Dzieci z Bullerbyn

Jako że dziecinnieję na starość, z przyjemnością przystąpiłam do lektury znalezionej na strychu kultowej książki sprzed lat. Czasem takie powroty kończą się rozczarowaniem, ale przeważnie uruchamiają się te same mechanizmy, które operowały we mnie, gdy byłam dzieckiem. Pożądam więc przygody, zazdroszczę dzieciakom, że mogą się bawić w sianie, pływać łódką po jeziorze, wspinać po górach, które może i są zwykłymi pagórkami, lecz mnie nawet takie nie były dane (Pyrland, you know). Czytając książkę Astrid Lindgren, można odnieść wrażenie, że tamtym dzieciom naprawdę na wiele pozwalano (mogły na przykład spędzić noc w stogu siana), choć kiedy sobie przypominam nasze codzienne atrakcje – bieganie po budowie, chodzenie na szachty w drodze na religię albo na mecze Lecha zamiast niej – dochodzę do wniosku, że nasi rodzice musieli mieć jeszcze silniejsze nerwy niż ci z Bullerbyn.

Choć Bullerbyn jest totalnym zadupiem z trzema domami, świat tamtejszych dzieci wydawał mi się w dzieciństwie znacznie bardziej rozległy niż mój, a one same – znacznie bardziej wolne. Jakoś nie myślałam o tym, że chodzenie do szkoły w sąsiedniej wsi niezależnie od pory roku i pogody może być uciążliwe. Bo ile przygód można było w tym czasie przeżyć! Idea małej wiejskiej szkoły ze wszystkimi dziećmi siedzącymi w jednej klasie też mi się podobała. A najbardziej lubiłam cukierki ślazowe – myślałam, że to nie wiadomo co, a po latach się okazało, że to zwykłe pianki, które można było przywieźć z Enerdówka. By oddać sobie sprawiedliwość, przyznam jednak, że w czasie mojej lektury Dzieci z Bullerbyn takich pianek mogłam jeszcze nie znać. Tak naprawdę zresztą trzeba by zapytać szwedzkie dzieci, najlepiej takie, które mają dziś z osiemdziesiąt lat, o te cukierki. Może to były pianki, a może i nie. Ale jeśli pianki, to nie umywają się do mlekoli, które kupowałam w Społem na Jawornickiej.

Dla dzieci z Bullerbyn pewnie to ich świat był mały, tak jak dla mnie mój. Pani ze szkoły musiała zamawiać książki w mitycznym Sztokholmie, a raz nawet przywiozła stamtąd cukierki (nie wiem, czy ślazowe) i były to pierwsze sztokholmskie cukierki w życiu Lisy. Widać tak to już jest, że im jesteśmy mniejsi, tym mniejszy jest nasz świat. Zastanawiam się tylko, jak odbierają swój świat dzieci, których rodziny często się przeprowadzają. Może szybko się aklimatyzują, a może przeciwnie – za swój świat uważają tylko dom rodzinny (gdziekolwiek aktualnie się znajduje), a to, co na zewnątrz, jest jakimś zmieniającym się dodatkiem.

Podczas czytania po latach znajduję także rzeczy, które mnie zastanawiają i pobudzają do refleksji. Ot, choćby traktowanie jako najzwyklejszej w świecie rzeczy posiadania służącej i parobka. Dla kogoś wychowanego w PRL jest to podwójnie niestosowne, bo moje koleżanki ze studiów jeździły „na Zachód”, by usługiwać tamtejszej klasie średniej, co (obok roznoszenia ulotek i zmywania garów) było jedynym dostępnym sposobem na poznanie tamtejszego życia i podszkolenie języka. Autorka zadbała jednak o to, byśmy nie kojarzyli rodziców z Bullerbyn z uciskiem – Agda i Oskar są świetnie traktowani i czują się na służbie jak ryba w wodzie, a co więcej, dowiadujemy się, że dziadziuś Britty i Anny w dzieciństwie był wyzyskiwanym przez złych państwa sierotą i dopiero z czasem dzięki ciężkiej pracy dorobił się gospodarstwa.

Służącą jeszcze zdzierżę, zwłaszcza że jest dobrze traktowana i stać ją na porządną sztuczną szczękę, natomiast buntuję się przeciwko stereotypowemu obrazowi zabaw dziewczęcych i chłopięcych. Chłopcy oczywiście muszą być łobuzami, którzy zajmują się na przykład wybieraniem ptakom jaj z gniazd, a dziewczęta, choć są inteligentne i nie dają sobie w kaszę dmuchać, bawią się w dom, gotują, opiekują się siostrzyczką Ollego… Dajcie spokój, może jeszcze szyją lalkom różowe sukienki?

