Gra miejska, czyli pięć w jednym

Nie wiem, kiedy odbyła się pierwsza gra miejska w Poznaniu. Może w zeszłym roku, może dwa lata temu, a może znacznie dawniej. W każdym razie jest to zjawisko jeśli nie całkiem nowe, to w każdym razie dopiero niedawno rozpropagowane.  Jedno jest pewne – odkąd po raz pierwszy usłyszałam o grze, wietrzyłam w niej niezłą zabawę. Kiedy więc się okazało, że znajomi kompletują drużynę, zgłosiłam się i wczoraj udało mi się zadebiutować – z dobrym skutkiem, choć dzisiaj lekko utykam, ale cóż – zacięta rywalizacja wymaga ofiar.

Gra miejska to coś w rodzaju podchodów, tyle że zamiast dwóch drużyn jest ich wiele – zależnie od liczby zgłoszeń może to być dwadzieścia, a nawet trzydzieści kilkuosobowych ekip – a ich zadaniem jest odnalezienie jak największej liczby punktów rozmieszczonych w różnych punktach miasta oraz wykonanie dodatkowych zadań. Wygląda to tak, że grupa otrzymuje sms-em informację o lokalizacji pierwszego punktu, do którego musi dotrzeć, przeczytać umieszczone tam informacje, spisać symbol oraz na podstawie umieszczonego zdjęcia lub rebusu wydedukować, gdzie się znajduje następny punkt. Przy niektórych punktach mogą się znajdować osoby, które zlecą nam dodatkowe zadania i ocenią ich wykonanie. Po upływie wyznaczonego na grę czasu drużyny oddają w wyznaczonych miejscach kartki z zapisem symboli punktów i dodatkowymi informacjami (w wypadku naszej gry były to nazwiska osób, których sylwetki przedstawiono w punktach) oraz potwierdzeniem wykonania dodatkowych zadań. Gdy już wszyscy się zbiorą, następuje zliczenie punktów i ogłoszenie wyników.

Całkiem przypadkowo mój debiut przypadł na grę odbywającą się z okazji Dni Judaizmu i poświęconą sylwetkom Żydów, którzy byli związani z naszym miastem. Impreza rozpoczynała się na odrestaurowanym fragmencie żydowskiego cmentarza, który hitlerowcy zniszczyli, a płyt nagrobnych użyli m.in. do utwardzenia dna jeziora Rusałka.

W poszczególnych puktach znajdowaliśmy zdjęcia i opisy postaci z różnych okresów, przeważnie całkiem mi nieznanych. Przygotowując się do gry, czytałam m.in. o tym, gdzie mieszkali Róża Luksemburg czy Zygmunt Bauman. Dowiedziałam się też, że krem Nivea wynalazł niejaki pan Troplowitz, któremu jestem za to niezmiernie wdzięczna. Ta wiedza zupełnie mi się w grze nie przydała, a z postaci pewnie zapamiętam tylko jedną – szachistę Paula Saladina Leonhardta. Tym bardziej że przy okazji punktu z jego postacią musieliśmy wykonać dodatkowe zadanie polegające na wygraniu parti szachów, z którym poradziliśmy sobie błyskawicznie dzięki P.

Tak czy owak udało nam się znaleźć sporo punktów, a co za tym idzie, sporo punktów zgromadzić, więc na wyniki gry czekaliśmy z nadzieją. Trzeba przyznać, że nasza drużyna, będąca w sumie dość przypadkową (acz złożoną z wybitnych jednostek) zbieraniną, doskonale się uzupełniała. Jeśli ktoś gorzej sobie radził z topografią miasta albo wiedział, że tysiąc razy mijał jakiś pomnik, tylko nie pamięta gdzie, był lepszy w rebusach albo świetnie rozwiązywał zadania. I tak po trzech godzinach intensywnego biegania – no dobrze: szybkiego chodzenia – po mieście dokuśtykałam do punktu zbiorczego w budynku gminy żydowskiej przy ul. Stawnej, gdzie czekały na nas ciepłe napoje i ciastka. Jako że podliczanie wyników i wypisywanie dyplomów trochę trwało, przewodnicząca gminy, pani Alicja Kobus, zaprosiła nas do zwiedzenia malutkiej synagogi, która kilka lat temu dzięki jej staraniom powstała w tym samym budynku.

Jak wiadomo większości poznaniaków, dużą przedwojenną synagogę podczas wojny przerobiono na pływalnię i pozostawała nią do września 2011 roku. Istnieje szansa, że budynek zostanie odnowiony i część z niego zajmie muzeum obrazujące historię polskich Żydów, a część przestrzeń komercyjna.

Ostatecznie przyszedł czas ogłoszenia wyników i okazało się, że na dwadzieścia jeden sklasyfikowanych drużyn nasza zajęła trzecie miejsce. Hurra! Moją radość nieco przyćmił fakt, że wszyscy przed nami dostawali dyplomy, a my tylko nagrodę rzeczową. Pozwolę sobie niniejszym zaapelować do organizatorów, żeby na drugi raz dali dyplomy wszystkim! Nagrodę rzeczową przejemy, przepijemy lub postawimy na półce (na drużynę przypadły trzy książki i parę różnorakich kuponów czy to na zniżkę, czy to darmową wyżerkę w kawiarni lub jazdę na lodowisku „Bogdanka” – w sumie dzięki, bo dawno tam nie byłam!), a czym będziemy się chwalić? Obawiam się, że po prostu drużyn było więcej, niż przygotowano dyplomów – według informacji na stronie gry zgłosiło się osiemnaście drużyn, ale najwidoczniej rzutem na taśmę przyjęto trzy dodatkowe i stąd problem. Na drugi raz przygotujcie więcej!!!

