Czechy, etap III – Ostrawa i Opawa

P. chciał się przejechać superszybkim pendolino, więc wykupiliśmy miejscówki i po godzinie jazdy byliśmy już w Ostrawie. Wrażenia z pociągu niczego sobie – wygodne siedzenia, klima (ale to ostatnie mają prawie wszystkie czeskie pociągi, nawet podmiejskie), gazetka i pół litra wody gazowanej lub niegazowanej na łebka wliczone w cenę. Niestety za późno się zorientowaliśmy, że ta woda była bez dopłaty😉. Ale gazetkę wzięliśmy.

Ostrawa przywitała nas upałem i rozkopami, a dalej było jeszcze lepiej. Nasze podejrzane lokum miało się znajdować w strategicznie położonym niedaleko dworca i centrum miejscu. Sprawdziło się  głównie to, że niedaleko dworca. Wejście w równoległą do torów uliczkę Cihelni potwierdziło jej osobliwy charakter. Po pierwsze uliczka była zrujnowana i wymarła, jeśli nie liczyć dwóch czteropiętrowych bloków (z czego jeden nosił zaszczytne miano „ubytovna”) zamieszkałych przez Romów. Po drugie, romskie dzieci mogły spokojnie grać w piłkę na ulicy, gdyż łączący ją z resztą świata most był w remoncie. Naszą noclegownię znaleźliśmy na samym końcu ulicy. Był to blok bodaj trzykondygnacyjny, dwuklatkowy, w takim samym stanie jak pozostałe. Strzegły go dwa ładne, lecz groźne (sądząc z ochrypłego szczekania) pieski, na szczęście zamknięte w zagrodzie. Na recepcji kartka, żeby dzwonić pod numer telefonu, ale wypróbowujemy najpierw dzwonek i po dłuższym czasie pojawia się pan, który kasuje od nas za noclegi oraz pobiera 200 koron kaucji za klucz. Pokój znajduje się w trzypokojowym segmencie ze wspólną łazienką i kibelkiem, który się nie zamyka. Odrobinę papieru toaletowego wetknięto za rurę, bo lepszego miejsca do umieszczenia go próżno tam szukać. Spłuczka i zbiornik poklejone taśmami. O czymś takim jak kuchnia raczej tu nie słyszano. W szafie za to wisi aż jeden wieszak. Ogólne wrażenie zatem średnie, bo choć pokój wygląda w miarę dobrze, a w łazience jest ciepła woda i haczyki na ręcznik/ciuchy, to jednak odnosimy wrażenie, że jest tu jakoś „ble”. Z czasem nasze odczucia staną się nieco bardziej pozytywne, bo po pierwsze – sąsiednie pokoje okażą się i pozostaną puste, po drugie zaś rankiem pojawi się pani sprzątaczka, która oporządzi łazienkę i korytarz oraz wyrzuci śmieci. Karalucha na szczęście spotkamy dopiero w dniu wyjazdu.

Most w remoncie, więc droga do centrum znacząco się wydłuża. Obserwujemy wprawdzie takich, którzy wdrapują się na nasyp i przebiegają przez jezdnię (jedna nitka wciąż działa, druga jest w trakcie asfaltowania), ale jako turyści wolimy zrobić grzeczny obchód. Nie mając jeszcze dostatecznego rozeznania w nazwach ulic i odległościach, pierwszego dnia przemierzamy mnóstwo kilometrów pieszo. Główny plac Ostrawy – Masarykovo Namesti – nie poraża. Jest za duży, a stojący przy nim dawny ratusz, obecnie mieszczący muzeum, zbyt filigranowy, choć nie można powiedzieć, że brzydki. Przyjemniejsze wrażenia czekają za mostem przez Odrę, w tzw. Ostrawie Śląskiej: obok innego, trochę większego dawnego ratusza (w Ostrawie jest ich kilka, gdyż miasto powstało z połączenia garstki mniejszych miast) znajdujemy drogowskaz do Zamku Śląskoostrawskiego, który okazuje się skromny, ale sympatyczny, a na dodatek założony przez Piastów. Zwiedzamy ekspozycję i odpoczywamy przy ratlerkach™ (to nasza pieszczotliwa nazwa dla doskonale gaszących pragnienie piw typu Radler) przed dłuuugą drogą powrotną na ulicę Cihelni. Po drodze jeszcze zakupy w Alberciku (wiemy, że gdzieś w pobliżu jest Penny Market, bo widzieliśmy ludzi z siatkami, ale wyczaimy go dopiero następnego dnia) i obładowani gnamy do domu, by zdążyć przed deszczem, który tylko lekko nas głaszcze.

