Stare dzieje 4 – koniec podstawówki


Jeśli, drogi czytelniku, jesteś osobą sporo ode mnie młodszą, muszę Ci wyjaśnić, że w naszych czasach podstawówka trwała lat osiem, a zaraz po niej szło się na cztery lata do liceum. Zanim jednak przestąpisz wraz ze mną progi XI LO im. Georgi Dimitrowa, pozostań jeszcze chwilę w SP nr 7, która niedawno (tj. niedawno w stosunku do opowiadanej przeze mnie historii, czyli jakoś pod koniec pierwszej połowy lat 80.) otrzymała szczytne miano Erazma z Rotterdamu. Połączonym siłom pań od polskiego i muzyki zawdzięczamy szkolny hymn, który brzmi tak:

Odległe dni, miniony czas
Szesnasty złoty wiek
Wiek ludzkich sław, rozumu praw
W nim brzmi mądrości pieśń

Patrona świat, nauki świat
To cel dla wszystkich z nas
Tak trzeba żyć i działać tak
Żyć z książką za pan brat

Tajniki książek zgłębiał wciąż
Przyszłości służył rad
On Erazm z rotterdamskich stron
Na straży wiedzy stał.

Oceniając z perspektywy czasu wybór patrona, muszę pochylić głowę przed osobami za niego odpowiedzialnymi. Udało im się zaproponować i przeforsować kandydata, który nie miał nic wspólnego z dawno już skompromitowanym, ale wciąż obowiązującym PRL-owskim etosem, ani w ogóle z Polską, a jednocześnie nie budził oporów władz. Wtedy oczywiście patrzyliśmy na to inaczej: wolelibyśmy mieć za patrona jakiegoś sławnego Polaka, ba! – w ogóle kogoś sławnego, ale skoro takich zabrakło, neutralny wybór holenderskiego racjonalisty i humanisty (co podkreśla piosenka) wydaje się równie racjonalny jak on sam. Warto podkreślić, że Erazm ze stoickim spokojem przetrwał rewolucję ustrojową, jaką było obalenie komuny, i wciąż dobrze służy uczniom swoją mądrością. Więcej nam trzeba takiego ponadczasowego humanizmu, który potrafi się wznieść ponad polityczne wojenki.

Oczywiście mieliśmy patrona i jego humanistyczne ideały głęboko gdzieś. Przeżywaliśmy okres burzy i naporu, to znaczy transformacji z dzieci w młodzież. Dosyć dobrze było ten proces widać w moim nieistniejącym już pamiętniku, który zaczęłam pisać bodaj w czwartej klasie. Początkowo wpisy były krótkie, rzadkie i grzeczne, by gdzieś w początkach klasy szóstej przerodzić się w dłuższe i znacznie bardziej kipiące emocjami. Głównym tematem tych emocji, oprócz druhny opieprzającej za brak metalowych guzików, były Aniołki Charliego i Gośka, która „narysowała jakąś pokrakę i mówi, że to Sabrina”. Aniołki były pierwszym serialem, który oglądałam w miarę regularnie, bo wcześniejszej Pogody dla bogaczy na ogół nie pozwalali mi oglądać rodzice, przez co byłam wyobcowana ze środowiska. Udało mi się zobaczyć jedynie kilka odcinków, w tym ostatni, w którym senator Jordache i Falconetti wykańczają się wzajemnie. Kiedy zaczęły się Aniołki, byłam już w piątej klasie i starzy uznali, że nie muszę chodzić spać zaraz po dzienniku.

Dla niezorientowanych wyjaśnię, że aniołkami były trzy młode kobiety służące jako detektywi (którym zawdzięczam swoje ówczesne pragnienie zostania policjantką, dość zabawne w kontekście faktu, że byłam łamagą i molem książkowym): Kelly, Kris i Sabrina. Każda z nich miała odmienną barwę włosów i odmienny charakter. Najpopularniejsza była blondynka Kris, ale ja stałam się fanką spokojnej i rozważnej Sabriny. Była to chyba pierwsza moja żeńska miłość. Pierwszą męską był pan od wuefu, w którym podkochiwała się połowa dziewczyn, nie mając na widoku żadnego innego w miarę młodego faceta, który nie byłby o głowę niższy od nich. Kochałyśmy się też w piłkarzach Lecha, a właściwie w ich zdjęciach. Dużą popularnością cieszył się Damian Łukasik, ale ja wolałam Grzesia Kapicę, choć miał, o zgrozo, aż dwadzieścia pięć lat! Moje koleżanki uwieczniły go nawet w poświęconym mi fragmencie klasowego wierszyka:

A na mecze Lecha chodzi
I nie wiedząc, o co chodzi
Wpatruje się w Kapicę
Patrzy w jego piękne lice.

