Long ago, in a pre-torrent world…

Przeżyliśmy już Lenina, przeżyjemy Leonida,    
Przeżyliśmy potop szwedzki, przeżyjemy i radziecki –

taka oto zwrotka na melodię piosenki Czarny chleb i czarna kawa przypomniała mi się przy okazji awantury w sprawie ACTA i rozpaczy niektórych nad tym, że zły rząd chce im zakręcić kranik z darmowymi filmami i muzyką.

Nie traktujcie tego artykułu jako głosu w sprawie ACTA – jeśli miałabym się na ten temat wypowiadać, powiedziałabym, że nie popieram ani rezolucji, ani rewolucji. Ani terroryzowania ludzi za to, że kopiują film czy płytę (choć jestem za karaniem tych, którzy na ich nielegalnym udostępnianiu trzepią dużą kasę), ani ulicznych burd z wybijaniem szyb. Najważniejsze jest to, jak będzie wyglądała rzeczywistość po ewentualnej ratyfikacji umowy. Obecne prawo także penalizuje piractwo i co z tego? W tym czy innym stopniu uprawia je większość internautów. Nie sądzę więc, żeby miało nastąpić totalne odcięcie od darmowych źródeł pozyskiwania kultury. Może jedynie zmieni się skala, a także formy tego pozyskiwania.

I właśnie o formach będzie ten artykuł. A konkretnie – o tym, jak na przestrzeni ostatnich trzydziestu lat zmieniały się w Polsce formy pozyskiwania kultury. Głównie muzyki, choć wspomnę też o filmach, bo chyba te dwa rodzaje sztuki są najczęściej pobierane z internetu – z przewagą filmów, lecz historia utrwalania muzyki od moich szkolnych czasów do teraz jest barwniejsza.

Lata 80. Polska za żelazną kurtyną, a przynajmniej tak myśli Zachód, bo my ze swej strony wcale nie czujemy się jakoś szczególnie odcięci. Niezłą orientację we współczesnych i przeszłych muzycznych trendach mamy dzięki radiu, a przede wszystkim dzięki tym dziennikarzom, którzy mogą wyjeżdżać za granicę (lub mają tam przyjaciół) i stać ich na zakup płyt. Te płyty są później odtwarzane w radiu (często w całości), bo o prawie autorskim w PRL-u nikt nie słyszał, a zachodni twórcy (lub ich agenci) raz, że nie bardzo mają jak nas ścigać, a dwa, że pewnie się cieszą, iż coś w ogóle do nas dociera. Takimi dziennikarzami muzycznymi, którzy nie tylko udostępniali nam muzykę (a my ją nagrywaliśmy na kasety magnetofonowe, nie przejmując się radiowymi szumami), lecz także kształtowali gusta, byli dla mnie przede wszystkim: w pierwszej fazie (koniec podstawówki) prowadzący telewizyjne „Przeboje Dwójki” Krzysztof Szewczyk i prowadzący radową listę „Trójki” Marek Niedźwiecki, a nieco później, począwszy od przełomu podstawówki i liceum, Piotr Kaczkowski, Tomasz Beksiński, Kris „Metal Heartbreaker” Brankowski, Tomasz Szachowski, Jan Chojnacki czy Wojciech Mann. Nie sposób pominąć też dwójkę prowadzącą listę przebojów Rozgłośni Harcerskiej – Bożenę Sitek i Pawła Sito – bo choć lista składała się w dużej mierze z utworów polskich, to jednak nie wyłącznie (to u nich po raz pierwszy usłyszałam choćby Dead Can Dance, choć przyznaję bez bicia, że naprawdę zainteresowałam się tym zespołem znacznie później). Najdłużej pozostawałam pod wpływem gustów Kaczkowskiego i Beksińskiego. Zwłaszcza z audycji tego ostatniego nagrywało się całe płyty, często z bonusem w postaci tekstów, które „Beksiu” sam tłumaczył (nierzadko ze słuchu i czasem z błędami lub lukami, bo czegoś nie wyłapał) i po zakończeniu prezentacji płyty odczytywał. W takich przypadkach zapowiadał z góry, żeby przygotować dłuższe kasety.

