Włóczęgi po Poznaniu

Dużo ostatnio piszę o przeszłości, a teraźniejszość leży odłogiem. Tymczasem codziennie – no dobrze, może co drugi dzień albo i co trzeci – zachwycam się urokiem rodzinnego miasta zarówno w wydaniu reprezentacyjnym, jak i podwórkowym. Mało wiem o historii Poznania i często dopiero po zwróceniu uwagi na jakieś miejsce szukam w internecie informacji o nim, ale bywa i tak, że odwiedzam miejsce właśnie dlatego, iż wcześniej o nim usłyszałam.

Moje wędrówki zaczęły się jakieś dziesięć lat temu i paradoksalnie nie od miasta, lecz od jego okolic. Człowiek czasem ma ochotę odetchnąć świeższym powietrzem i powłóczyć się po miejscach o mniejszym zagęszczeniu populacji. Brałam więc koleżankę albo większą grupę znajomych i jechaliśmy to do Wielkopolskiego Parku Narodowego, to do Zaniemyśla czy Promna, by pochodzić po lasach, po łąkach, nad jeziorami. W bliższym i dalszym sąsiedztwie Poznania jest mnóstwo wytyczonych szlaków, zresztą nie brakuje ich także w granicach administracyjnych miasta – wystarczy wspomnieć Morasko czy szlak z Parku Sołackiego nad Jezioro Kierskie.

Później kupiłam rower i zaczęłam eksplorować teren także tym środkiem lokomocji. Z jednej strony to fajna rzecz, bo można przemierzyć większy obszar, z drugiej – niefajna, bo do autobusu trudno go zabrać, a do pociągu niby można, lecz do tej pory zawsze skutecznie odstraszała mnie myśl o tym, że trzeba najpierw dojechać na dworzec, potem zawlec rower na peron, znaleźć przedział dla rowerów, a potem się stresować, że nie zdąży się wysiąść na swoim przystanku. Na razie więc poruszam się rowerem tylko na obszarach, do których jestem w stanie na nim dojechać, a potem wrócić. Ponieważ moją jazdę trudno nazwać wyczynową, zazwyczaj są to miejsca leżące w promieniu 15–20 kilometrów od Poznania, a przeważnie bliżej lub wręcz w jego obrębie.

Ponieważ jadąc rowerem nad jezioro czy do lasu, trzeba najpierw przemierzyć mniejszy lub większy fragment miasta, zaczęłam lepiej poznawać różne jego zakamarki i zwracać uwagę na ciekawe miejsca. Wcześniej też nie nosiłam klapek na oczach – wiem, że wiele osób, również poznaniaków, odmawia naszemu miastu uroku, ale nic nie poradzę na to, że kiedy wchodzę na Stary Rynek, opada mi szczęka. I za dnia, w słońcu, i wieczorem, kiedy jest podświetlony. Czasem się zastanawiam, czy przypadkiem nie znalazłam się w jakiejś bajce. Ostatnio z tego mniemania wyprowadziła mnie wielka, ohydna reklama jakichś linii lotniczych, zajmująca całą szerokość fasady jednej z kamienic. Mam nadzieję, że już znikła. Nie wiem, co na to prawo, ale trudno sobie wyobrazić, by zezwalało na takie zapaskudzanie najświętszej świętości tego miasta, bo zaraz by się takich reklam wokół rynku pojawiły dziesiątki. W każdym razie widok ten wstrząsnął mną do głębi.

Wróćmy jednak do rzeczy. Jadąc rowerem, można zobaczyć nie tylko reprezentacyjną fasadę miasta, lecz także tę mniej znaną. Na przykład optymalna droga z mojej części Rataj do Parku Sołackiego wiedzie wzdłuż Warty na tyłach starej gazowni i obok kamienicy przy Czartorii 5, która od pierwszego wejrzenia stała się dla mnie obiektem kultu. Najpierw tylko obwąchiwałam ją z zewnątrz, później, już z obstawą, weszłam do środka. Okazuje się, że w sypiącej się i podobno przeznaczonej do rozbiórki (na co wskazywałby fakt, że w żaden sposób nie próbuje się jej remontować) kamienicy wciąż mieszka kilka rodzin! Dom pochodzi z przełomu XIX i XX wieku i powstał jako część osiedla robotniczego, z którego zachował się on jeden, a właściwie jego fragment, bo część budynku mocno ucierpiała w czasie wojny i została wyburzona. Mieszkania na osiedlu z założenia były bardzo skromne. Nie posiadały łazienek – mieszkańcy korzystali z łaźni miejskiej – a wspólne ubikacje znajdowały się na półpiętrach. Nie wiem niestety, jak wygląda sytuacja wodno-kanalizacyjna w budynku obecnie, bo o łaźnię miejską dziś niełatwo. Być może w okresie powojennym dorobiono kanalizację. Tak czy inaczej, budynek jest w opłakanym stanie i szkoda, że miasto nie chce go odnowić, bo to prawdziwa perełka. Inna rzecz, że po odnowieniu dom nie byłby już tym, czym jest – niesamowitą podróżą w czasie o sto lat wstecz, a jednocześnie do krainy duchów, biorąc pod uwagę jego obecny stan.