(No przecież nie mogło być lico, bo się nie rymuje, prawda?)

Z tym chodzeniem na mecze Lecha to drobna przesada, bo udało mi się być może na dwóch i pół, przy czym połówki miały zwykle miejsce podczas wagarów z religii, kiedy zamiast do kościoła św. Andrzeja Boboli udawałam się w towarzystwie kilku koleżanek na skraj Lasku Marcelińskiego, skąd poprzez boiska treningowe można było się przedostać na stadion. Tych tyłów zwykle nikt nie pilnował, zwłaszcza gdy mecz już trwał. Na ogół jednak były to mecze z mniej utytułowanymi rywalami, bo kiedy raz przyjechał będący wówczas u szczytu sławy Widzew, a ja udałam się na mecz w trybie normalnym, to znaczy przez bramę i z biletem, w towarzystwie koleżanki i pod opieką jej taty, stałyśmy w potwornym ścisku w przejściu, jednej bramki w ogóle nie widząc. Niestety była to ta bramka, do której padł jedyny gol tego meczu. Podwójne niestety, że był to gol dla przeciwnika.

Nadal hołdowałam swojej pasji zbierania wycinków z gazet dotyczących ważnych meczów. Właściwie nie były to już wycinki, a całe wkładki poświęcone rywalizacji Lecha w europejskich pucharach – a to z Liverpoolem, a to z Atletikiem Bilbao, a to z Borussią Mönchengladbach (słynny dwumecz z Barcą to już czasy mojego liceum). Właśnie z zamieszczanych tam zdjęć czerpałyśmy wiedzę o tym, jak wyglądają piłkarze, bo na meczu niewiele widać, a piłki klubowej w telewizji prawie nie było.

Porównując dostęp do świeżej wiedzy i wytworów kultury wtedy i dziś, można powiedzieć, że operowaliśmy w bardzo wąskim paśmie. W telewizji były dwa programy (TVP I i II), a w radiu cztery (Polskie Radio I, II, III, IV – Rozgłośnia Harcerska działała na antenie IV), o internecie zaś nikt nawet nie śnił, więc siłą rzeczy ilość przekazywanego materiału była znacznie ograniczona, w związku z czym wzrastała rola tych, którzy odpowiadali za dobór materiałów. Puścisz tę piosenkę – może się stać przebojem; nie puścisz – Polacy nie będą jej znali. Ponieważ wciąż istniała cenzura, nigdy nie było wiadomo, ilu rzeczy nie znamy lub nie wiemy, stąd przeróżne plotki, które czasem okazywały się prawdziwe, a częściej nie. W siódmej klasie gruchnęła na przykład plotka, że nie żyje Limahl, ówczesna gwiazda wielkiego formatu, obecnie pamiętana głównie dzięki piosence z filmu Niekończąca się opowieść. Mechanizm weryfikacji takiej plotki polegał na tym, że zataczając coraz szersze kręgi, docierała w końcu do dziennikarzy, którzy mieli możliwość jej sprawdzenia i zwykle dementowali ją na antenie. Jeśli plotka nie dotarła do telewizji czy radia, po jakimś czasie sama gasła.

W ogóle odnoszę wrażenie, że w tamtych czasach granica między prawdą a urban legend była nieuchwytna. Pamiętam na przykład opowieści o windziarzu, który atakował kobiety – zgadliście: w windach – i wydaje mi się, że był to fakt potwierdzony przez policję, ale ile tych napadów było i czy faktycznie zdarzały się na naszym osiedlu, trudno powiedzieć. Prawdopodobnie było ich znacznie mniej, niż mówiono. Z drugiej strony, kiedy sobie przypominam niedawną historię gwałciciela z Zielonej Góry, dochodzę do wniosku, że teraz jest podobnie – na jedno prawdziwe wydarzenie przypada pięć zmyślonych. Tyle że wtedy te opowieści rozprzestrzeniały się lokalnie i w realu, a teraz nawet o pożarze w sąsiednim bloku dowiadujemy się z internetu.

