Wielkopolska podwrocławska

Moja wychowawczyni z liceum zwykła była mawiać: „Jesteście tacy leniwi, że aż śmierdzi w całej szkole”. Obawiam się, że przynajmniej w moim przypadku jest to prawda. Zamiast opisać zeszłotygodniową wycieczkę i okrasić ją zdjęciami, piszę jakieś smęty o pamiętnikarstwie. Ale co się odwlecze, to nie uciecze.

Jakoś na przełomie roku dostałam wiadomość od koleżanki z Wrocławia, że tegoroczne spotkania klubowiczów Klubu Podróży Horyzonty odbędą się „u nich”, czyli w Kobylej Górze niedaleko Wrocka. Patrzę na mapę i co widzę – Kobyla Góra leży ni mniej, ni więcej, tylko w ojczystej Wielkopolsce, a żeby było ciekawiej, położone obok wzgórze o tej samej nazwie jest najwyższym wzniesieniem naszego regionu (dumne 284 m. n.p.m.). Oczywiście określenie „nasz region” jest w tym przypadku sporym nadużyciem, bo z perspektywy stolicy Wielkopolski tamtejsze psy szczekają tylną częścią ciała, w związku z czym wcale nie mam za złe właścicielom samochodów z rejestracją POT, że oglądają lokalny program z Wrocławia, który zresztą ma o wiele ładniejszą czołówkę niż ten poznański. Przyznaję bez bicia, że o ile Ostrów jest mi dość dobrze znany z perspektywy dworca, na którym swego czasu pociągi wyczyniały jakieś hocki-klocki, stojąc tam godzinę, przetaczając lokomotywę i ruszając w drugą stronę,  o tyle to, co za Ostrowem – Ostrzeszów, Kępno – było dla mnie dotąd kompletną fantastyką.

Tym bardziej postanowiłam się tam wybrać,  a żeby było bardziej perwersyjnie, nie zapisywać się na darmowy transport z Wrocka, jeno dotrzeć na miejsce samodzielnie, przesiadając się w Ostrzeszowie na PKS i wykorzystując życiową szansę postawienia stopy w tym miasteczku po raz pierwszy i być może ostatni. Może nie byłabym taka śmiała, gdybym nie wlokła ze sobą P., ale we dwójkę raźniej.

Przygotowaliśmy się solidnie, fotografując z ekranu komputera rozkład jazdy pociągów i autobusów, plan dojścia z jednego dworca na drugi w Ostrzeszowie, poszczególne stacje na trasie autobusu, wreszcie – plan dotarcia do ośrodka w Kobylej Górze. Nie obyło się wprawdzie bez pytania miejscowych o drogę, ale trzeba przyznać, że poszło o wiele lepiej, niż się spodziewałam, włącznie z tym, że pociąg osobowy (!) przyjechał punktualnie co do minuty, że wysiedliśmy z autobusu na właściwym przystanku i że jedyna osoba na nim stojąca wskazała nam drogę do ośrodka. Dzięki doskonałemu przygotowaniu oraz przychylności środków transportu i osób fizycznych dotarliśmy na miejsce chwilę po czternastej jako jedni z pierwszych i po koniecznych ablucjach oraz uzupełnieniu płynów i treści żołądka zapytaliśmy w recepcji o drogę do cmentarzyka żydowskiego, o którym przeczytaliśmy (no dobrze, ja przeczytałam) w internecie. Przed wojną w Kobylej Górze mieszkało wielu Żydów, lecz po wejściu hitlerowców cmentarz został zniszczony. Na początku lat 90. mieszkańcy zebrali zachowane macewy i wbudowali je w lasku, dodając od siebie pomnik z napisem „Żydom polskim przez pamięć wspólnej niedoli – społeczeństwo”.  Okazało się, że cmentarzyk praktycznie widać z drzwi ośrodka. Wystarczyło wejść na górkę, co niezwłocznie uczyniliśmy, zabierając ze sobą aparat fotograficzny i dokumentując tę urokliwą, acz skromną nekropolię.

W drodze na zakupy spotykamy dwa pieski. Jak raczył mi wytknąć P., wcale nie szczekały tyłkami, bo nie szczekały wcale. Były bardzo miłe. Potem sprawdzamy stan widocznego z naszego okna zalewu Blewązka – wygląda na zamarznięty, ale świeży śnieg nie pozwala dokładnie ocenić konsystencji tego, co pod spodem. W następnych dniach się okaże, że można po nim nie tylko chodzić, ale i jeździć – widać bowiem tropy jakiegoś dwuśladu.

Wieczorem kolacja i spotkanie ze znajomymi, których tym razem najechało mniej niż przed dwoma laty, ale jak to zawsze na wyjazdach z Horyzontami – fajnych ludzi nie brak. I dobrze, bo w odróżnieniu od pokoju, w którym panuje sauna, w stołówce potworny ziąb – mówiąc po poznańsku, berger. Niezbyt ciepło jest też w sali, w której pokazywane są slajdy z minionych wycieczek, w związku z czym z większości z nich dezerteruję – a szkoda, bo chętnie obejrzałabym zdjęcia i posłuchała opowieści o wyprawie do Mali, a zwłaszcza do Uzbekistanu. Następnego dnia, kiedy zostaję do końca, jak na złość mowa jest o miejscach mi znanych i mniej egzotycznych.

