Stare dzieje 5 – gry i zabawy z dzieciństwa (1)

Opisując dzieciństwo, które w moim przypadku obejmuje lata siedemdziesiąte i początek osiemdziesiątych ubiegłego wieku, nie sposób nie poświęcić co najmniej jednego rozdziału grom i zabawom. Część z nich jest uniwersalna, część lokalna; jedne wyginęły, inne wciąż mają się dobrze.

Do uniwersalnych można zaliczyć zabawę w chowanego, „gonito”, podchody osiedlowe, plądrowanie okolicznych ogródków w celu obłowienia się w owoce. Lokalnie, jako że mieszkaliśmy na wciąż budującym się osiedlu (moja pamięć zabaw z wcześniejszego miejsca zamieszkania jest nikła i obejmuje głównie jazdę na wrotkach po korytarzu blokowym), dużo było taplania się w błocie, łażenia po rurach i prób inwazji placów budowy. Rzucało się też z wyższych pięter, czym popadnie (a zwłaszcza drugim śniadaniem) w robotników budujących pawilon handlowy naprzeciw naszego bloku. Z bardziej wyszukanych rozrywek można wymienić zbieranie płytek, którymi wykładano balkony. Wartość takiej płytki zależała od jej koloru – im rzadziej występował, tym była wyższa. Pikanterii dodawał fakt, że o ile na naszym osiedlu królowały płytki białe, niebieskie, granatowe, zielone i fioletowe, a o inne było bardzo trudno, o tyle na odległym Piątkowie używano nieco odmiennej palety barw, więc jeśli ktoś na przykład miał tam ciocię i od czasu do czasu bywał w okolicy, mógł się obłowić w drogocenny towar.

Powyższe zdjęcie przedstawia nasz balkon. Kojarzę, że były tam płytki białe, niebieskie i granatowe, ale widzę dwa odcienie szarości, więc musiał być jeszcze jeden kolor. Pierwszy powód, by się przejechać na stare śmieci i sprawdzić.

Skakało się oczywiście w gumę i w linkę. Nie wiem, czy któraś z tych zabaw przetrwała do dziś – z pewnością dłużej, jeszcze w XIX wieku, widywałam dziewczyny skaczące w linkę, choć muszę przyznać, że podbudował mnie fragment współczesnego filmu o warszawskiej Pradze, w którym dzieciaki skaczą w gumę. W obu zabawach było wiele możliwych zadań, ale przyznaję bez bicia, że prawie żadnych nie pamiętam. Przegląd internetu wskazuje, że w każdym mieście, może nawet na każdym osiedlu były inne zasady i inne zadania. Ja spróbuję sobie przypomnieć coś z tych naszych. Najogólniej zabawa w linkę wyglądała tak, że dwie osoby stały na obu końcach owej linki (czyli takiej dużej skakanki, choć często robionej po prostu z grubego sznura) i kręciły nią w równym rytmie, a inne musiały skakać. Przykładowy wariant, nazwijmy go „dwa razy z przerwą”, bo nie pamiętam właściwego nazewnictwa (jeśli je pamiętacie – proszę o komentarze!), polegał na tym, że osoba musiała w odpowiednim momencie wskoczyć pod linkę, dwa razy nad nią przeskoczyć, gdy ta znajdzie się na ziemi, a potem wyskoczyć, następował jeden pusty przebieg, po czym wskakiwała następna osoba i robiła to samo. Oczywiście trudniejsze były skoki „bez przerwy”, a zwłaszcza „jeden  bez przerwy”, czyli robisz jeden skok, zaraz po tobie wskakuje kolejna osoba, a po niej kolejna, ty zaś biegniesz z powrotem do kolejki, żeby znów skoczyć, gdy wszyscy inni to zrobili. Były też warianty, w których dwie osoby skakały jednocześnie – na przykład każdy musiał skoczyć dwa razy, ale po razie doskakiwała do niego kolejna osoba, która też robiła swoje dwa razy i tak dalej. Istniał także wariant, w którego nazwie (pełnej nie pamiętam) było „pies goni kiełbasę”, a polegał na dokładnym naśladowaniu pierwszej osoby, niejako „zadającej” właściwe ćwiczenia, przy czym oprócz skakania wiązało się to często z bieganiem wokół kręcących albo w ogóle gdzieś. Kto skusił, czyli źle coś wykonał albo zaplątał się w linkę, za karę musiał nią kręcić, póki nie skusi ktoś następny.

Podobna zasada obowiązywała przy skakaniu w gumę, tyle że jego specyfika była całkiem inna. Ktoś niezbyt sprawny fizycznie z linką jakoś sobie radził, z gumą gorzej. Do trzymania gumy również potrzebne były dwie osoby, które po prostu zakładały ją na siebie, a przestrzeń pomiędzy nimi służyła pozostałym do skakania. Zaczynało się od najniższej wysokości, czyli od kostek. Gdy delikwent wypełnił już zadanie, przechodziło się na kolana, pas, a niekiedy i szyję. Najprostszym zadaniem w mojej okolicy (choć z konsultacji internetowych wnoszę, że zasady gry różniły się od miasta do miasta, a może i od szkoły do szkoły) było „raz, dwa trzy”, polegające na robieniu po trzy podskoki kolejno: przed gumą, przekroczywszy pierwszą część gumy jedną nogą, w środku, jedną nogą z drugiej strony; potem przechodziło się do dwóch podskoków we wszystkich tych konfiguracjach, a kończyło na jednym. Nie było wolno nadepnąć na gumę ani wykonać niewłaściwej liczby podskoków. Istniały jednak również takie sekwencje, w których nadepnąć na gumę należało, albo też bardziej złożone wersje „raz, dwa, trzy”, w których po zrobieniu trzech podskoków przed gumą należało na przykład chwycić nogą pierwszy pas gumy i wraz z nim przeskoczyć na drugim, tworząc pętlę, do której następnie wskakiwało się drogą nogą (za każdym razem wykonując w tej pozycji trzy podskoki), a na koniec trzeba było z tej pętli wyskoczyć (znów trzy podskoki… i tak dalej).