Limahl do dziś żyje i ma się dobrze. Nie nosi już jednak fryzury, która w latach 80. stała się kultowa. Wystarczyło wejść do fryzjera, poprosić o obcięcie „na Limahla” i wszystko było jasne. Ot, mały świat. Co ciekawe, z dzisiejszej perspektywy odnoszę wrażenie, że choć obecnie dostępne jest niemal wszystko, jesteśmy bardziej zmanipulowani w naszych gustach niż wtedy. I jest to manipulacja perfidna, bo chodzi w niej o kasę, a kiedyś chodziło o to, by słuchacz lubił te same piosenki co prezenter.

Kiedy już zaczęłam słuchać muzyki, dosyć szybko wsiąkłam w nią na dobre. Najpierw były telewizyjne „Przeboje Dwójki”, potem lista „Trójki” Marka Niedźwieckiego. Wśród zagranicznych zespołów królowały pop i new romantic: Limahl, Shakin’ Stevens, Nik Kershaw, Eurythmics, OMD, Duran Duran. Powoli pojawiali się Pet Shop Boys. Wciąż mam słabość do niektórych kawałków tamtych wykonawców i chciałabym, żeby dzisiejszy pop był taki. Z polskiej muzyki słuchałam Lombardu, Wandy i Bandy, RSC, później zostałam fanką Lady Pank. Nie lubiłam Perfectu ani Republiki. Mniej więcej wiem, czego w tej muzyce nie lubiłam, choć podobne zarzuty można by wysunąć wobec tej, którą lubiłam: przemawiała nie moim językiem, opowiadała o nie moim pokoleniu. Dajcie spokój, kto w wieku trzynastu czy czternastu lat rozumiał takie teksty jak Szklana pogoda czy Autobiografia? Szczerze mówiąc, nawet dziś nie jestem pewna, czy je rozumiem. Bardzo polubiłam piosenkę Turbo Smak ciszy, bo przynajmniej nie była pisana jakąś skomplikowaną metaforą, a poza tym fajnie się ją nuciło. Stałam się fanką tego zespołu i pozostawałam nią do czasu, w którym postanowił radykalnie zmienić brzmienie i grać wrzeszczący metal. Owszem, mam w domu Kawalerię szatana, ale to już nie było moje Turbo – niezależnie od tego, że w czasach jej wydania słuchałam całkiem sporo całkiem konkretnego metalu.

Ale co ja tu o Kawalerii szatana, wszak to czas liceum. Tymczasem mamy Lombard, Turbo, Lady Pank, TSA. Wszystko nie o mnie. Jeśli chodzi o wysublimowaną metaforę, prawdopodobnie wynikała ona nie tylko z ambicji artystycznych, ale też z chęci skonfundowania cenzury. Komu by się chciało dociekać, o co chodzi w Szklanej pogodzie czy Znaku równości, który w ogóle był tak śpiewany, że nie dało się wychwycić z tekstu prawie nic.

W ósmej klasie odkryłam Rozgłośnię Harcerską, a na niej utwory bardziej odpowiadające moim ówczesnym nastrojom. Utwory czasem posępne, czasem gniewne. Zaczynała się dla mnie epoka punka, zimnej fali (czyli tego, co dziś nazwano by gotykiem). Nagrywałam na kasprzaku Moskwę, Abaddon, Madame, Varieté czy T. Love, który był wtedy zespołem typowo undergroundowym i „leciał” jedynie w Rozgłośni Harcerskiej. To było odkrywanie innego świata ukrytego pod oficjalnym. Wreszcie ktoś śpiewał o problemach młodych ludzi, o poczuciu beznadziejności i zagubienia. I robił to w formie na tyle prostej, że momentami nawet zrozumiałej. (No dobrze, utwory Madame czy Varieté nie były ani trochę zrozumiałe. Ale miały w sobie tę nutę beznadziei, która współgrała z moimi uczuciami).