Czyste kasety, głównie firmy Stilon, a potem także TDK czy BASF, na ogół miały 60 lub 90 minut. „Setki” i „sto dwudziestki” pojawiły się chyba dopiero w latach 90., przy czym jeśli magnetofon miał tendencje do zwalniania obrotów, a często miał, robił to w szczególności na kasetach dłuższych. W mojej wieży „Unitra”, która bodaj w 1988 roku zastąpiła „kasprzaka”, magnetofon w ogóle był awariogenny. Miał pokrętło, którym regulowało się głośność obu kanałów, lecz na ogół ustawienie obu mniej więcej równo kończyło się tym, że jeden nagrywał normalnie, a drugi bardzo cicho, przy czym od czasu do czasu ten drugi włączał się na normalną głośność i utwór leciał raz ciszej, raz głośniej. Wyobraźcie sobie tragedię kogoś, kto tygodniami czekał na prezentację płyty ulubionego zespołu, a kiedy wreszcie ją nagrywa, wychodzi mu coś takiego. Warto dodać, że dość wcześnie do nagrywania ważnych dla mnie płyt zaczęłam używać nieco droższych i trudniejszych do kupienia kaset chromowych, co także okazało się średnim pomysłem, bo magnetofony (chyba oba, a drugi w szczególności) takie kasety najchętniej wciągały. Szczęściarzom, którzy nie wiedzą, co to jest wciąganie (inaczej wkręcanie) kaset, wyjaśniam, że zamiast przesuwać się spokojnie po głowicy, taśma w pewnym momencie zostaje wciągnięta do środka urządzenia i zmaltretowana. Jeśli magnetofon wyłączy się szybko sam lub my się zorientujemy i go wyłączymy, to pół biedy – taśmę da się wyciągnąć i rozprostować, w miejscach zagięć będzie jedynie słychać krótkie przerwy lub zniekształcenie dźwięku. Jeśli wciągnięty został większy odcinek, czasem w ogóle może być problem z jej wyjęciem. W najgorszym razie trzeba taśmę przeciąć, wyciąć fragment i resztę skleić umiejętnie taśmą klejącą. Warto dodać, że taka wkręcona kaseta ma tendencję do ponownego wkręcania się w tym samym miejscu.

Kiedy potrzebowało się kasety, a w sklepach nie było (co się czasem zdarzało), szło się do Księgarni Muzycznej (zdaje się, że znajdowała się na rogu obecnej Gwarnej i 27 Grudnia, naprzeciwko księgarni im. Mickiewicza – teraz jest tam chyba bank), kupowało najtańszą nagraną kasetę (np. z Marylą Rodowicz albo czymś kompletnie nieznanym) i na niej nagrywało, co trzeba, kasując oryginalną zawartość. Takie kasety często miały wyłamane ząbki, co miało je zabezpieczać przed wykasowaniem, lecz wystarczyło zalepić je taśmą klejącą lub włożyć do dziurek papierki. Problemem było jedynie to, że kasety mogły mieć mniej niż sześćdziesiąt, a czasem mniej niż pięćdziesiąt minut, i nie było wiadomo, czy docelowa płyta się na nich zmieści. Warto jednak dodać, że w epoce analogów płyty rzadko trwały ponad sześćdziesiąt minut.