Ale skoro o następnym dniu mowa, to najpierw trzeba go zacząć. Zaczynamy wycieczką do Oleśnicy, gdzie zwiedzamy zamek i bardzo mroźną bazylikę oraz odbywamy spacer po mieście. Warto dodać – mieście bardzo ładnym, choć już nie wielkopolskim, bo gdzieś po drodze nasz autokar przekroczył granicę województwa dolnośląskiego. Panuje spory mróz, czego jednak nie odczuwa się tak bardzo na dworze, gdzie świeci słońce, natomiast wśród kamiennych murów potwornie.

Po oleśnickim tournée spacer na Kobylą Górę – bardzo przyjemny, ze skrzypiącym pod stopami śniegiem, acz nie w takiej ilości, by mocno przeszkadzał w wędrówce. Przypominam sobie, że zapomnieliśmy wyjąć zza okna mleko. Jako że P. został w ośrodku, dzwonię do niego, by wyjął. Oczywiście za późno – gdy wracam, mleko wciąż jest grudą lodu, ale na szczęście odrobina się skropliła i do kawy wystarczy.

Trzeciego i ostatniego dnia po uruchomieniu autokaru, który z przyczyn temperaturowych  początkowo odmawia współpracy, podobnie jak większość innych pojazdów, udajemy się na Stawy Milickie (Park Krajobrazowy Dolina Baryczy), by odbyć spacer i ewentualnie obejrzeć jakieś ptactwo. Jak na złość, zostawiłam lornetkę w pokoju, bo dzień wcześniej do niczego się nie przydała. A tymczasem do podglądania są dwa gatunki czapli, bielik, a nawet zimorodek, którego jednak i tak byśmy nie zobaczyli, wysforowawszy się przed grupę i jej sokolookich przewodników. W Miliczu przymusowy przystanek na toaletę, który wydłuża się z racji kolejki, czego plusem jest sfotografowanie ładnego szachulcowego kościoła (drugi taki, nawet ładniejszy, bo filigranowy, w Sułowie – sfotografowany przez okno autobusu), i wreszcie ruszamy do klasztoru w Trzebnicy, gdzie wchodzimy w pełnym słońcu, a wychodzimy po zmroku. Oprowadzające nas siostry boromeuszki (wcześniej był to klasztor cysterek) opowiadają o historii, oprowadzają po muzeum, gdzie można zobaczyć zdjęcia z misji, pięknie wydane (głównie po niemiecku) stare Biblie, a także XVIII-wieczną makietę klasztoru oraz eksponaty z czasów, gdzie przyuczano do wykonywania różnych zawodów niepełnosprawne dziewczynki (nie wiem, co tam robią dwa piękne fonografy z płytami). W kaplicy leży taki sam dywan jak w pokoju moich rodziców🙂 Potem wizyta w sanktuarium św. Jadwigi Śląskiej, gdzie znajduje się jej grobowiec.

I znowu powrót do wielkopolski, wieczorem kolacja przy ognisku i pyszniutkie kiełbaski, pyrki i kaszanka z grilla. Z powodu niskiej temperatury zarządzono, by ciąg dalszy, czyli żurek i rewelacyjny winny grzaniec spożywać już w jadalni, która wyjątkowo tego jednego wieczoru jest w miarę nagrzana, nie tylko farelkami. Z części pokazu slajdów znów dezerteruję na rzecz umycia i wysuszenia włosów.

I tak oto dobiega końca spotkanie z południowej Wielkopolsce, składające się głównie ze zwiedzania północnego Dolnego Śląska. Nie mam pojęcia, czy jeszcze kiedyś odwiedzę te strony, ale kto wie – Kobyla Góra może być dobrym miejscem na wizytę wiosną lub jesienią (latem jej urok mogą psuć liczni wczasowicze przyjeżdżający nad zalew). Baza turystyczna i zaopatrzeniowa jest tam rozbudowana, a sama wieś przyjazna. Żal się żegnać. Jeszcze tylko jeden rzut oka na zalew i wsiadamy do samochodu, którym mili państwo z Puszczykowa zgodzili się nas zabrać, oferując po drodze dodatkowe atrakcje w postaci rzutu okiem na pałacyki w Antoninie i Lewkowie. Bardzo szybko (być może zbyt szybko, bo nasz kierowca kasuje po drodze mandat za przekroczenie prędkości) jesteśmy w Puszczykowie i przesiadamy się na autobus do Poznania, w którym omal nie zostawiam swoich ukochanych kijków trekkingowych. Na szczęście P. jest czujny, a autobus stoi na pętli i zdążam po nie wrócić. Jeszcze tylko rzut oka na zamarzniętą Wartę i witaj, nasze przytulne mieszkanko, w którym temperatura spadła tymczasem do trzynastu stopniu, więc po odkręceniu kaloryferów resztę dnia spędzamy pod kołdrą. Do zobaczenia na szlakach!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s