Kilka filmów ze skakaniem w gumę i linkę można znaleźć w sieci – dla przykładu linkuję najprostszą wersję skoków przez linkę oraz dość prostą (hmm… do pewnej wysokości) sekwencję skoków przez gumę.

Skakanie w gumę i linkę, a zwłaszcza to pierwsze, należały do rozrywek typowo dziewczęcych. Były jednak i takie zabawy, które uskuteczniały obie płcie – na przykład rzucanie monetami, by te upadły jak najbliżej przeciwległej ściany, oraz gra w kapsle. W naszej wersji kapsle zalewało się woskiem, by osiągnęły większy ciężar, bo wtedy łatwiej było je posłać tam, gdzie sobie życzyliśmy. P. nie zna sztuczki z woskiem, więc może to też była lokalna specjalność. Idealnym terenem do gry były puste klomby (a raczej klombiki), które zapomniano (?) wypełnić kwiatkami. My zresztą wcale nie uważaliśmy ich za klomby, tylko za betonowe konstrukcje, które nie służyłyby zupełnie do niczego, gdyby nie nasza gra. Najzabawniejsze jest to, że nie pamiętam, co się potem z nimi stało. Pamiętam je wypełnione ziemią, ale czy kwiaty kiedykolwiek się tam znalazły? Trochę dziwna ta amnezja, bo mieszkałam tam do dwudziestego trzeciego roku życia, a klomby były dokładnie pod moim oknem. Drugi powód, by odwiedzić stare osiedle.

Konstrukcje te świetnie się nadawały do gry w kapsle, ponieważ były mniej więcej koliste (choć raczej wielokątne) z dziurą w środku, więc trzeba było tak manewrować kapslem, by nie wpadł do dziury ani nie wypadł na zewnątrz, tylko jak najdalej przejechał po betonie w kierunku mety. Zawodnicy kolejno pstrykali swoimi kapslami, a wygrywał ten, czyj kapsel dojechał do celu pierwszy. Nie przypominam sobie, żeby wygrana wiązała się z nabyciem prawa własności do kapsli przeciwników – chyba jedyną nagrodą była satysfakcja ze zwycięstwa. W przypadku gry w monety zdarzało się, że zwycięzca zabierał pozostały biorący udział w grze bilon, acz były to bardzo drobne groszaki i proceder nie przerodził się w poważny hazard. W monety grałam zresztą bardzo rzadko.

W następnym odcinku opowiem o kolejnych grach – w osła, „wywołuję naprzeciwko piwko”, „mamo, mamo, ile kroków dać?”, a przede wszystkim o moim ulubionym, acz przysparzającym nieco stresów sposobie spędzania wolnego czasu – grze w korale. Ponadto jeśli pogoda pozwoli, w pierwszy weekend po świętach udam się na wycieczkę autobusem A i odświeżę pamięć. Oczywiście mogłabym się zwrócić do mieszkańców z apelem o jej odświeżenie, ale to mniej romantyczne. Wolę to zrobić naocznie i udokumentować zdjęciami. Może nawet wyjdzie z tego kolejny odcinek Włóczęg po Poznaniu?

4 responses to “Stare dzieje 5 – gry i zabawy z dzieciństwa (1)

  1. Razu pewnego- po wypiciu jednego piwa porwałyśmy czerwoną gumę mojej córki.Wspólnie z Bratową ( równolatką) zaczęłyśmy rozjaśniać zakamarki naszego dzieciństwa…tak w ruch poszły 2 taborety i my szalone dziewczyny postanowiłyśmy poskakać w gumę.
    Do ud nawet nie doszłyśmy..regionalizmy wyszły w grze.
    Poza tym
    nasza ekipa jeszcze w paletki, budowaliśmy domki na drzewach, tworzyliśmy łuki oraz strzały z metalowymi grotami- sami je wykupowaliśmy. Zbieraliśmy szyszki, do miski wrzucaliśmy rozpałkę jeden z osobników pilnował hartowania stali. Potem na pieńku tworzyliśmy groty. W zimie ciągnęliśmy sanki po leśnych górkach ( u nas morena czołowa) udając wyprawy na Syberię..nasz kolega miał wystrugane przez dziadka drewniane narty:-)

    • Właśnie, zima. O niej też wypadałoby wspomnieć. Poza tym mam cały zestaw zabaw „wiejskich” – może nie całkiem wiejskich, bo gnieźnieńskich, ale takich bardziej z przedmieścia. Mordowanie motyli w celach estetycznych (rozpinanie na słomiance) i takie tam.

  2. Jak by co to jeden raz z przerwą to oczko –🙂 ja mam 12 lat i dobrze to znam

  3. Wypełnianie kapsli woskiem jest mi znane. Dobrze było też wyciąć flagę z encyklopedii by kapsel ozdobić.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s