Kiedy byłam mała, mieliśmy gramofon (zwany wówczas adapterem, co – jak mnie później nauczono w radiu – nie jest poprawną nazwą), na którym słuchałam bajek i piosenek. Później się zepsuł i przez długi czas polegałam jedynie na kasetach. Od czasu do czasu w Polsce pojawiały się jednak płyty zagranicznych zespołów i to chyba nawet licencyjne, bo wydawane przez te same firmy fonograficzne, które produkowały płyty polskich wykonawców. Jeśli zespół był znany, na płytę trzeba było polować, wydzwaniać do sklepu, czy już jest, i szybko po nią lecieć. Ale samo posiadanie płyty to było coś, co nie mogło się równać z nagraną z radia kasetą. W końcu był to oryginał, miał okładkę, tytuły wypisane na krążku, no i czasem tak charakterystycznie trzeszczał. W 1987 bodaj roku udało mi się kupić gramofon „Artur” i rozpoczęłam zbieranie płyt. Jednymi z pierwszych zagranicznych nabytków były Black Celebration Depeche Mode i singiel Joy Division Love Will Tear Us Apart, a później także płyta Unknown Pleasures. Na drugiej stronie singla było She’s Lost Control, lecz niestety z powodu jakiejś wady w pewnym miejscu płyta po prostu się zatrzymywała. Z obozu w Bułgarii przywiozłam składankę Deep Purple oraz płytę Genesis z tytułami – co ciekawe – przetłumaczonymi na bułgarski.

Wyjazdy do RFN (translation: do Niemiec Zachodnich) w 1986 i 1988 roku były nieco traumatyczne, bo widziało się w sklepach obfitość wszystkiego, w tym muzyki, ale w horrendalnych jak na nasze warunki cenach. Nawet takie drobiazgi jak bułki i kawa, które spożywaliśmy na śniadanie u gospodarzy, były smaczniejsze, bardziej aromatyczne niż w PRL-u. Pod pewnym względem takie zetknięcie z bogatszym światem było trudniejszym doświadczeniem niż przebywanie w Polsce, gdzie tęsknota za lepszym życiem była uogólniona i nieco abstrakcyjna, bo tego lepszego życia praktycznie nie znaliśmy. Tam natomiast można było dotknąć tego, czego dziś dotykamy w Polsce na co dzień – obfitości, która teoretycznie jest na wyciągnięcie ręki, lecz nas na nią nie stać albo stać tylko wtedy, gdy odmówimy sobie paru innych rzeczy. Podczas pierwszego wyjazdu pracowałam z rodzicami przy zbiorze truskawek, drugi był już typowo turystyczny. W owym czasie do wyjazdu na Zachód potrzebne było zaproszenie od obywatela tamtego kraju, z czym jednak nie mieliśmy trudności, bo jeżdżąc wielokrotnie na saksy (czyli do nielegalnej pracy), mój tata zaprzyjaźnił się z polską rodziną ze Śląska, która w latach 50. wyjechała do Niemiec, a w szczególności z Feliksem, który do dziś odwiedza moich rodziców w Polsce (choć w chwili wyjazdu z kraju miał dwa lata i nigdy nie nauczył się ojczystego języka), i z jego nieżyjącą już mamą Barbarą, która mnie i bratu kazała nazywać się ciocią.

Ceny płyt były wyższe od naszych jakieś dziesięć razy, co bolało tym bardziej, że w sklepie płytowym można było dostać (czytaj: zobaczyć) dosłownie wszystko. Podczas drugiego pobytu, gdy miałam już gramofon, udało mi się kupić dwie lub trzy płyty, w tym Wild Frontier Gary’ego Moore’a z przepięknym utworem Loner. W zaspokajaniu, a także do pewnego stopnia kształtowaniu moich potrzeb muzycznych pomógł też młodszy brat Feliksa, Michael, który grał w kapeli i prowadził audycje muzyczne w lokalnym radiu. Na prośbę o nagranie mi płyt The Smiths i Metalliki owszem, nagrał The Smiths, ale Metallicę zignorował (tłumacząc, że nie udało mu się jej od nikogo pożyczyć) i zamiast tego na drugiej stronie kasety umieścił dobraną przez siebie składankę, na której były m.in. Joy Division i The Cure. Oba usłyszałam po raz pierwszy. The Cure uchodził wtedy – a było to podczas mojego pierwszego pobytu, czyli w roku ’86 – za zespół typowo undergroundowy i dopiero później miał zyskać wielką popularność. Zetknięcie z Joy Division wywarło piętno na moim życiu – nie tylko na guście muzycznym, lecz także na zainteresowaniach, a nawet do pewnego stopnia na znajomościach. Ot, choćby długoletnia korespondencyjna znajomość z Natalią, o której pisałam w artykule Mój wirtual, zaczęła się od słuchania tego zespołu. Doszło nawet do tego, że w trzeciej klasie liceum przeczytałam dwa tomy Kierkegaarda, na co dzisiaj nikt by mnie nie namówił. Ale Joy Division nadal słucham.

