Czechy, etap I – Pardubice, Hradec Kralove

Przyszła pora na Telesfora… to znaczy na pierwszy odcinek relacji z podróży po północno-wschodnich Czechach i północnych Morawach. Wybór obszaru eksploracji okazał się bardzo wdzięczny, gdyż wszystkie odwiedzone przez nas miejsca znajdują się daleko od Niemiec i Austrii, co oznacza niższe ceny i niewielką liczbę turystów. A nie od dziś wiadomo, że turysta niczego nie unika bardziej niż innych turystów. Najbardziej wprawdzie nie lubimy spotykać za granicą swoich rodaków, ale choć przez większość czasu nie oddalaliśmy się zbytnio od polskiej granicy, Polaków spotkaliśmy znacznie mniej, niż moglibyśmy spotkać choćby w Wielkiej Brytanii czy Irlandii.

Z premedytacją odpuściliśmy sobie podróż do Pragi, jako że oboje bywaliśmy już w tym skądinąd pięknym, ale też zatłoczonym mieście. Cały pomysł podróży wziął się zresztą z tego, że P. bardzo chciał odwiedzić Ostrawę, gdyż słyszał, że jest nieciekawa, nieturystyczna i podobna do Bydgoszczy, w której spędził dwanaście lat życia. Od siebie dodam, że Bydgoszcz ma parę urokliwych miejsc i w ogóle budzi mój sentyment, ale nie miałam najmniejszego zamiaru jechać tylko do Ostrawy i z powrotem, zwłaszcza że z Poznania bliżej jest w inne partie Czech. Postanowiliśmy rozpocząć od Pardubic, do których z Kłodzka kursują dwa pociągi dziennie. Aby zdążyć na pierwszy, musielibyśmy wstać o dzikim świcie, co kłóciło się z naszymi tegorocznymi planami, w myśl których wakacje oznaczają wypoczynek, a nie zarwane nocki i stres. Znowuż jadąc drugim, wylądowalibyśmy w Pardubicach późnym wieczorem, co wobec nieznajomości miasta i świadomości, że do zaklepanej noclegowni jest z dworca dość daleko, też nie wydawało się dobrym pomysłem. Postanowiliśmy więc wybrać opcję trzecią – zanocować w Kłodzku i przy okazji je zwiedzić, a następnego dnia wyruszyć wcześniejszym pociągiem.

Z perspektywy czasu pomysł okazał się dobry jedynie o tyle, że faktycznie udało nam się trochę pochodzić po Kłodzku, które dotąd zwiedzaliśmy jedynie z bagażami na plecach w przerwach między pociągami. Znaliśmy więc most i rynek, ale nie tak dobrze jak dworzec Kłodzko Miasto, na którym spędziliśmy wiele długich chwil. Tym razem miało być podobnie.

Po pierwsze, pensjonat, w którym zarezerwowaliśmy nocleg – choć nazwa „pensjonat” jest tu użyta nieco na wyrost – mieścił się dokładnie naprzeciwko dworca. Z okna łazienki widać było napis „Kłodzko Miasto” na peronie, a w sypialni co rusz rozbrzmiewał dziki pisk hamującego pociągu. Myślałam, że okaże się to problemem, ale nie – problemem była drąca się do późnej nocy ekipa, która popijała piwko przy stolikach pod naszym oknem, a także brak ciepłej wody. W boilerze wprawdzie płonął jakiś mały ogieniek, który jednak zdawał się nie wpływać pozytywnie na temperaturę wody, a jako że na przyklejonej doń kartce wystosowano stanowczy zakaz uruchamiania pod groźbą kary pieniężnej, a pora była zbyt późna, by odwiedzać mieszkającą w sąsiednim wejściu właścicielkę, budząc jej dzieci i psy, umyliśmy się w zimnej. Jak przygoda, to przygoda. Poza tym uznałam, że po takiej zaprawie może być już tylko lepiej. I w pewnym sensie miałam rację.

