Stare dzieje 6 – gry i zabawy z dzieciństwa (2)

Pora na drugi odcinek serialu o tym, jak spędzaliśmy wolny czas w czasach podstawówki.

Popularne były dwie gry z użyciem piłki. Jedna to osioł, polegający na tym, że rzuca się piłką o ścianę, a gdy ta się odbije, trzeba nad nią przeskoczyć. Ponieważ mieszkańcy domów, o których ściany uderzaliśmy piłką, czasem na nas krzyczeli, najchętniej przezornie bawiłam się przy ścianie naszego balkonu. Niekiedy moja mama wychylała się stamtąd i patrzyła, czy jestem wśród grających. Jeśli mnie nie było, przepędzała delikwentów; jeśli tak, mogliśmy (a raczej mogłyśmy, bo to raczej dziewczęca gra była) dalej się bawić.

Druga gra nazywała się „Wywołuję naprzeciwko piwko” i polegała na wyrzucaniu piłki wysoko w górę z jednoczesnym wykrzyczeniem imienia osoby, która ma ją złapać. Niestety nie pamiętam dokładnie, co dalej. Być może wywołana osoba, złapawszy piłkę, musiała nią w kogoś rzucić i wtedy ten trafiony stawał w kręgu i wywoływał. Jeśli nie złapała, sama szła do kręgu. Czytałam też o innym wariancie, polegającym na dzieleniu ziemi pod nogami na państwa i wywoływaniu nazw tych państw, ale u nas ten wariant nie występował. Niestety to, czego w grze nie było, pamiętam lepiej niż to, co w niej było. Jakoś specjalnie nie wryła mi się w pamięć – w odróżnieniu od dwóch zabaw, które opiszę poniżej.

Pierwsza nazywała się „Mamo, mamo, ile kroków dać” i była grą dość okrutną. Nadmienię, że bardzo często bawiłyśmy się w nią w wiatrołapach, gdy pogoda nie sprzyjała przebywaniu na dworze. Jedna z uczestniczek była „mamą”, a pozostałe ustawiały się w odległości kilku metrów od niej. Wygrywała osoba, która jako pierwsza dotarła do mamy. Niestety absurd gry polegał na tym, że tempo naszego przemieszczania się zależało wyłącznie od samej mamy, która na pytanie „Mamo, mamo, ile kroków dać” odpowiadała, co jej się żywnie podobało: „Trzy słoniowe”, „dwa krótkie”, „jeden słoniowy w tył”, „dwie parasolki w przód” (co oznaczało, że należy się dwa razy obrócić, tanecznym ruchem przemieszczając się w przód). Jednak najgorszą rzeczą, jaką można było usłyszeć w odpowiedzi na pytanie „Ile kroków dać?”, było „Idź spać”, oznaczające, że trzeba wrócić do punktu, z którego się wyszło, i „zasnąć” na tak długo, jak długo mama sobie życzyła. Ciekawe, czy zachowanie „mamy” było podpatrzone u prawdziwych mam.

Osobny i bardzo ważny rozdział mojego życia począwszy od pierwszej czy drugiej, a skończywszy na szóstej – może nawet w porywach siódmej – klasie, stanowiła gra w korale. W największym skrócie polegała na tym, że pstrykając koralem lub kulką, trzeba było trafić do wykopanego w ziemi dołka. Wygrywał ten, kto umieścił w dołku ostatni znajdujący się w grze koral. Oczywiście na ogół nie trafiało się za pierwszym razem, zwłaszcza że klasyczny dołek był malutki (do dużych, pogardliwie zwanych kiblami, grały tylko małe dzieci), więc w pierwszych ruchach chodziło o to, by maksymalnie przybliżyć koral do dołka – choć trzeba było uważać, by na tym przybliżeniu nie skorzystał przeciwnik.

W grze brały udział dwie osoby i każda wystawiała do niej korale z własnej kolekcji. Zwycięzca zabierał całą pulę. Można było wystawić po jednym koralu lub po kilka, przy czym ogólna wartość korali wystawionych przez każdego z przeciwników musiała być mniej więcej równa. Zdarzało się więc, że ktoś wystawiał cztery mniejsze albo mniej cenne korale przeciwko dwóm większym/cenniejszym.

Wartość korali zależała od materiału, z jakiego były wykonane, ich wielkości i urody/oryginalności. Plastikowymi lub drewnianymi koralami (tzw. plachajami/blachajami i drewniajami lub drewniakami) grały tylko dzieci. Poważni ludzie uznawali jedynie szklaniaki, czyli korale zrobione ze szkła, porcelany, kamionki, diabli wiedzą czego – jeśli nie dało się tego ocenić po wyglądzie, oceniało się po dźwięku, jaki wydawał koral po uderzeniu nim w zęby. Jeśli był „szklany”, dźwięczący – to szklaniak, jeśli głuchy – blachaj.