Koniec podstawówki, a zwłaszcza ósma klasa, był czasem, w którym czułam się strasznie przytłoczona konwencjami i ciasnotą otaczającego świata. Nie mieściłam się już w jego ramach. Teraz wydaje się to proste – wystarczyło przeczekać – ale wtedy miałam wrażenie, że już zawsze będę się dusić w takim ciasnym świecie, w którym nic ciekawego nie ma prawa się wydarzyć. Pewną pociechą było uczęszczanie na lekcje esperanto i wdrażanie się w filozofię esperantystów – warto bowiem wspomnieć, że esperanto to nie tylko język, lecz coś w rodzaju bractwa, w którym w zależności od opanowania języka i zaangażowanie w działalność społeczności awansuje się na kolejne szczeble. Ja zakończyłam swoją przynależność na najniższym, ale i tak była to niezła przygoda. Podczas przyjmowania do grona esperantystów wraz z dwiema koleżankami musiałam wykazać się podstawową znajomością języka (bardzo zresztą łatwego), ale również wyrecytować formułkę, w której mowa jest m.in. o tym, że nigdy nie będę dyskryminować nikogo ze względu na narodowość, kolor skóry czy religię. Tak więc uczestnictwo w spotkaniach nie sprowadzało się do samej nauki, ale próbowało kształtować charaktery, a przede wszystkim dawało nadzieję na nowe znajomości. Raz nawet pojechaliśmy na dwudniowy rajd. Niestety wkrótce po naszej przysiędze grupa młodzieżowa się rozpadła i została sama starszyzna, co skutecznie mnie zniechęciło do dalszego udziału.

Innym wydarzeniem, które stwarzało złudzenie, że coś jednak się dzieje, było uczestnictwo w Konkursie Polonistycznym, inaczej znanym jako olimpiada. Było to ważne doświadczenie między innymi dlatego, że po raz pierwszy miałam zakosztować czegoś na kształt egzaminu, i to zarówno pisemnego, jak i ustnego – najpierw na etapie dzielnicowym, potem wojewódzkim – jak i dlatego, że to właśnie dzięki konkursowi odkryłam fantastykę. Kiedy bowiem dano nam do wyboru zestawy lektur do przeczytania, było dla mnie jasne, że zamiast czytać jakichś Sienkiewiczów, Prusów i inne nazwiska kojarzące się jednoznacznie ze szkołą, należy wybrać coś, co kojarzy się z nią najmniej, a tym czymś był dla mnie zestaw fantastyki, spośród którego do dziś zapamiętałam jedynie Prawo do powrotu Zajdla – książkę, która niezmiernie mi się spodobała i o której napisałam wypracowanie na etapie wojewódzkim. Oczywiście od początku wiedziałam, że robot jest niewinny.

Laureatką nie zostałam, ale i tak dotarcie do tego etapu i zebranie w nim niezłych ocen dobrze wpłynęło na moje morale, już wcześniej zresztą podbudowane przez polonistkę, którą dostaliśmy w ósmej klasie, panią Teresę Trzcińską. Warto poświęcić jej kilka słów. Z jednej strony była obiektem żartów, bo nie zachowywała się ani nie wyglądała jak typowa nauczycielka z podstawówki, a w dodatku była starą panną – chyba jednak nie taką starą, skoro już po ukończeniu przez nas szkoły zdążyła urodzić dziecko – a z drugiej trudno przecenić jej wpływ na kształtowanie moich planów życiowych. To ona jako pierwsza (i na długi czas ostatnia) zwróciła uwagę na moje wypracowania. Co ważne, podobała jej się nie tylko forma, ale i treść. Chwaliła mnie za przelewanie na papier własnych myśli i za to, że w ogóle chce mi się myśleć. Dało mi to potężnego kopa, którego skutki odczuwam do dziś. Oczywiście różnie mogło być, gdybym w późniejszym czasie nie dostała paru kolejnych kopów, ale na pewno tamta zachęta miała wpływ na późniejszą decyzję o tym, co chcę w życiu robić. Wprawdzie nie śniło mi się wówczas, że będę tłumaczyć książki, a o redagowaniu nawet nie słyszałam, lecz trwanie w błędnym przekonaniu, że mogę coś osiągnąć dzięki własnej twórczości, pozwoliło mi się rozwijać w sztuce pisania. A chwalenie mnie za to, że śmiem myśleć i przelewać te myśli, jakkolwiek naiwne, na papier, to już w ogóle było coś, czego nie spodziewałabym się po żadnej nauczycielce.

