Stare dzieje 3 – kryzys i stan wojenny

Nie pamiętam za bardzo, kiedy zaczął się kryzys ani ile trwał. Wiem, że przez jakiś czas w sklepach nie było nic (jak głosi legenda – poza octem, choć przypuszczam, że jednak parę innych produktów by się znalazło), a później wprowadzono kartki. Kartki na cukier pojawiły się już za późnego Gierka, lecz wydaje mi się, że większość pozostałych wprowadzono dopiero w roku 1981. W każdym razie z czasów uczęszczania do starej szkoły pamiętam jeszcze względny dobrobyt, kupowanie cukierków w samie i ciastek w cukierni, natomiast wszelkie własnoręczne wynalazki kulinarne spowodowane kryzysem to już nowa szkoła, którą rozpoczęłam we wrześniu 1981.

Nie przypominam też sobie bolesnego odczuwania jakichkolwiek niedoborów żywnościowych. Rodzice zawsze zadbali o to, żeby to, co najbardziej potrzebne, w domu było. Skąd to brali, to ich słodka tajemnica, ale mniej więcej podobnie się działo we wszystkich innych rodzinach. Niby nic w sklepach nie było, a nikt nie głodował. Zresztą chleb codziennie pieczono i choć trzeba było po niego stać w kolejkach, raczej nie brakło, chyba że przed weekendem (co i dziś się zdarza). Jako dziecko (być może jeszcze w epoce przedkryzysowej) prawdopodobnie kilkakrotnie skręciłam nogę, bo biegnąc odczuwałam nagle przeszywający ból i musiałam przykucnąć, ale gdy ból mijał, biegłam dalej i nic nikomu o tym nie mówiłam. Przypuszczam, że już wtedy wytworzyły się jakieś zwyrodnienia, nie wiem jednak, czy miało to jakikolwiek związek z niedoborami czegoś (wapnia?) w organizmie, czy też taka po prostu jest moja natura. Około trzydziestki zaczęłam narzekać na bóle stawów kolanowych i biodrowych podczas dłuższego chodzenia (zwłaszcza po płaskiej powierzchni), a przy jednym z kolan też mam wystające „coś”, więc może taką już posiadam urodę.

Pamiętam natomiast problemy ubraniowo-towarzyskie. Może i była bieda, ale to wcale nie oznacza, że nie istniały pewne standardy mody, choć oczywiście były to standardy dostosowane do warunków. Moi rodzice starali się tym standardom sprostać i kiedy na przykład pod koniec podstawówki modne były tzw. kufajki – kurtki bez rękawów – kupili mi taką, a kiedy gremialnie nosiło się getry, mama zrobiła je na drutach. Wcześniej jednak, a musiało to być w szóstej klasie, bo do harcerstwa należałam tylko przez rok, wysłali mnie na rajd w obciachowych kozaczkach z darów, które dostaliśmy bodaj ze Szwecji lub z Niemiec. Kozaczki były czerwone i świecące, a do tego na koturnach, czego ówczesny uzus absolutnie nie dopuszczał, a wręcz nie znał. Nie mam pojęcia, czy rodzice nie kupili mi „normalnych” (czyli takich, jakie mieli wszyscy – nie pamiętam, czy była to już epoka relaksów, ale chyba nie, bo relaksy później miałam), bo ich nie było, czy z powodu oszczędności, czy też noga rosła mi tak szybko, że uznali, iż nie warto na razie kupować nowych. [Czytam teraz w Wikipedii, że w 1982 roku wprowadzono kartki na obuwie – jedna para na osobę na rok. Czyli wszystko chyba jasne]. Tak czy owak, na rajdzie koleżanki i koledzy pokładali się ze śmiechu na widok moich butów, a ja czułam się niezmiernie głupio.

Z samym skompletowaniem mundurka harcerskiego też zresztą był problem. Drużynowa wymagała przy bluzie metalowych guzików z lilijką, podczas gdy w Składnicy Harcerskiej sprzedawano wówczas bluzy z czarnymi gładkimi guzikami, a metalowe guziki od czasu do czasu „rzucano” osobno i trzeba było na nie czyhać, co w moim przypadku było niewykonalne, bo w szóstej klasie nie jeździłam jeszcze sama do centrum, a rodzice mieli na głowie inne problemy. Nie posiadałam też lilijki przy berecie. Za obie te rzeczy, jak również za opuszczenie zbiórki, druhna kilkakrotnie robiła mi karną musztrę przed obliczem całej drużyny. Z drugiej strony, my przez rok nie doczekaliśmy się nawet chust. W naszej drużynie chusty nie dostawało się od ręki, tylko trzeba było zdać na nią egzamin, tak jak później zdawało się na krzyż. Jadąc na ten dwudniowy rajd, byłam przekonana, że podczas niego urządzą nam zdawanie na chustę, ale nic z tego. Czekali z tym do obozu, na który niestety nie pojechałam, a po wakacjach odechciało mi się już chodzić na zbiórki.