Sam Feliks też miał sporą płytotekę, a w niej (jako że był starszy od brata) więcej rockowej klasyki, którą też pod wpływem „Kaczki” i „Beksia” żywo się interesowałam. Szczególnie zwróciła moją uwagę duża liczba płyt Emerson, Lake & Palmer. Kilku z nich posłuchałam. Później, gdy przyjeżdżał do nas do Polski, czasem przywoził mi demówki (głównie kasety, choć trafiały się też płyty), które wytwórnie płytowe przysyłały Michaelowi do radia, a on nie miał co z nimi zrobić. Częścią tych demówek chętnie się zaopiekowałam, kilka ofiarowałam radiu „Afera”, w którym od 1991 roku sama prowadziłam audycje, a kilka wykasowałam, by je (a zwłaszcza siebie) uszczęśliwić innymi nagraniami.

Przełom systemowy w Polsce to nie tylko zalew kaset i płyt (także kompaktowych) z zagranicy, ale przede wszystkim przedsiębiorczość rodzimych producentów, którzy zaczęli na ogromną skalę produkować kasety ze wszystkim, co w tamtym czasie wychodziło, i oczywiście z klasyką. Nie pamiętam dokładnie, kiedy zaczęto używać słowa „piractwo” i ścigać ten proceder, ale skoro ustawa o prawach autorskich weszła w życie w roku 1994, to pewnie mniej więcej wtedy. Oczywiście do tego czasu każdy z nas miał już w kolekcji mniej lub więcej takich kaset. Kompakty były (i są) drogie, a o kupowaniu oryginalnych kaset nikt nawet nie myślał, skoro kosztowały tyle samo co płyta CD, a „polską” kasetę mógł kupić za dziesięć tysięcy starych złotych, czyli złotówkę w nowej walucie. No dobrze, ta złotówka była warta więcej niż dziś, bo inflacja. Szacuję, że dziś byłoby to jakieś 5 zł. Ale to wciąż wielokrotnie mniej niż kompakt.

Pojawiły się też wypożyczalnie płyt kompaktowych. Wbrew nazwie pełniły one przede wszystkim funkcję przegrywalni, bo choć płytę istotnie można było wypożyczyć, to można było także zamówić jej przegranie, a biorąc pod uwagę fakt, że stosunkowo niewiele osób miało wówczas odtwarzacze, najczęściej właśnie tak robiono. Zresztą nawet jeśli miało się kompakt, to po co się kłopotać przegrywaniem płyty na kasetę, skoro mógł to dla nas zrobić pan z wypożyczalni. Pamiętajcie, że nie istniała wtedy możliwość przegrania płyty na płytę. Czystych płyt po prostu nie było, a komputery szaremu śmiertelnikowi służyły głównie do grania w gry. Nagrywarka CD była urządzeniem mitycznym, o którym może gdzieś tam się słyszało, ale nikt go nie widział. Gdyby nie istniały kasety, piractwo (którego oczywiście tak wówczas nie nazywano) byłoby fizycznie niemożliwe.