Szklaniaki dzieliły się na wiele podgatunków. Powyżej prezentuję malutki kryształek. Podobne do kryształków, ale mniej warte, były oczka – zazwyczaj autentyczne oczka z pierścionków, a więc bez dziurki do przewlekania nitki. Wodniaki (wodniaje) – nie mam pojęcia, czy rzeczywiście były wypełnione wodą, ale cechowała je przezroczystość i coś w rodzaju przewodu otaczającego dziurkę na nitkę. Jeśli były duże i ładne, najlepiej kolorowe i o wymyślnym kształcie, miały sporą wartość. Najniżej w hierarchii szklaniaków stały rurki – małe, różnokolorowe… no cóż, rurki właśnie. Natomiast kategorią nadrzędną, powyżej wszystkich korali, były kule duńskie – szklane kulki bez dziurek z płatkami w środku. Ich podgatunek stanowiły porcelanówki – białe, nieprzejrzyste kulki z namalowanymi „płatkami”. Kule duńskie generalnie występowały w dwóch rozmiarach – za większą stawiano zwykle dwie małe – natomiast porcelanówki przypominam sobie tylko małe. Poniżej prezentuję zwykłe dunie (trochę felerne, bo z bąbelkami i nie całkiem okrągłe) i coś podobnego do porcelanówek, kupionego lata później – tyle że porcelanówki były zawsze białe i chyba odrobinę większe. Niestety żadna mi się nie zachowała, bo grałam dość słabo i wszystkie kule oraz co wartościowsze korale szybko przegrywałam. Szczególny problem z duniami polegał na tym, że grali w nie także chłopacy (którzy do gry w zwykłe korale się nie zniżali) i czynili to na ogół lepiej od dziewczyn.

Skoro już mniej więcej wiecie, na czym polega gra i jak się szacuje wartość korali, ustalmy jeszcze szczegółowe zasady. Wszystkie korale wyruszają z tej samej linii oddalonej od dołka o kilkadziesiąt centymetrów, może metr. Pstryka jeden gracz, po nim drugi, potem znów pierwszy. Pstrykamy kciukiem, bo uderzanie korala palcem wskazującym jest „ble” i robią to tylko dzieci. Przed rozpoczęciem gry musimy się jednak umówić, czy bilard żyje i czy wystawianka żyje. „Bilard żyje” oznacza, że można stosować bilard, tj. wystawiać przed dołek koral już się tam znajdujący i celować drugim koralem w niego, tak by do dołka wpadł jeden z nich – wówczas gracz, który trafił, ma do dyspozycji drugi ruch i może już z mniejszej odległości trafić do dołka także drugim koralem. Wystawianka z kolei polega na tym, że wystawiamy leżący już w dołku koral w dowolne miejsce, byle nie bardziej oddalone od dołka niż najdalszy koral będący w grze. Ten manewr stosuje się na ogół wtedy, gdy w grze znajduje się ostatni koral i przeciwnik mógłby zbyt łatwo zakończyć grę. Oczywiście zarówno wystawiankę, jak i bilard można wykonać jedynie przed swoim ruchem.

Przy tej grze straciłam mnóstwo nerwów, ale i przeżyłam piękne chwile. Nigdy nie zapomnę, jak gromadziliśmy się przy dołkach i godzinami graliśmy, a jeśli pokończyły nam się korale, kibicowaliśmy. Nagle z okien dobiegało „Sandokan, Sandokan” albo muzyczka z innego popularnego akurat serialu  i część koleżanek znikała. Częściej jednak wołały: „Mama, ja nie idę na Sandokana!” i grały dalej. Może dlatego nigdy nie obejrzałam ani jednego odcinka. Już wtedy miałam żyłkę do hazardu, która do dziś we mnie tkwi😉

czołówka Sandokana

Dopiero po wielu latach dowiedziałam się, że była to wyłącznie poznańska gra, w innych częściach kraju całkiem nieznana. Co ciekawe, jak to z dziecięcymi zabawami bywa, na poszczególnych osiedlach zasady i nazwy nieco się od siebie różniły. Nie miejcie więc do mnie pretensji, jeśli opisałam coś inaczej, niż wy pamiętacie. Bardzo chętnie dowiem się o innych wariantach – zapraszam do komentowania! Ja grywałam na osiedlu Kopernika, przeważnie obok bloku Jawornicka 13. Największa aktywność mojego grania przypadała (jak mniemam, bo statystyk nie prowadziłam) na lata 1980–1982.

Postaram się w wolnej chwili nakręcić video z instruktażem gry i podlinkować do bloga. Na razie! Idę grać!

2 responses to “Stare dzieje 6 – gry i zabawy z dzieciństwa (2)

  1. Nie „trzy długie” a „trzy słoniowe”!

  2. Racja! Już zmieniłam.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s