Czechy, etap II – Ołomuniec

Ponieważ w Czechach za przejazd pociągiem płaci się tyle samo niezależnie od tego, czy mamy do czynienia z osobowym, ekspresem czy którymkolwiek stadium pośrednim (wyjątkiem SuperCity Pendolino, w którym trzeba wykupić miejscówkę, aczkolwiek nie jest ona przesadnie droga), po prostu „wsiada się do pociągu byle jakiego”, czyli najbliższego, który zdąża w pożądanym przez nas kierunku. My załapaliśmy się akurat na ekspres, co dało nam podwójną korzyść w postaci szybkiej jazdy i klimatyzacji. Półtorej godziny później wysiedliśmy w Ołomuńcu i dalejże szukać naszego „penzionu”. Pierwszym ku temu krokiem był zakup planu miasta. Wiedzieliśmy, że pensjonat mieści się dość daleko od centrum, ba! – mieliśmy nawet spisane numery autobusów, którymi można tam dojechać, oczywiście z uwzględnieniem kierunku i nazwy naszego przystanku. W końcu od czego ma się internet! W odróżnieniu od peregrynacji pardubickich znaleźliśmy pensjonat bez problemu – po prostu opuściwszy autobus, ruszyliśmy we właściwym kierunku i wyszliśmy prosto na ruiny fabryki, słusznie uznając, że mamy przed sobą cukrownię, która użyczyła nazwy naszej ulicy – „U cukrovaru”. Zaraz też dostrzegłam budynek znany mi ze zdjęcia, a jakby tego było mało, oczom moim ukazał się szyld: „Penzion Janza”.

Zadzwoniliśmy dzwoneczkiem i pojawiła się pani, która po spisaniu naszych personaliów dała kluczyk do pokoiku na parterze. Pokoik niczego sobie – warto odnotować, że miał swoją łazienkę oraz że jedyny raz podczas tej wyprawy trafiło nam się łoże małżeńskie, to znaczy dwa złączone łóżka; ponadto, również jedyny raz, mieliśmy wifi oraz telewizor. Nie jestem przesadną fanką oglądania telewizji podczas wakacji, ale za granicą ma to swoje walory, bo można się trochę podszkolić z języka i wiedzy o kraju. Na topie była akurat historia małej Michalki, której porywaczy oraz jej samej policja szukała m.in. w Polsce. Już po powrocie do kraju dowiedzieliśmy się, że dziecko odnaleziono w Niemczech i to nawet żywe. Sporo mówiono też o Wimbledonie i walce Agnieszki Radwańskiej z Sereną „Williamsovą”.

Jak na nasze najdroższe miejsce noclegowe w Czechach (acz nieprzesadnie drogie, bo w przeliczeniu 42 zł od osoby za noc, czyli mniej, niż zapłaciliśmy za nieszczęsny nocleg w Kłodzku), pensjonat miał jednak pewne wady. Po pierwsze, żaden był z niego pensjonat. Większość mieszkańców wyglądała raczej na robotników niż turystów, a jako że trafiliśmy tam akurat w święto, po którym następował weekend, do późnych godzin nocnych popijali piwko i gadali pod oknem. Po drugie, nie mieliśmy dostępu do lodówki, co przy koszmarnym upale oznacza, że wszystko, czego nie skonsumowało się od razu, trzeba wyrzucić. Pani chyba chciała dobrze, umieszczając nas w pokoju oddzielnym, a nie, jak większość, umieszczonym w dwupokojowym segmencie ze wspólną łazienką. Tyle że te segmenty lodówki miały. Na piętrze znajdowała się kuchnia, w której poza czajnikiem na łańcuchu nie było nic. To znaczy nic prócz syfu. Oczywiście mieliśmy swoje kubki i sztućce, więc czajnik oraz gąbka i płyn do mycia naczyń w pełni nas usatysfakcjonowały, zwłaszcza w porównaniu z tym, co mieliśmy zastać w Ostrawie.

