Suplement filmowy

Sumienie mnie w nocy pogryzło, że w artykule o przedpotopowym, przepraszam, przedtorrentowym świecie tak mało napisałam o filmach. Właściwie zakończyłam opowieść na początku lat dziewięćdziesiątych, a przecież od tamtej pory sporo się działo – im dłużej o tym myślałam, tym więcej sobie przypominałam.

Początek lat 90. to raj. W nieistniejącym już dziś konsulacie amerykańskim co tydzień pokazywano filmy w oryginalnej wersji językowej. I to nie byle jakie filmy, tylko znane, klasyczne. Chodziliśmy na nie całą grupą ze studiów. Podobnie było w bibliotece British Council. Rzadziej chodziłam na pokazy filmowe w Instytucie Anglistyki UAM (bo studiowałam wtedy w Kolegium Języków Obcych, mieszczącym się całkiem gdzie indziej), ale to właśnie tam po raz pierwszy obejrzałam Down by Law Jima Jarmuscha, które wywarło na mnie kolosalne wrażenie, a kilka tekstów na długo stało się kultowymi dla mojej koleżanki i mnie. Piękne to były czasy. Dzisiaj oglądanie filmów po angielsku to żadna rewelacja, ale wtedy, we wczesnej postkomunie, dla studentów sekcji angielskiej KJO to było jak odkrywanie nowego świata. No i pojawiły się satki/kablówki, a w nich CNN, Sky One z głupkowatymi (jak dziś oceniam) serialami, a nawet Miś Uszatek gadający po angielsku. I oczywiście MTV, w które człowiek się ciągle gapił, a w tym MTV Nirvana, Pearl Jam, Black Crowes – słowem renesans rocka. Wielkie „wow!”. Przypomniało mi się nagle, jak w zamieci śnieżnej szłam do przegrywalni na Głogowską odebrać kasetę (magnetofonową, bo przegrywania kaset wideo na większą skalę nie pamiętam) z przegraną płytą Fields of the Nephilim. Owszem, nawet oni mieli teledysk w MTV. Zziębnięta wróciłam do domu i dalejże słuchać Carla. To są chwile, które pozostają z nami na całe życie.

Było coraz więcej wypożyczalni i komisów z kasetami wideo. Pamiętam, jak kiedyś bratu i jego kumplowi tłumaczyłam symultanicznie Amadeusza, bo akurat skądś pożyczyli w oryginalnej wersji językowej. Poszło mi nawet nieźle, choć oczywiście luki się trafiały. Dużo chodziłam do kina, zwłaszcza do Muzy (kilka lat DKF-u). W trakcie przeglądu filmów Jarmuscha przez kilka dni nie uczęszczałam na zajęcia, bo chciałam żyć tylko tymi filmami i swoją wyobraźnią.

Z późnych lat 90. pamiętam niewiele – może dlatego, że byłam wtedy dość zapracowana/zastudiowana (przez większość tego czasu jedno i drugie), co oczywiście nie znaczy, że nie znajdowałam czasu na kino czy telewizję. We wczesnych latach „dwutysięcznych” natomiast dość często bywałam w osiedlowej wypożyczalni, gdzie zaprzyjaźniłam się z pracownikiem o imieniu Norbert, z którym potrafiłam godzinę i dłużej prowadzić rozmowy o filmach i o życiu. Niestety nowych kaset było coraz mniej, bo wypożyczalnie, podobnie jak klienci, przerzucały się na DVD, którego wówczas nie posiadałam. Kiedy więc szef wywalił Norberta, częstotliwość mojego bywania w tym lokalu spadła, a wkrótce potem sam lokal zniknął z powierzchni ziemi, a przynajmniej z powierzchni osiedla. Pewnie zaczynała się era torrentów…

Przy okazji szukania materiału na zdjęcia do tego suplementu odkryłam u siebie cztery czyste kasety wideo, w tym trzy nierozpakowane. Po ogłoszeniu na wiadomym portalu towarzyskim okazało się, że niektóre osoby wciąż korzystają z magnetowidów, dzięki czemu być może kasety się nie zmarnują. Oldskul rządzi!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s