ale wtedy się tym nie przejmowałam, tym bardziej że zmiany wyszły mu na lepsze). Kącik poezji prowadziła pani (zresztą nie wiem, równie dobrze mógł to być pan albo kilka pań lub panów występujących pod wspólnym pseudonimem) podpisująca się jako Brzęczysława, która – imaginujcie sobie – nawet odpisywała na listy! Ja przynajmniej doczekałam się dwóch odpowiedzi. Jedną z nich publikuję poniżej. (Po kliknięciu obrazek się powiększa i można przeczytać, co takiego napisała o moich wierszach Brzęczysława – fascynujące: tam nawet są znaki korektorskie, widać listy poddawano korekcie jak każdy inny tekst).

To jednak działo się znacznie później, na przełomie podstawówki i liceum. Była to już zresztą całkiem inna podstawówka, wybudowana na osiedlu, do której ja i wielu moich rówieśników zaczęliśmy chodzić w 1981 roku. Na razie jednak jesteśmy w trzeciej, może czwartej klasie, i wracamy ze szkoły czasem przez strzelnicę, a czasem zwykłą drogą przez ul. Junacką, na której znajduje się sklep samoobsługowy, czyli po prostu sam. W tym samie kupujemy uwielbiane przeze mnie cukierki „mlekole” (o smaku podobnym do dzisiejszych wertersów), czasem bułki. Zdarza nam się także ukraść jakąś bułkę, a w raszyńskim warzywniaku – jabłko. Śmiejemy się też z chłopaka, który przy stoisku ze słodkościami prosi o „jedną bezę”, gdyż z nieznanych mi przyczyn beza ma dla nas rodzaj męski – ten bez. Później z tego wyrośniemy.

A skoro o bezach mowa, przy ul. Trębackiej mieści się cukiernia. Pączek i drożdżówka kosztują w niej trzy złote, a ciepły lód dwa. Pamiętam ciepłe lody o smaku cytrynowym, moje ulubione nie tylko ze względu na cenę. Być może zresztą innych nie było.

Ostatecznie docieramy do domu, przechodząc obok górki, z której w zimie zjeżdżamy na sankach, a w lecie na wycieraczce. Obok stoi budynek, który nazywają bunkrem albo pieczarkarnią. Do dziś nie wiem, czy wówczas cokolwiek się w nim znajdowało. Teraz nie ma już ani górki, ani pieczarkarni – jest za to Piotr i Paweł.

A sama szkoła? Uczęszczałam do niej przez cztery lata i wspominam je z pewnym sentymentem. Z nauczycieli właściwie zapadł mi w pamięć jedynie pan od geografii – nazywał się Rabczewski – który był już podówczas starszym człowiekiem i nie zawsze nadążał mentalnie za naszymi wygłupami, co skrzętnie wykorzystywaliśmy. Pamiętam też, jak pani od polskiego (?), nazwiskiem bodajże Kaczor, ciągle nas przestrzegała, żebyśmy nie kiwali się na krzesłach, aż pewnego razu sama tak się kiwnęła, że omal nie wylądowała na podłodze. Oceny miałam znośne, aczkolwiek rodzice i nauczyciele dość późno się zorientowali, że siedząc w jednej z dalszych ławek nie widzę z tablicy, co zapewne miało wpływ na moje oceny. Kiedy w końcu wylądowałam u okulisty, okazało się, że powinnam już nosić minus trzy dioptrie. Na początek jednak zapisano mi bodaj półtorej. Pierwsze okulary nie wytrzymały nawet dnia, gdyż przed dużą przerwą schowałam je do tornistra, który następnie koledzy przerzucili wraz z innymi tornistrami pod inną salę. Jedno ze szkieł tego nie wytrzymało…

Tak więc uczyłam się znośnie, aczkolwiek szybko dorobiłam się etykiety „zdolna, ale leniwa”. Prawdopodobnie miałam duże problemy z koncentracją – największe w pierwszej klasie, w której nazbierałam tyle uwag, że musiano mi założyć nowy dzienniczek. Ponieważ nieźle czytałam i pisałam już przed pójściem do szkoły, nudziłam się w dodatku niemiłosiernie. Bazgrałam, czasem zapominałam o zadaniach domowych, a w czytankach opuszczałam całe akapity i zdarzało mi się na przykład nie doczytać, że chłopcy poszli na ryby i wrócili. Jak większość dziewczynek, utrzymywałam jednak średnią powyżej czterech.