Ale dość utyskiwania na pensjonat. Po krótkim odpoczynku udaliśmy się do centrum. W Ołomuńcu biletomaty znajdują się na większości przystanków MHD (czyli ichniego MPK); niestety nasze schronisko mieściło się w dzielnicy Holice, która do 1974 roku była wsią, co przejawia się m.in. w nazwie głównego placu „Navés Svobody”. „Navés” to to samo, co „Namesti”, tylko na wsi😉. Jizdenky musieliśmy więc nabyć u kierowcy (bo jakoś wcześniej nie przyszło nam do głowy, żeby się zaopatrzyć w większą ich liczbę), tym samym przepłacając. No ale jedziemy. Dojeżdżamy do dworca i stamtąd pieszo ku starówce. Gorąco i daleko. Święto, większość sklepów zamknięta na głucho. W końcu znajdujemy okienko z napojami, ale nie mają dużych radlerów w plastikach, więc poprzestajemy na dwóch puszkach. Obejrzawszy m.in. katedrę św. Wacława, kościół Matki Boskiej Śnieżnej, kaplicę błogosławionego Jana Sarkandera i kościoły św. Michała oraz Maurycego docieramy do rynku głównego, zwanego Velke Namesti. W odróżnieniu od wcześniejszych miast, na rynku nie ma samochodów, za to szpecą go toporne czerwone ławki á la komuna. Na szczęście nie są w stanie mocno zaszkodzić, bo urodę Velkich Namesti widać gołym okiem. Mimo odmiennego ratusza mają wiele punktów wspólnych z poznańskim Starym Rynkiem: po pierwsze, ratusz przy całej swej odmienności jest równie urokliwy, po drugie, w samo południe wyskakują z niego „pamperki” (u nas koziołki, a u nich kogut, faceci wybijający młotkiem godzinę, a potem postacie chodzące w kółko w dwóch okienkach poniżej), po trzecie, ma kilka fontann. Podobieństwo Ołomuńca do Poznania widoczne jest także poza rynkiem – dużo kloszardów, rozkopy, nad wejściem na dworzec „gapa” przypominająca tę na naszym Zachodnim. W odróżnieniu jednak od Ołomuńca Poznań nie może się poszczycić monumentalną kolumną Trójcy Świętej, wpisaną na listę zabytków UNESCO.

Male Namesti możemy jedynie odhaczyć w notatniku, bo zobaczyć nic się na nich nie da. Ba, nie da się nawet wejść, gdyż całe są rozkopane i pogrodzone. Wpadamy na obiad do pobliskiej restauracji „U andela”, po czym kupujemy pojedyncze bilety na dziś (mają tę zaletę, że są „przesiadkowe” i ważne przez 60 minut, acz tylko w dni wolne, bo w powszednie 40) oraz całodobowe na jutro i wsiadamy w tramwaj, który dowozi nas do dworca. Tam szybciutko odwiedzamy sklep, w którym zaopatrujemy się w radlery, po czym autobusem wracamy do „penzionu”. Przed nami jeszcze cały kolejny dzień pobytu w Ołomuńcu, więc nie ma sensu się forsować.

Wieczorem kręcimy się trochę po Holicach, trafiając – o dziwo – na czynny sklep. W tym sklepie małe „zonk”, bo nie potrafimy pani wytłumaczyć, że chcemy wodę gazowaną. „CO2” nie działa. Próbujemy z chorwacka: „gazirana”. Też bez skutku. Okazuje się, że po czesku gazowana to „perliva” albo „sycena”…

Sobota. Po nocnej burzy upał zelżał do jakichś trzydziestu stopni. Zaopatrzeni w dobowe bilety, jedziemy z przesiadką niemal na sam rynek, by obejrzeć ruchome figurki na zegarze. Przy zegarze cotygodniowy jarmark z serami i gadżetami dla turystów. Nabywamy tradycyjny serek z pobliskiej wioski Brničko. Słynne twarożki ołomunieckie można kupić z automatu w centrum informacyjnym, ale jakoś nie mamy poczucia, że taki serek z automatu rzuci nas na kolana. Kupuję natomiast bilet na wieżę, by stamtąd obfotografować starówkę. Wreszcie porządne zakupy – polska kawa, parę chińskich zupek, chleb, mleko, „pomazanka”, czyli pasta do smarowania chleba. Następnie spacerujemy wzdłuż murów miejskich, by ostatecznie, nie mając pomysłu ni sił na dalsze zwiedzanie, skorzystać z faktu posiadania 24-godzinnych biletów i wsiąść do tramwaju jadącego w kierunku przeciwnym do naszej kwatery, by z jego okien pokontemplować miasto. Holice to południowy wschód, a my jedziemy na zachód, do pętli „Krematorium”. Po dojechaniu zwiedzamy przyjemny cmentarzyk z kilkoma kaplicami i synagogą. Tytułowe krematorium jest bardzo nowoczesne i w niczym nie przypomina orientalnej budowli z Pardubic.

Dzień kończymy wieczornym spacerem po Holicach, po czym udajemy się na spoczynek, by następnego ranka wyruszyć w kolejną podróż. Tym razem do Ostrawy, gdzie zarezerwowaliśmy trzy noclegi w miejscu, którego opis i wizerunek w internecie wydaje nam sie cokolwiek podejrzany.

3 responses to “Czechy, etap II – Ołomuniec

  1. Malgorzata Fabiszak

    Ciekawe, czy to krematorium „grało” w filmie „Spalovac mrtvol”?
    http://film.interia.pl/news/nadgorliwy-praski-kremator,1685932

  2. Noclegi, dosłownie – nieszczęsne w Kłodzku – miałam okazję się przekonać na dniach, gdzie w całym mieście mieli miejsce w hotelu za 110 zł. To było najtańsze rozwiązanie…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s