Co się tyczy prowadzenia drużyny, muszę przyznać, że była wyjątkowo niekomunistyczna jak na okres stanu wojennego w PRL. Śpiewaliśmy piosenki o ułanach, co to „barwny ich strój, amaranty zapięte pod szyją”, „Gdy szedłem raz od Warty”, „Harcerzem być”, piosenki co najmniej neutralne, a niekiedy chyba przedwojenne. Słyszałam zresztą, że po roku 1989 drużyna przeszła na łono ZHR-u.

Niedoborów żywnościowych, jak wspomniałam, zbytnio nie odczuwałam. Pamiętam kolejki po przeróżne produkty, w których stało się nawet przyjemnie, bo kwitło życie towarzyskie. Niedobory i kolejki ciągnęły się jeszcze do początków epoki postkomunistycznej, więc naprawdę trudno mi teraz stwierdzić, jakiego okresu dotyczą poniższe wspomnienia – czy był to czas stanu wojennego (bądź krótko przed nim), czy już po nim. Pamiętam jednak, że w blaszaku naprzeciwko mojego bloku najczęściej stało się po kawę, bobo fruity (które sprzedawano całymi paletami po szesnaście lub dwadzieścia soczków z bocznego okienka w samie, żeby nie zakłócać ruchu w samoobsługowej części sklepu, a przede wszystkim mieć kontrolę nad tłumem kupców), proszek do prania i papier toaletowy (sprzedawane chyba w kiosku) i pomarańcze kubańskie (w warzywniaku), przy czym należy nadmienić, że kubańska odmiana pomarańczy nie jest tak smaczna jak zwykła. Po małym researchu w internecie w ogóle nie jestem pewna, czy istnieje coś takiego jak kubańska odmiana pomarańczy, czy też po prostu wysyłano do Polski owoce niedojrzałe lub nieudane. Innych jednak nie było, więc i na te kubańskie cieszyliśmy się niezmiernie.

Słodycze robiliśmy sami. Do dziś tęsknię za cukierkami mojej babci. Składały się chyba tylko z cukru, mleka, masła (margaryny?) i kakao, a jednak wielokrotnie próbowałam je później zrobić sama i chyba tylko raz wyszło mi coś podobnego, acz nie smakowało nawet w połowie tak cudownie jak wtedy. Z kolei czekolada robiona z podobnych składników i mleka w proszku była domeną mamy. Po latach podobną czekoladą częstował nasz kolega Marek z  KKC [Korespondencyjny Klub Czytelników (przemianowany potem na TPM – Towarzystwo Pomocy Młodzieży) – najpierw nieformalna grupa, a potem stowarzyszenie powołane do życia przez czytelników prof. Marii Łopatkowej, pedagoga zajmującego się problemami dzieci i młodzieży. O zlotach TPM jeszcze napiszę, bo przeżyłam na nich parę fajnych chwil i poznałam fajnych ludzi], a kilka lat temu otrzymałam od koleżanki przepis na blok czekoladowy, który jeśli nie dawać doń pokruszonych herbatników, staje się starą dobrą czekoladą. Był też produkt wyrabiany przez dzieci własnoręcznie, a polegający na smażeniu cukru z tłuszczem na patelni i taką ciemną lizakową masą zalewaniu nakrętek od słoików, które następnie się lizało. Wspominam to z rozrzewnieniem i planuję kiedyś zorganizować „powtórkę z rozrywki”.

Stan wojenny nie zrobił na mnie wielkiego wrażenia. Pamiętam, że włączyliśmy rano telewizor i nic nie było. Nie załapaliśmy się na pana w okularach, który występował tylko co jakiś czas. Stwierdziliśmy, że zepsuła się antena. Potem w drodze do kościoła spotkaliśmy sąsiadów i nam powiedzieli. W mieście – to znaczy na osiedlu i w okolicach – nie było widać żadnych zmian. Podobno przez jakiś czas nie działały telefony, ale wkrótce (tak mi się przynajmniej zdawało, bo w Wikipedii czytam, że dopiero 10 stycznia) włączono je z powrotem. Nie można było także wyjeżdżać poza granice miasta. Te środki prawdopodobnie miały na celu łatwiejsze wyłapanie opozycjonistów, lecz kogoś, kto nigdzie się nie wybierał, a w dodatku miał jedenaście lat, nie obeszło ani to, ani godzina milicyjna. Zdaje się, że do świąt nie chodziliśmy do szkoły, co też bynajmniej nie było powodem do zmartwień. Nie pamiętam, jak wyglądało witanie nowego roku i czy podczas tej nocy ulgowo traktowano łamanie godziny milicyjnej, ale prawdopodobnie większość ludzi spędziła tę noc w domach lub na domowych imprezach (z konieczności trwających do rana). Być może to właśnie wtedy rozpoczęła się moda na witanie nowego roku zrzucanymi z balkonów zapalonymi gazetami. Żadnych sztucznych ogni w sprzedaży wówczas nie było, więc uważałam te gazety za sposób ich zastępowania – wyglądało to fajnie, bo mieszkałam na osiedlu, gdzie były same 11-piętrowe bloki – lecz mógł w tym tkwić także element buntu.