Warto też wspomnieć, co się działo w naszym przestronnym mieszkaniu. Wcale nie było tak super. Ponieważ rodzice spłacali raty za mieszkanie (czy też zadłużyli się na jego kupno), mama zdecydowała się nie wykorzystywać całego urlopu wychowawczego na mojego brata, tylko wróciła do pracy. W związku z tym rodzice najęli do nas nianię, którą znali jeszcze z naszego poprzedniego miejsca zamieszkania, gdzie opiekowała się dziećmi sąsiadów, u których mieszkała ładnych parę lat. Zdaje się, że był to układ z rodzaju opieki nad dziećmi w zamian za wikt, opierunek i kieszonkowe. Niania wytrzymała u nas może ze dwa miesiące. Przedtem jednak zdążyła mnie nieźle sprać skakanką za to, że w białej sukience położyłam się na błocie, by wydobyć z kałuży papierowy statek. Dostałam takie wciry, że na całym tyłku i udach przez kilka dni widniały czerwone pręgi. Rodzice mimo to nie zdecydowali się niani zwolnić, bo w tym wypadku mama musiałaby odejść z pracy, by się nami (a raczej moim bratem) opiekować, co zresztą wkrótce i tak nastąpiło, gdyż pewnego dnia niania pod pretekstem wyjazdu na weekend do siostry spakowała manele i tyleśmy ją widzieli. Jak się potem okazało, wróciła do swojej poprzedniej rodziny i swoich aniołków, które były bez porównania słodsze od takich bachorów jak ja (a nie odmówię sobie dodania, iż były to te same aniołki, dzięki którym przeżyłam traumę ze staniem w kącie i byciem obrzuconą papierkami). Tak więc mama chyba przez chwilę była w domu, lecz szybko znaleziono żłobek dla brata, a dla niej nową pracę. Na szczęście o bezrobociu wówczas nie słyszano, a zapotrzebowanie na księgowe i wszelkiego rodzaju referentki było.

Problemy finansowe nadal jednak nam doskwierały, więc rodzice przyjęli sublokatorkę, a nawet dwie sublokatorki, choć nie jednocześnie. Muszę ze wstydem przyznać, że raz czy dwa zakradłam się do pokoju tej, która miała narzeczonego „na Zachodzie”, i podkradłam jednego tic taca. No dobrze, nie wiem, czy to był tic tac – w każdym razie mały drops w przejrzystym pudełeczku. U nas wtedy takich nie widywano. Ogólnie życie z sublokatorką było dość uciążliwe, choć przypuszczam, że dla niej o wiele bardziej niż dla mnie. Nie pamiętam dokładnie, jak długo mieszkały – jedna chyba rok, druga dwa lata. Nie wiem, czy rodzice je gdzieś meldowali. Wiem natomiast, że przez pewien czas była u nas zameldowana siostra mojej mamy, bo w przeciwnym razie musielibyśmy płacić dodatkowe pieniądze za nadmetraż – wszak mieliśmy M-5 (tak nazywano mieszkania czteropokojowe), a było nas tylko czworo!

Przyszedł rok 1981, a wraz z nim przenosiny do nowej szkoły, do której miałam niecałe pięć minut drogi. Miałam do niej trafić z mnóstwem osób ze starej szkoły, która wraz z naszym odejściem zmalała o ponad połowę. O tej szkole, a także o podwórkowych zabawach, wyjazdach na kolonie i wczasy, a także o rzeczach, które robiliśmy w drodze na religię, napiszę w następnych odcinkach.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s