Ale zanim ruszyliśmy dalej, rzeczywiście udało nam się zwiedzić twierdzę (bez części podziemnej), a także kościół joannitów, do którego naprawdę warto zajrzeć. Cały dzień, właściwie już od nocy, po Kotlinie Kłodzkiej błąkała się burza. Namieszała też w rozkładzie jazdy – pociąg z Pardubic, który po zawróceniu na Kłodzku Głównym miał odjechać z powrotem, spóźnił się o 70 minut, wskutek czego kwitliśmy na stacji ponad godzinę, z tęsknotą wpatrując się w okna opuszczonej przedwcześnie kwatery (mimo wszystko przytulnej w porównaniu ze smaganym wiatrem peronem, bo mającej i telewizor, i czajnik, i całkiem wygodne wyrka). W końcu doczekaliśmy się przyjazdu pociągu w tę, a następnie z powrotem. W porównaniu z towarzyszami z przedziału, udającymi się do Hradca Kralove na festiwal Rock for People, byliśmy w dobrej sytuacji, bo po pierwsze jechaliśmy tylko do Pardubic (oni musieli się przesiąść), a po drugie mieliśmy zaklepany dach nad głową, a ich czekały noce na grząskim polu namiotowym. Później dowiedzieliśmy się, że w ostatnim dniu imprezy przerwano koncerty z powodu nawałnicy, a będące jej główną gwiazdą Faith No More (które notabene dwa dni wcześniej zagrało w Poznaniu) w ogóle nie wystąpiło, gdyż zamókł mu sprzęt.

Nocleg był zaklepany mejlowo, ale pewne obawy się tliły, bo żadna z rezerwowanych przez nas noclegowni nie prosiła o zaliczki. Gdzieś z tyłu mojej głowy kołatała się myśl, że po dotarciu na miejsce dowiemy się, iż nasza rezerwacja zniknęła, a w schronisku nie ma wolnych miejsc. Na szczęście było odwrotnie – wojskowa noclegownia przy ulicy Tepleho świeciła pustkami, a stojące przy wejściu na pogaduszkach panie już z daleka pytały, czy my to my. Żebyście jednak nie sądzili, że wszystko poszło jak z płatka, warto wspomnieć o specyficznym sposobie numeracji domów w Czechach, niemającym kompletnie nic wspólnego z ich kolejnością na ulicy. Są to na ogół numery dość kosmiczne, idące w tysiące. Na niektórych ulicach zdarzało nam się widzieć numerację podwójną, przy czym ta druga była w miarę normalna. Niestety na ul. Tepleho takiego luksusu nie uświadczyliśmy. Szczęście, że na stronie internetowej było zdjęcie schroniska, a ja zapisałam sobie na kartce: „czteropiętrowy biały budynek”. To nieco zawęziło obszar poszukiwań. Gorzej, że na boku budynku widniał numer 1899, podczas gdy my szukaliśmy 2796.

Tak czy owak – udało się. Otrzymaliśmy pokój ładny, przestronny. Dużo miejsca na graty, w szafie wieszaki. W łączniku łazienka oraz lodówka (!), de facto dla nas, bo drugi pokój stał  pusty. Na piętrze kuchnia ze wszystkim, co potrzebne (może z wyjątkiem odpowiednio dużych kubków). Chińskie zupki poszły w ruch. Potem kąpiel i nawet szalejąca w nocy burza nie zakłóciła nam snu – a przynajmniej nie tak, jak krzykacze w Kłodzku.

Rano wyruszyliśmy na zwiedzanie miasta. P. twierdził, że jest gorąco, ale się mylił – gorąco to dopiero miało być. Pierwszego dnia było po prostu przyjemnie ciepło. Kazałam mu się cieszyć, że mieszkamy przy ulicy Tepleho, a nie Gorkeho („horky” to po czesku gorący). Patron naszej ulicy, Jakub Teply, był rzeźbiarzem, autorem m.in. płaskorzeźby na rynku przedstawiającej Jonasza połykanego przez rybę. Ulica Gorkeho, czyli chyba Maksyma Gorkiego, biegła równolegle. My tymczasem ulicami Palacha/17 listopada/Hradecką dotarliśmy na brzeg Łaby. Zapraszam do Pardubic wszystkich, którzy twierdzą, że Poznań odwrócił się od rzeki: u nas przynajmniej ławki stoją przodem do Warty, a tam jedyna, którą znaleźliśmy, ustawiona była do Łaby tyłem. Stamtąd udaliśmy się na zamek, mijając po drodze miliony kortów tenisowych, na których zapamiętale grali młodsi (czasem bardzo młodzi) i starsi. Rozumiemy już, dlaczego Czesi mają tylu dobrych tenisistów i dlaczego Łukasz Kubot trenuje w tym kraju.