Inną rzeczą, na którą zwróciłam uwagę tym większą, że wiąże się z wykonywanym przeze mnie zawodem, jest język powieści. Przede wszystkim można się zadumać nad tym, jak bardzo zmieniła się polszczyzna od roku 1957, kiedy po raz pierwszy ukazało się polskie tłumaczenie książki. Mam na myśli głównie zmiany leksykalne, gdyż zakładam, że późniejsze modyfikacje ortograficzne czy interpunkcyjne zostały włączone w kolejne wydania (to, którym dysponuję, pochodzi z roku 1982). Szczególnie uderzyło mnie często powtarzane przez Lisę słowo „moc” w znaczeniu „mnóstwo”. Mnie kojarzy się ono z formułką „moc życzeń”. Mam niejasne podejrzenia, że o ile przed pięćdziesięciu pięciu laty słowo mogło być w Polsce używane powszechnie, o tyle niekoniecznie przez siedmioletnie dzieci. I tu pojawia się następna refleksja – czy i w jakim stopniu powinniśmy stylizować język książkowego dziecka na język prawdziwych dzieci? Przy książkach dla starszych nastolatków nie mam wątpliwości, że pewna stylizacja jest korzystna, ale wszystko to musi się mieścić w ramach pewnej literackiej umowności. Nie możemy brać żywcem pełnego błędów i niechlujstwa języka, który słyszymy za oknem, i pakować go do książki – chyba że w celach komparatywnych, dla odróżnienia mowy jednej grupy od innej. Zakładając nawet umiarkowaną stylizację, w przypadku narracji pierwszoosobowej trudno się ustrzec (i nie wiadomo, czy należy) pewnych upiększeń i urozmaiceń. Kiedy narratorem nie jest nastolatek, lecz kilkulatek, tym bardziej nie możemy przemawiać jego prawdziwym językiem. Myślę jednak, że powinniśmy unikać języka zbyt dorosłego, zbyt nieprawdopodobnego w ustach dziecka, a do takiego należy używanie przez Lisę sformułowań w rodzaju „bowiem”, „mimo że” czy „rozmaite” (P. twierdzi wprawdzie, że mając siedem lat używał słowa „rozmaite”, ale on jest jeszcze większym mutantem niż ja). Oczywiście jako dziecko nie zwracałam na to najmniejszej uwagi, a gdybym nawet zwróciła, uznałabym pewnie, że w końcu książki piszą dorośli, więc nic dziwnego, że używają dorosłego języka.

I wreszcie drażniło mnie potwornie, że Lisa co rusz nazywa kogoś „dobrym”. „Nasza pani jest taka dobra”. „Dziadziuś jest taki dobry”, dobra jest też Agda i Bóg wie kto jeszcze. Jakby nie można było powiedzieć „fajny”. Chyba w 1957 roku istniało już takie słowo? A może nie uchodziło go pisać w książce, bo było równie niestosowne jak dziś „za**bisty”?

W miarę naszego dorastania obiekty kultu często maleją, powszednieją. Skonfrontowani z nimi po latach, czujemy rozczarowanie, że nie dorastają do naszego pielęgnowanego przez lata wyobrażenia. Coraz częściej jednak się przekonuję, że od dzieciństwa dobrze dobierałam lektury (choć przeważnie czyniło to za mnie kuratorium). Dzieci ze swoimi cukierkami ślazowymi i spaniem w stogu siana wciąż – mówiąc współcześnie – dają radę, a mówiąc językiem Lisy – są dobre! I nadal heroizmem jawi mi się przyjście do szkoły na szóstą rano, by zrobić pani kawał na prima aprilis…

5 responses to “Dzieci z Bullerbyn

  1. Uwielbiałam tę książkę i do dzisiaj mi zostało, skoro i po szwedzku mówię, i jeżdżę na zadupia w rodzaju Trollhättan (polecam).
    Gdy tylko dorwę się do oryginału, to sprawdzę, co z tymi cukierkami, i czy przymiotnik „dobry” w nadmiarze wziął się z tłumaczenia uwielbianego przez Szwedów słowa „snäll”.
    Co do dzieci, których rodziny często się przeprowadzają – zależy od dziecka. Mój kolega, który mieszkał w iluś tam krajach, zawsze izolował się od miejscowej kultury i jest trzeszczącym Anglikiem, którego wszyscy znajomi to Anglicy, a co czwartek i co sobotę trzeba chodzić do tego samego pubu. Inni z kolei są zapewne jak Anthony Blanche z „Brideshead Revisted”.
    Nie rozumiem, czemu przeszkadzają ci służący – przecież oni tam po prostu pracują, część ludzi musi u kogoś pracować. Dziewczynki też nie są przedstawione najgorzej – przecież mogą i się wspinać, i spać w stogu. W końcu to Astrid, która stworzyła Ronję i Pippi!
    Co do Lisy i jej „bowiem” – nie omieszkam się pochwalić, że w annałach rodzinnych odnotowano, iż w wieku lat dwóch czy trzech zdarzało mi się powiedzieć: „Altelnatywa, albo do łózta, albo do wanny” (literówki zamierzone) i „Czy ta kiełbasa nie jest aby zepsuta?”, o wczesnopodstawówkowych wierszykach pełnych „przecie” i „powabna” nie wspominając.
    I cóż z tego, skoro teraz mieszkam w miejscu, w którym albo co drugie słowo mówię „like” albo potrzebuję 10 sekund na dobranie odpowiedniej formy czasu przeszłego!😉

    • Pippi to moja idolka!
      Służąca zasadniczo mi nie przeszkadza – przeciwnie, miałam też takie refleksje, o których zapomniałam napisać, że lepiej być dobrze traktowaną służącą niż bezdomnym i bezrobotnym żulem – natomiast uderzyło mnie jako ciekawostka to, że mimo bycia PRL-owskim dzieckiem zupełnie nie zwróciłam uwagi na jej obecność. Może to dlatego, że czytaliśmy też wiele książek z poprzedniej epoki. Myślę zresztą, że nazwanie Agdy gosposią zupełnie zmieniłoby optykę, więc może to też kwestia tłumaczenia.

  2. „Fajny” istniało już w „Ziemi obiecanej”, tyle że w wersji „feiny”😉

    A tak w ogóle, to cieszę się, że trafiłam na Twojego blogaska, brakowało mi Mutanta z IP.

  3. Ponoć ma się reaktywować, ale tylko w wersji cyfrowej.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s