Od pamiętnika do bloga


Kiedy we wrześniu zaczynałam pisać blog, nie wiedziałam jeszcze, czy coś sensownego z tego wyniknie. Po prostu chciałam znaleźć naczynie do przelania różnych myśli, które kłębiły mi się w głowie i szukały kształtu. Okazało się, że blog na WordPressie to nie tylko taki zwykły blog, bo można w nim tworzyć strony, dzięki czemu znalazło się miejsce i na publikację moich próbek literackich, i zasygnalizowanie dorobku zawodowego, i zdjęcia – wszystko na osobnych stronach, na które, mam nadzieję, też czasem zaglądacie.

Początkowo nie wiedziałam, jak często będę umieszczać wpisy. Z czasem częstotliwość ustabilizowała się na poziomie jednego wpisu na tydzień. Zdarza się jednak, że trzeba poczekać na kolejny i dwa tygodnie, i paradoksalnie w miarę upływu czasu utrzymanie częstotliwości staje się trudniejsze. Właściwie może nie powinnam pisać „paradoksalnie”, bo przecież z wieloma rzeczami tak jest, że przystępujemy do nich z entuzjazmem, a potem ten entuzjazm opada. Moje „paradoksalnie” dotyczy faktu, że łatwiej przychodziło mi pisanie, gdy nikt tego nie czytał, a im więcej pojawia się czytelników, tym jest trudniej. Mogłoby się wydawać, że świadomość posiadania czytelników daje motywację do dalszego tworzenia. I chyba daje. Nie wiem, czy chciałoby mi się dalej prowadzić blog, gdyby ich nie było. Tyle że pisanie dla innych, i to nie wiadomo jakich innych, bo nie tylko przyjaciół, ale i nieznajomych, a może nawet niechętnych, sprawia, że człowiek dwa razy się zastanowi, nim coś opublikuje. Prawdopodobnie z tego powodu mam w komputerze sporo nieopublikowanych tekstów, w tym dwa powstałe już po ostatnim wpisie.

Od wielu lat pisałam (a może i piszę, choć coraz rzadziej) pamiętniki. Były to zeszyty przeznaczone wyłącznie dla mnie, do których przelewałam wszystko, o czym akurat miałam ochotę pogadać. Wprawdzie dopuszczałam chyba możliwość, że ktoś to kiedyś przeczyta, bo czasem coś poprawiałam albo wykreślałam, ale równie dobrze mogło być tak, że po prostu wstydziłam się przed samą sobą za formę lub treść pewnych fragmentów. Natomiast problemy z częstotliwością pisania miewałam bardzo rzadko i głównie wtedy, gdy działo się tak wiele, że nie miałam kiedy o tym napisać, a dodatkowo przytłaczała mnie świadomość, jak wiele mam do nadrobienia. Poza wspomnianymi powyżej rzadkimi przypadkami nie istniał problem autocenzury. Ponieważ było to przeznaczone tylko dla mnie, mogłam pisać co mi się żywnie podobało i w dowolnej formie – krótkiej, długiej, niechlujnej, z przekleństwami, nie przejmując się stylem. Już widzę, jak mówicie: „Aha, więc to, co my tu czytamy, jest ocenzurowane i spreparowane?”. Trochę, ale bez przesady: gdybym nie pisała szczerze, cała idea tworzenia bloga nie miałaby sensu. Przecież jest to prywatny blog, nie zarabiam na nim, nie umieszczam reklam, nawet za bardzo się nie promuję, bo trzeba się trochę (przyznaję – niewiele) postarać, by poznać moje nazwisko. Piszę, bo chcę się podzielić myślami czy wspomnieniami, pokazać parę zdjęć. Otrzymać odzew, choć jednocześnie się go boję. Z drugiej jednak strony, nie mogę sobie pozwolić na niechlujstwo językowe, bo zaraz by było: „Aha, pani tłumaczka strzela byki!”. Gdy wieszam na kimś psy, muszę się pilnować, by nie napisać czegoś, za co mógłby mnie na przykład pozwać do sądu. W pamiętniku miałam w tym pełną swobodę, mogłam komuś naurągać, nabluźnić. Pisanie o sprawach osobistych w internecie też ma swoje granice i muszę przyznać, że właśnie w tych najtrudniej mi się zmieścić, bo siedząc we własnym pokoju i klepiąc coś na klawiaturze nie całkiem się wierzy, że za chwilę dosłownie każdy będzie mógł to przeczytać. Jest to pewne niebezpieczeństwo internetu, ale i jego urok, że czasem wymsknie się coś, co powinno pozostać sprawą osobistą.

Najczęściej jednak rezygnuję z publikacji tekstu dlatego, że jest słaby, albo dlatego, że porwałam się na pisanie o czymś, o czym zbyt mało wiem. Trzeba się naprawdę nieźle przygotować, by wysmażyć choćby taki artykuł jak Demon liberalizacji (chociaż i on jest niedoskonały), a z kolei pisząc na ważne tematy bez odpowiedniego zagłębiania się w nie, można otrzymać bełkot.

Mimo powstrzymania się od publikacji paru tekstów, które być może kiedyś jeszcze ujrzycie w lepszej formie, mam wrażenie, że w ciągu pięciu miesięcy istnienia tego bloga udało mi się nań wrzucić kilka fajnych rzeczy. To zaś oznacza, że warto go tworzyć dalej. Nawet jeśli częstotliwość umieszczania wpisów miałaby spaść, zawsze znajdzie się coś, co mnie wkurza, zastanawia, cieszy, słowem – coś, o czym warto napisać. Obiecuję nadal dbać o jakość, a jeśli przez dłuższy czas nie wysmażę żadnej notatki, postaram się zamieszczać chociaż zdjęcia.

A pamiętnik? Wracam czasem do niego z nowymi notatkami. Czasem też przeglądam stare, choć tych zeszytów jest już tyle, że jeśli szuka się czegoś konkretnego, bardzo trudno to znaleźć. Czy nadal uważam, że jego treść jest przeznaczona tylko dla mnie? Czy w ogóle kiedykolwiek tak uważałam? Cóż – pewne fragmenty z całą pewnością powinny pozostać prywatne, inne może nawet warto by opublikować. Jeśli uda mi się dotrzeć ze wspominkami do czasów, z których zachowały się zeszyty (bo jakieś dwadzieścia lat temu w ramach duchowego oczyszczenia wyrzuciłam wszystkie pamiętniki, wiersze i opowiadania, czego – jak się pewnie domyślacie – serdecznie żałuję), postaram się do nich sięgnąć i przytoczyć fragmenty „z pierwszej ręki”. Mój głos z przeszłości…

One response to “Od pamiętnika do bloga

  1. Świetny artykuł , życzę powodzenia w prowadzeniu bloga , ja będę zaglądała ,
    Pozdrawiam

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s