Zamek Pernsztejnów, choć ma tę wadę, że nie jest położony na wzgórzu i nic z niego nie widać, a co więcej, nie widać także jego, póki się nie podejdzie naprawdę blisko – jest urokliwy i może się poszczycić stadkiem uroczych pawi, z czego przynajmniej dwoma białymi. Bezpośrednio z zamku przechodzi się na równie ładną starówkę, której centralnym punktem są Pernštynske Namesti z przepięknym ratuszem i płaskorzeźbami na kamienicach. Drażni jedynie fakt, że na części placu urządzono parking, co zresztą okazuje się w Czechach stałą praktyką. W Hradcu będzie jeszcze gorzej.

Warto za drobną opłatą wspiąć się na położoną obok rynku Zieloną Bramę, by obfotografować z niej miasto. Umożliwia fajny widok i na rynek, i na Łabę, i na kościół św. Bartłomieja oraz Namesti Republiki z „divadlem” (teatrem). Ogólnie pardubicka starówka ujęła mnie swoim urokiem, kameralnością, brakiem większej liczby turystów. Również dzielnica Dukla, w której mieszkaliśmy (i w której znajduje się tor do wyścigów konnych, gdzie rozgrywana jest słynna gonitwa Wielka Pardubicka), wywarła pozytywne wrażenie. Po dwóch dniach czuliśmy się tam niemal jak w domu – a że czasem zdarzyło nam się przeoczyć naszą ulicę i dojść gdzieś w kosmos, to już inna sprawa.

Obok znajduje się dzielnica Na Skřivanku, której nazwa zainspirowała nas do pewnych poszukiwań. Postanowiliśmy mianowicie prześledzić, co ma z nią wspólnego znane i u nas biuro tłumaczeń. Prawda okazała się banalna – Skřivanek, czyli Skowronek, to dość popularne czeskie nazwisko. Nosi je także założyciel biura, który jest prażaninem i prawdopodobnie nic go nie łączy z pardubicką dzielnicą. A dlaczego dzielnica nazywa się „Na Skowronku”, to już jej słodka tajemnica.

W sympatycznej noclegowni (wojskowej dziś chyba tylko z nazwy) spędziliśmy trzy noce, ale drugi dzień naszego pobytu przeznaczony był głównie na wycieczkę do oddalonego o jakieś 30 km Hradca Kralove. Tego dnia panował PRAWDZIWY upał – trudno powiedzieć, ile było stopni, bo w Czechach rzadko wyświetla się temperaturę w miejscach publicznych, ale już po powrocie do Pardubic, gdy zegar wskazywał 19.50 i było przyjemnie chłodno, natknęliśmy się na taki wyświetlacz przy stacji benzynowej. Pokazywał 33 stopnie, więc nawet nie chcę wiedzieć, ile było w południe. To i fakt, że w dworcowym kiosku nie mieli mapy Hradca, w pewien sposób rzutowało na nasze wrażenia z miasta. Staraliśmy się jednak w miarę ogarnąć starówkę i nawet zrobiliśmy trochę zdjęć, choć słońce tak paliło, że właściwie nie widziałam, co fotografuję.

Pierwszą okazją do wyjęcia aparatu z futerału było dotarcie na Masarykovo Namesti. Nazwę tę nosi wiele placów w czeskich miastach – zwłaszcza na wschodzie kraju. Pochodzący z Moraw Tomáš Garrigue Masaryk (dochodzenie wykazało, że „Garrigue” to nie jego drugie imię, lecz dodatkowe nazwisko przyjęte po amerykańskiej żonie) był bowiem pierwszym prezydentem niepodległej Czechosłowacji.