Ostatnimi czasy włóczę się głównie piechotą, często z P. albo w większym gronie. Rower czasem przeszkadza, gdy chce się coś dokładnie zobaczyć, więc przyjęłam zasadę, że używam go raczej na przejażdżki przyrodnicze. Obszary miejskie eksplorujemy pieszo, czasem dojeżdżając tramwajem lub autobusem. Niedawno zrealizowałam swoje marzenie powłóczenia się po stadionie im. Edmunda Szyca, nim zostanie zrównany z ziemią. Stadion powstał w roku 1929, ale z powodu wadliwej konstrukcji od początku były z nim kłopoty. Nawet z ceremonii otwarcia ewakuowano gości z powodu zagrożenia. Przed wojną więc rozegrano tam niewiele meczów. O tym, co się tam działo podczas wojny, lepiej zmilczeć. Po wojnie zadecydowano o przebudowie, która według Wikipedii trwała w latach 1950–1957. Uroczyste otwarcie nastąpiło jednak 22 lipca 1954 i wówczas nadano stadionowi nazwę Stadion im. 22 lipca. Mój tata miał przyjemność być na tym otwarciu, podczas którego po okolicznościowych przemówieniach rozegrano mecz między Vojvodiną Nowy Sad a reprezentacją Poznania, zakończony wynikiem 2:2. Wtedy stadion mógł pomieścić 45 tys. widzów, a po dokończeniu przebudowy 60 tys. (Nie mam innej możliwości weryfikacji tych danych niż pamięć mojego taty, gdyż artykuł w Wikipedii jest nieprecyzyjny, ale informację o dacie otwarcia potwierdza ten artykuł).

Od 1989 roku stadion nosi imię Edmunda Szyca, jednego z założycieli Warty Poznań, do której należał do chwili jego sprzedania w roku 1998. Obecnie stanowi potworną ruinę użytkowaną przez bezdomnych oraz kupców z bazaru m.in. jako toaleta. Mimo to jeszcze w ubiegłym roku na jego boisku rozgrywano mecze podczas turnieju juniorów i kto wie, czy były to ostatnie mecze, choć w zeszłym tygodniu trawy tam praktycznie nie uświadczyliśmy. Może odrośnie na wiosnę. Poniżej prezentuję kilka zdjęć z wizyty na stadionie.

Skoro jesteśmy przy obiektach o specyficznej, nie dla wszystkich dostrzegalnej, lecz mnie osobiście ujmującej urodzie, zaprezentuję Wam jeszcze jedno miejsce – osiedle komunalne na Zagórzu z lat 20. ubiegłego wieku. Zagórze to część Ostrowa Tumskiego po przeciwległej do katedry stronie ulicy Wyszyńskiego – stronie, o której zwykle się zapomina, a jeśli jest znana, to głównie z obecności seminarium duchownego. Pamiętam, że jeszcze w latach 90. mieścił się tam oddział któregoś z urzędów, chyba UM. Teraz go nie ma. Jest za to nowe otoczone murem osiedle. Dookoła tego muru wciąż jednak rozciąga się stare Zagórze ze swoim starym osiedlem komunalnym i mieszkańcami (starymi i młodymi). Tam także warto zajrzeć.

Na koniec jeszcze kamienica ze Śródki, która mnie urzekła. W następnym odcinku pokażę mniej zaniedbane oblicze miasta, choć przyznaję, że to zaniedbane i zrujnowane bardzo mnie pociąga. Być może częściowo dlatego, że wydaje się, iż nie ma dla niego ratunku. Nacieszmy się nim, póki jest.

2 responses to “Włóczęgi po Poznaniu

  1. stadion im. Edmunda Szyca, tam mnie jeszcze nie było.Dzięki za podpowiedź;-0
    Ostatnio zrealizowałam moje marzenie -dokładnie zwiedzanie o 6 nad ranem starego stadionu KKS Lech Poznań. Polecam !

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s