No i tak pośród filmów, plotek, piłki nożnej, muzyki i niepokojów egzystencjalnych dotarłam do końca ósmej klasy, za którym czekała, a przynajmniej tak mi się zdawało, całkiem nowa rzeczywistość. Zanim jednak dostałam świadectwo i udałam się na egzaminy do XI LO, wysłano mnie do poradni zawodowo-wychowawczej, w której panie psycholog miały mnie poddać jakimś testom i doradzić, co zrobić ze swoim dalszym życiem. Poradnia z założenia powinna służyć osobom mającym problem z wyborem przyszłej ścieżki edukacji. Ja takiego problemu nie miałam. Wiedziałam, że pójdę do ogólniaka, bo niby gdzie – dobre oceny, zero zdolności manualnych, zamiar przyszłego studiowania. Przepis równie głupi jak wiele innych głosił jednak, że do poradni należy wysłać wszystkich, którzy mają wadę wzroku. A może nawet nie przepis, tylko jakiś idiota to sobie wymyślił. Tak czy owak wysłano mnie do poradni, gdzie panie przeprowadziły testy, z których – eureka! – wyszło im, że najodpowiedniejsze będzie dla mnie liceum ogólnokształcące. Świetnie, czy mogę już iść? Okazało się, że nie, bo panie pragną jeszcze wiedzieć, do którego konkretnie liceum się wybieram. No i się zaczęło. „Dziecko, ty nie idź do jedenastki, ty wiesz, co to za szkoła? Narkomania, niski poziom…”

Poszłam do jedenastki i wspominam ją tak, jak zapewne wspominałabym każdą szkołę – raz lepiej, raz gorzej. Ale nigdy tak źle jak tę babę z poradni. Pal sześć moją osobę, bo i tak zrobiłam, co chciałam, aczkolwiek bez wielkiej aprobaty rodziców – ale jak sobie pomyślę, że psycholog może być taką idiotką, to żal mi ludzi, którym próbuje pomagać. Mam nadzieję, że jej działalność nie wyszła poza obręb tej poradni. Nie mam pojęcia, skąd wzięły się te plotki o mojej przyszłej szkole – plotki, które znała nie tylko baba z poradni, a które z prawdą miały tyle samo wspólnego co w przypadku każdej innej szkoły. Z jednych przedmiotów poziom był niski, z innych wysoki – zależnie od nauczyciela. Narkomani pewnie też się trafiali. Największą wadą szkoły był komunistyczny patron, który zarazem stanowił jednak zaletę, bo dzięki niemu co roku grupa uczniów wyjeżdżała na obóz do słonecznej Bułgarii. Mnie też się udało. Ale to już inna historia i opowiem ją następnym razem, bo widzę oczami wyobraźni, jak ziewacie.

8 responses to “Stare dzieje 4 – koniec podstawówki

  1. Ul. Podgórna nazywała się „Walki Młodych”, a nie „Młodej Gwardii” (to był plac, dzisiejszy Cyryla Ratajskiego). Poza tym – czyta się rewelacyjnie, tak jakbym czytał o sobie (też jestem ten sam rocznik). W związku z tym zażalenie – wpisy są za krótkie i pojawiają się za rzadko ;p
    Pozdrowienia
    PS. Tak, znamy się, ale jak już anonimowo to do końca ;)))

  2. Hej Mutancik, fajny ten twój blog. Bedę cię częściej odwiedzać. Pozdrawiam

  3. Internetu nie bylo ale sciaganie plikow jak najbardziej… piski i trzaski ktore nagrywalo sie z IV programu PR a potem wgrywalo z kasety magnetofonowej do Atari 800, C64 czy inszego spectruma

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s