Moje małe Lillehammer

Kończy nam się Euro, a media ostrzegają przed syndromem Lillehammer. Ponoć po zimowych igrzyskach, które odbyły się w tym mieście w roku 1994, wielu jego mieszkańców popadło w przygnębienie, a niektórzy w głęboką depresję. Lillehammer to miasteczko zaledwie dwudziestopięciotysięczne, w którym na co dzień niewiele się działo. W chwili przyznania mu prawa do organizacji igrzysk mieszkańców ogarnęła gorączka. Przez kilka lat żyli przygotowaniami do wielkiej imprezy, a gdy ta przeminęła, adrenalina gwałtownie opadła, ustępując miejsca poczuciu pustki i przekonaniu, że nigdy więcej nic się nie wydarzy.

Inni znów wróżą efekt barceloński, czyli gwałtowną promocję miejsca, które dotąd było stosunkowo mało popularne, lecz wypromowało się niesamowicie dzięki organizacji wielkiej imprezy. Co ważne, owa promocja, która towarzyszyła letnim igrzyskom roku 1992, nie spowodowała chwilowej mody, lecz – jak się wydaje – trwale zmieniła pozycję Barcelony na turystycznej mapie świata.

Po części z żalem, a po części z pewną ulgą odnotuję, że moim zdaniem efekt barceloński nam nie grozi. Przede wszystkim dlatego, że mecze Euro 2012 odbywały się nie w jednym, a w ośmiu miastach, z których tylko połowa leży na terenie Polski. W związku z tym zainteresowanie nie koncentruje się w jednym punkcie, lecz rozlewa po tych dwóch krajach, nieco tylko mocniej akcentując kluczowe dla imprezy miasta – choć pamiętajmy, i cieszmy się, że goście, którzy przelali się przez nasz kraj w ostatnich tygodniach, nie ograniczali swojego pobytu do nich. Być może więc będzie do nas przyjeżdżać trochę więcej turystów, lecz nie nastąpi wielki skok liczbowy. A to, czy ci turyści będą przyjeżdżać już zawsze, czy tylko przez najbliższe miesiące lub lata, zależy od nas.

A Lillehammer? Cóż, mnie osobiście jest trochę przykro z powodu końca eurogorączki i chciałabym jeszcze kiedyś zobaczyć poznańskie koziołki przebrane w okolicznościowe wdzianka z okazji ważnego meczu lub innych sportowych zmagań. Celowo zaplanowałam wakacyjny wyjazd zaraz po zakończeniu Euro, żeby rzucić się w wir kolejnej przygody, nim poczuję, że coś się skończyło. Oczywiście z tego wyjazdu trzeba będzie kiedyś (a nawet dość szybko) wrócić, i całkiem możliwe, że chandra jednak mnie dopadnie, ale taką chandrę znam od dziecka. Swoje małe Lillehammer miewałam już w podstawówce, gdy po powrocie z kolonii, gdzie ciągle coś się działo i człowiek nawet przez sekundę nie mógł być sam, lądowałam w pustym pokoju, mając w perspektywie tydzień lub dwa czekania, aż koleżanki wrócą ze swoich kolonii albo od babci. Szczerze powiedziawszy, tamto Lillehammer było wręcz przepastne w porównaniu z tym, które czeka mnie teraz. Sezon ogórkowy w latach osiemdziesiątych był totalny. Rodzice szli do pracy, a mnie pozostawało siedzenie i gapienie się w ścianę albo pisanie długich listów do koleżanki. Nie wiem, czy to złośliwość losu, że wszystkie wyjeżdżały kiedy indziej niż ja, czy po prostu miałam ich za mało, czy też taka sytuacja zdarzyła się ze dwa razy, ale wyjątkowo mocno zapadła mi w pamięć. Wiem natomiast, że dziś spędzanie lata w mieście odbieram w sposób znacznie mniej tragiczny. Wprawdzie pomiędzy festiwalem Animator, w trakcie którego wrócimy, a sierpniowym Transatlantykiem jest niemal miesiąc przerwy, ale doskonale wpisują się w niego igrzyska olimpijskie. Cóż z tego, że w Londynie? Ważne, że sygnał telewizyjny stamtąd dociera. Dodajmy jeszcze zmagania Lecha w eliminacjach do LE – o ile oczywiście nie odpadnie w pierwszej rundzie – i okaże się, że zamiast umierać z nudów, będę rozpaczliwie gonić ostatnie okruchy lata spędzonego przed ekranem zamiast na łonie natury. Oby nie.

Abstrahując od mojego przywiązania do telewizji, Poznań jest miastem zbyt dużym, by syndrom Lillehammer miał go mocno pokaleczyć. Istniało tu życie przed Euro, będzie istnieć i po nim – może nawet bogatsze, jeśli zdołamy przekuć chwilowe zainteresowanie naszym miastem w trwały trend. Mam nadzieję, że jego oblicze, które pokazaliśmy turystom podczas tych kilku szalonych dni – ładne, zadbane, miłe i uczynne – nie przeminie wraz z wyjazdem ostatnich z nich.

A za Euro 2012 będę tęsknić. Tak samo jak za koloniami, na które jeździłam w dzieciństwie. Może za kilkadziesiąt lat spojrzę na pozostałe po nim pamiątki czy zdjęcia i pomyślę: „Ach, jak to fajnie było, gdy babcia była młoda”… Będą to jednak wspomnienia pełne radości, że się przeżyło coś wyjątkowego, a nie nieutulonego żalu po czymś, co bezpowrotnie przeminęło.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s