Z czasem najwyraźniej niektórzy wchodzili w posiadanie tego mitycznego urządzenia, bo na rynku zaczęły się pojawiać podrabiane płyty. Płyty te brzmiały tak samo jak oryginalne, tyle że przeważnie miały uproszczone okładki (z zewnątrz to samo, a w środku pustka), no i przede wszystkim kosztowały jakieś trzy razy mniej niż oryginał. Takie płyty w Poznaniu można było kupić przede wszystkim na targowisku przy równie mitycznej ulicy Bema (mitycznej, bo taka ulica od wielu lat nie istnieje, ale do dziś na określenie tego miejsca nawet w gazetach używa się określenia „targowisko przy Bema”) i to jeszcze długo po wprowadzeniu ustawy o prawie autorskim. Od czasu do czasu policja robiła spektakularne naloty na targowisko i chwaliła się, ile to pirackich płyt przejęła, podczas gdy w rzeczywistości sprzedawcy z góry wiedzieli, że będzie nalot, i chowali piraty, a jeśli ktoś wpadł, to jakiś frajer, który był nowy albo konkurencja go nie lubiła.

Po ukróceniu piractwa był okres względnej posuchy, to znaczy kupowania tylko oryginalnych płyt. Wówczas jednak miałam już dużo znajomych z bogatymi płytotekami, od których pożyczałam płyty i przegrywałam je na kasety. Później zrobiło się łatwiej, bo pojawiła się możliwość nagrywania na CD. A jeszcze później – to już wiecie.

O piractwie filmowym wiem niewiele. Trzeba przyznać, że za komuny dwa programy telewizji potrafiły pokazać więcej fajnego materiału, niż dziś wszystkie programy w mojej kablówce razem wzięte. Chodziło się też do kina, na DKF-y, gdzie przy okazji kwitło życie towarzyskie. Czegóż więcej trzeba? Cóż, najwyraźniej magnetowidu, bo w drugiej połowie lat 80. (w każdym razie nie później niż w roku ’88) starzy takowy zakupili. A na tym magnetowidzie nędza. Jakieś quasi-erotyczne komedie, jakieś Akademie policyjne, Błękitne laguny, słowem – to, co było w obiegu, a nie było nic. Nie było jeszcze nawet wypożyczalni. Jedynym w miarę fajnym, a przynajmniej zabawnym filmem, jaki w tamtych czasach obejrzałam, było Ściśle tajne. Z mojego punktu widzenia tego magnetowidu mogłoby więc nie być. Nic, co miałoby jakąkolwiek wartość artystyczną, po prostu nie było dostępne w formie kaset. Dopiero na początku lat 90. pojawiły się wypożyczalnie, w których faktycznie coś było. Taka wypożyczalnia, będąca jednocześnie komisem, działała na przykład w klubie Kopernik, gdzie zaopatrzyłam się w Momo na podstawie powieści Endego.

Pora na jakąś puentę. Puentą może być ekstrapolacja zwrotki, którą przytoczyłam na wstępie. Przeżyliśmy (a przynajmniej niektórzy z nas) już różne koleje losu: czasy piractwa nieświadomego i szlachetnego w postaci nagrywania z radia muzyki, którą nas raczyli dbający o nasz rozwój kulturalny prezenterzy, czasy piractwa nieświadomego i mniej szlachetnego w postaci zakupu kaset od przedsiębiorczych producentów, czasy ukrócenia piractwa, czasy totalnego i świadomego piratowania wszystkiego, na co przyszła nam ochota. Być może nawet warto, aby przyszedł czas, w którym znowu trzeba się będzie trochę potrudzić, żeby coś zdobyć. Może zaczniemy bardziej wartościować, sięgać przede wszystkim po to, na czym najbardziej nam zależy. Z całą pewnością nie wierzę w całkowite zniknięcie z internetu nielegalnie tam umieszczanej muzyki, filmów czy książek. Przedsiębiorczy zawsze znajdzie sposób, by coś tam umieścić, a drugi, by znaleźć. Konieczność pokombinowania może nam tylko wyjść na zdrowie, bo nie sztuka wpisać w Google „torrent” i kliknąć parę razy. Mówią, że nieużywany organ zanika, więc i mózgu przyda się użyć od czasu do czasu. A jeśli ktoś raz po raz kupi bilet do kina zamiast trzech piw, poczuje się trochę szlachetniejszy.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s