Po krótkim błądzeniu dotarliśmy w końcu na starówkę skupioną wokół dwóch placów – główny to Velke Namesti, a pomniejszy, jak już pewnie się domyślacie, Male Namesti. Na Velkim królują katedra pw. Ducha Świętego i Biała Wieża, na prawo od której znajduje się niezbyt okazały ratusz. Male Namesti to głównie fajne kamieniczki. Warto też zobaczyć stojącą niedaleko tych dwóch placów dawną synagogę. Ponieważ jednak słońce dawało potwornie, udaliśmy się najpierw do jednej z knajpek celem skonsumowania zimnego piwa – najlepiej ciemnego albo radlera, bo za typowym piwem nie przepadamy. Ucieszyliśmy się, widząc w karcie „tmave”, ale niestety – kelner wydawał się zaprogramowany na słowo „bohužel” (dosł. „Bogu żal”, czyli niestety). Najwyraźniej uczestnicy festiwalu rockowego wypili większość piwa w mieście. W tym konkretnym barze ostało się ino jasne. Cóż było robić – przy tej temperaturze człowiek wypije wszystko, byle z lodówki.

Nawodniwszy organizmy, udaliśmy się pospiesznie do restauracji U Kralovny Eliški, aby załapać się na południowe menu. Czeskie knajpy mają miły zwyczaj oferowania w godzinach lunchu potraw (zwykle 2–3 do wyboru) po niewygórowanych cenach. Zazwyczaj „dopoledni menu” obowiązuje w godz. 12­­–14, ale zdarzyło nam się trafić na takie restauracje, w których podawano je do 15.00 albo, bohužel, do 13.00.

Przy królowej Eliszce warto się zatrzymać z dwóch powodów. Po pierwsze, urodziła się w Poznaniu, choć pies z kulawą nogą tu o niej nie słyszał. W menu (!) wyczytaliśmy, że w Polsce występuje pod imieniem Ryksa, lecz szybko się okazało, że nie chodzi o tę najbardziej znaną Ryksę, zwaną też Rychezą. O hradeckiej Eliszce możecie przeczytać tutaj. Tam też dowiecie się o pochodzeniu nazwy Hradec Kralove.

Drugim powodem, dla którego restauracja zapisała się w naszej pamięci, jest to, że właśnie tam udało nam się w końcu zjeść houskovy knedlik – będący, jak się okazało, naszym ostatnim knedlikiem podczas tej wyprawy. Znacznie łatwiej znaleźć pizzerię lub chińczyka, a jak już się trafi do knajpki oferującej miejscową kuchnię, to częściej w postaci bramborów lub bramborovej kašy, czyli po prostu puree ziemniaczanego. Knedlik nie był zresztą w gulaszu, tylko w sosie śmietanowym z dodatkiem kremówki, co nie do końca odpowiadało memu podniebieniu.

Hradec, choć ładny, nie ujął mnie tak jak Pardubice. Przede wszystkim sprawiał wrażenie większego, choć w rzeczywistości oba miasta są niemal równe. Z całą pewnością jednak pewien wpływ na mój odbiór tego grodu miał lejący się z nieba żar, brak mapy (poza niewielką mapką starówki w przewodniku) oraz to, że spędziłam w nim zaledwie kilka godzin. To ostatnie wprawdzie nie musi szkodzić wizerunkowi (jak miało się okazać choćby w przypadku Opawy), ale z pewnością nie pozwoliło na poznanie tych walorów miasta, które nie są widoczne na pierwszy rzut oka i niekoniecznie muszą się znajdować na centralnym placu.

Następnego dnia zabraliśmy graty z noclegowni i udaliśmy się na dworzec, by rozpocząć kolejny etap podróży. Tym razem udawaliśmy się dalej na wschód, przekraczając granicę Moraw. Dwie kolejne noce mieliśmy spędzić w Ołomuńcu. Ale o tym przeczytacie już w następnym odcinku.

One response to “Czechy, etap I – Pardubice, Hradec Kralove

  1. Kiedyś z pardubickiego zamku były widoki, ale drzewa powyrastały w miejscu fosy. Za to zapraszam na Kunětickou hore (niedługo o niej na moim blogu).

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s