Odkąd poszliśmy do szkoły, życie toczyło się całkiem normalnie. Ja na przykład uprawiałam swoją tradycyjną działalność literacką, która – zważywszy wiek – szła mi całkiem nieźle. Niestety jedyna zachowana „powieść”, równie niedokończona jak wiele późniejszych, była dość mało oryginalna. Dziś nazwano by ją fanfikiem. Postanowiłam mianowicie wykorzystać bohaterów Przygód Marka Piegusa Edmunda Niziurskiego i wplątać ich w nowe przygody, tym razem rozgrywające się w Poznaniu, dokąd (a konkretnie do mojej starej szkoły) Marek przyjechał na kolonie. Przy czwartym rozdziale zabrakło mi weny. Oprócz tego napisałam dwie całkiem niefanfikowe (i dokończone) powiastki, które jednak zaginęły w powodzi dziejów, pożyczone koleżankom z harcerstwa. Jedna opowiadała o chłopcu, który został prezydentem, a druga o chłopcu, który odkrywa, że jego najlepszy przyjaciel (zdaje się, że miał na imię Wojtek) jest robotem.

W czerwcu 1982 roku rozpoczęły się mistrzostwa świata w piłce nożnej w Hiszpanii. W telewizji ciągle leciało „Entliczek, pętliczek, co zrobi Piechniczek”, a wszyscy siedzieli w nosami w telewizorach. Podobno godzina milicyjna została zniesiona dopiero 22 lipca 1982, ale jakoś mi się nie wydaje, żeby podczas sukcesów polskich piłkarzy ktoś zbytnio się nią przejmował. Oczywiście nie było mowy o gremialnym nocnym świętowaniu, bo i nie było wtedy takiego zwyczaju, a knajpy (nie licząc całonocnych dansingów w rodzaju Adrii, która jednak nie wiem, czy działała w czasie stanu wojennego) otwarte do 20.00. Ja jeszcze podczas Mundialu wyjechałam na obóz do Stradunia (mój drugi, bo rok wcześniej byłam tam również). O koloniach i obozach będzie mowa w osobnym artykule; tu jedynie nadmienię, że cały obóz przemienił się w jedno wielkie święto piłkarskie. Ciągle graliśmy w piłkę, chłopacy rozgrywali mecze z pobliskim obozem harcerskim (kibicom podawano do picia tradycyjny wówczas letni napój – wodę z rozrobionym dżemem, przygotowaną w wielkim garze), dziewczyny grały między sobą. Miałyśmy pseudonimy będące nazwiskami naszych piłkarzy – ja na przykład byłam Młynarczykiem, bo najczęściej stałam w bramce. Godzina milicyjna może istniała w mieście, ale nie w lesie, gdzie kibel był na zewnątrz. Na mecze chodziliśmy do świetlicy pobliskiego ośrodka wczasowego. Niestety przed meczem Polska – Francja o trzecie miejsce chyba wczasowicze się zbuntowali, bo nagle urządzono nam trwającą do późnej nocy dyskotekę. Nie chcieliśmy się bawić, dopóki nie zaczęto nam podawać przez mikrofon aktualnego wyniku. Kiedy powiedziano, że Polska prowadzi 3:1, od razu wszyscy zerwali się do tańca. Ostatecznie wygraliśmy 3:2.


Dziś oczywiście zdaję sobie sprawę, że dla wielu ludzi, a nawet dla wielu dzieci stan wojenny nie był tak bezproblemowym okresem jak dla mnie. Cóż jednak – z mojej perspektywy wyglądało to właśnie tak. Niedostatki komunikacji telefonicznej pamiętam raczej z okresu, kiedy mój tata jeździł na „saksy” do Niemiec, ale to musiało być później (i chyba także wcześniej), bo przecież w tamtym okresie nikt by go z kraju nie wypuścił. Pamiętam, że czasem traciliśmy z nim kontakt, a w dodatku panowała jakaś atmosfera tajemnicy – zdaje się, że nie wolno nam było dzwonić i o niego pytać, bo przecież pracował tam i podnajmował pokój nielegalnie. Ale to już temat na inną opowieść.

Stare dzieje
Stare dzieje 2

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s