Tak czy owak jestem dumna z naszej ekipy i mam nadzieję, że jeszcze niejedną grę razem rozegramy z równie dobrym wynikiem. A jeśli nawet nie załapiemy się na podium, to i tak będzie fun.  Bez większego wysiłku naliczyłam bowiem pięć korzyści płynących z takiej zabawy.

Po pierwsze – aktywne spędzanie czasu na świeżym powietrzu. Minusem tej aktywności jest katar P. i moje bolące kolano, więc następnym razem musimy się uzbroić w lepszą czapkę i lepsze buty.

Po drugie – rywalizacja. Osobiście mam niewiele okazji do rywalizowania w czymś, w czym naprawdę trzeba się postarać i wykazać. W żadnym audiotele nigdy nie udało mi się nic wygrać, a w konkursach wymagających rzetelnej wiedzy odpadam w przedbiegach. Jedyne wygrane ostatnich lat to książka z „Nowej Fantastyki”, analogowy singiel z „Teraz Rocka” i dwie wejściówki na mecze Warty. Dodatkowym atutem jest taki charakter rywalizacji, że w zespołach nie ma miejsca na konflikt opinii – teoretycznie można by się spierać, kto ma bandażować nogę albo rozgrywać partię szachów, ale przy rozwiązywaniu zagadek jeśli już ktoś znajdzie rozwiązanie, zwykle od razu wiadomo, że jest ono właściwe. Jeden niechlubny wyjątek stanowię ja, która źle rozwiązałam rebus, ale ponieważ nikt nie miał lepszego pomysłu, linczu nie było.

Po trzecie – przygoda. Biegając po mieście, rozwiązując zagadki i ścigając się z pozostałymi grupami czułam się jak kolonistka podczas podchodów. Nieważne, czy masz dziesięć, czy sześćdziesiąt lat – w momencie wejścia do gry następuje neutralizacja. Każdy jest dzieckiem. A tego w obecnych neurotycznych czasach nigdy za wiele.

Po czwarte – zdobywanie wiedzy. Bynajmniej nie zamierzam uczyć się na pamięć życiorysów osób z poszczególnych punktów gry. Może zapamiętam jakieś nazwiska, może nie. Ale wiem już, gdzie jest cmentarz żydowski, gdzie znajduje się siedziba gminy żydowskiej i czynna synagoga, że tulipany przy Multikinie to na cześć Ireny Sendlerowej, a do tego dowiedziałam się nieco więcej o kilku miejscach w Poznaniu, które dotąd bez zastanowienia mijałam, a także odwiedziłam jedno miejsce, w którym nigdy nie byłam. Tym miejscem były ulice Bóżnicza/Grochowe Łąki, gdzie w jednej z bram widnieje taka oto przedwojenna tabliczka:

Po piąte – przebywanie z niesamowitymi ludźmi. I kto wie, czy nie był to największy walor gry, choć o jej wyjątkowości stanowi raczej kombinacja wszystkich pięciu walorów i pewnie jeszcze paru innych. W każdym razie dzięki dla mojej ekipy za współpracę. Mam nadzieję, że następnym razem też mnie (nas) zabierzecie i że zabawa będzie równie przednia. A wszystkich innych zachęcam do udziału w grach oraz ich organizowania!

Przy okazji wędrówek od punktu do punktu nie mogłam sobie odmówić przyjemności sfotografowania kilku pięknych widoków niezwiązanych bezpośrednio z grą, lecz obrazujących uroki mojego ukochanego miasta. Co ciekawe, mimo soboty i nie najgorszej pogody kręciło się tam stosunkowo mało ludzi. Pewnie wszyscy się bali, że zostaną wzięci za graczy😉

6 responses to “Gra miejska, czyli pięć w jednym

  1. Proszę nie imputować mi antycypowanego kataru!!

  2. Dzięki „P” czasem tu w chodzę, bo zamieszcza on linki na fb. Chciałem się tylko ustosunkować do ostatniego zdjęcia. Otóż budynek na pierwszym planie to Odwach🙂 (http://pl.wikipedia.org/wiki/Odwach_w_Poznaniu)

    Z pozdrowieniami,
    Paweł

  3. P. – przepraszam, nie masz kataru, tylko zawalone zatoki.
    Paweł – dzięki!

  4. No cóż, moja drużyna zajęła pierwsze miejsce i dostaliśmy jedną książkę i żadnego kuponu na darmowe jedzenie :] I dyplom zaklejoną nazwą innej drużyny😉 Także jak widać, opłaca się być trzecim! Gratuluję i pozdrawiam!
    Aga

  5. Dzięki! Pewnie za dużo książek rozdali w loterii. Odwzajemniam gratulacje!

  6. Cześć:) Trafiłem tu dość przypadkowo, ale może na coś się przydam;) Nie wiem kiedy była pierwsza gra miejska w Poznaniu, ale na pewno była gra już w 2006r.:
    http://miejskiegry.pl/topics19/wielkopolskie-powstanie-wielkopolskie-poznan-27122006r-vt122.htm
    Ja sam jestem z Bytomia, jestem właśnie fanem gier miejskich, założyłem też forum o grach miejskich (oczywiście dla przyjemności, a nie dla pieniędzy), mam nadzieję, że niedługo je rozruszam. W każdym razie zapraszam:
    http://miejskiegry.pl
    A jeśli ktoś chciałby powymieniać opinie o grach to można też mailowo:
    michero/małpa/miejskiegry.pl
    Pozdrawiam, Michał

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s