„Dom” już zaczęliśmy oswajać. Grzałka i kubki wyjęte, psy polubione, budynek niemal pusty (nie licząc grupy Polaków, którzy przyjechali trzema samochodami, ale nocują w sąsiedniej klatce), więc czujemy się jak gospodarze. A, no i mamy papier toaletowy zakupiony w Albercie, choć nadal nie znajdujemy w ubikacji miejsca, na którym można by go umieścić, więc każdorazowo udajemy się tam z zapasem w kieszeni.

Rano Polacy z trzech samochodów  opuszczają dom, ze śmiechem i hukiem wyrzucając do kubła worki ze śmieciami. Dopiero później przeczytam w regulaminie, że „przed opuszczeniem noclegowni należy posprzątać pokój i wyrzucić śmieci”. My zaś udajemy się via browar Ostrovar do Witkowic (Vitkovic), reklamowanych jako dzielnica XIX-wiecznych przemysłowców. P. wziął z informacji turystycznej ulotkę opisującą i pokazującą na mapie godne zwiedzenia miejsca.

Zaraz po przejściu ul. Tomkovą pod wiaduktem znajdujemy się przy Hornopolni, gdzie w pawilonach przypominających nasze osiedlowe widzimy bar, a przy nim potykacz głoszący, że dziś na „dopoledni menu” jest houskovy knedlik z gulaszem za jedyne sześćdziesiąt dziewięć koron (11 zł.) – czyli to, co uważam za kwintesencję czeskiego jadła, a czego najwyraźniej sami Czesi nie doceniają. Niestety pora jest wczesna, więc tylko wzdychamy i idziemy dalej. Po drodze udaje nam się kupić bilety 24-godzinne w biletomacie, co wcale nie jest takie łatwe, bo moneta musi być włożona konkretną stroną, a nie byle jak. Później się okaże, że w czasie wakacji oraz w weekendy z jednego takiego biletu może korzystać cała rodzina – do dwóch osób dorosłych i trojga dzieci – ale na biletomacie takiej informacji nie ma, więc przepłacamy. W browarze mówią, że na zwiedzanie trzeba się, bohužel, zapisać z miesięcznym wyprzedzeniem. Znowu wzdychamy. Z mapy wynika, że do Witkowic dojedziemy, wsiadając w autobus i obok dworca autobusowego przesiadając się na tramwaj – a to się dobrze składa, bo i tak musimy obadać, jak dotrzeć do dworca, a co trudniejsze – jak dotrzeć z niego do Rožnova pod Radhoštem, który będzie naszym następnym i ostatnim celem podróży.

Wszystkiego się dowiadujemy, po czym z Namesti Republiky jedziemy tramwajem na stare Witkowice, mijając po drodze przystanek „Wysokie Piece” z ogromnym kompleksem hutniczym, który tak mi się podoba, że w drodze powrotnej wysiądziemy tam, by porobić zdjęcia. Następny przystanek to już mieszkalna część Witkowic. Spacerujemy z mapką obiektów, odhaczając Český dům, dawną szkołę dla dziewcząt, a drugą dla chłopców, przede wszystkim zaś podziwiając witkowicki ratusz, który stanie się moim ulubionym ratuszem Ostrawy, oraz dom przemysłowców Rotschildów. Na Mirovym Namesti zjadamy smaczny obiad i wypijamy równie smaczną kawę w restauracji Veronika – przy czym podkreślić należy, że był to jedyny przypadek, kiedy zupę z „dopoledniego menu” podano nam nie w maleńkich miseczkach, lecz w porządnej wazie z dużą jej ilością. Zupa z nazwy ziemniaczana, ale w smaku kwaskowa jak żurek. W każdym razie smaczna. Przy okazji dowiaduję się, że hermelin to ser, w dodatku bardzo dobry. Coś jak camembert, a może to nawet jest camembert, tylko z inną nazwą. Zjadam taki zapiekany hermelin z bramborami i sałatką i jest mi dobrze. Mirovo Namesti w Witkowicach mogę więc z czystym sumieniem polecić – nie dość, że można na nim podziwiać śliczny ratusz i sympatyczny kościół św. Pawła, to jeszcze i najeść się do syta.

Następnie wracamy do centrum i odwiedzamy nowoczesny, kompletnie odjechany ratusz, ponoć najwyższy w Czechach. Wjeżdżamy na wieżę, by podziwiać widoki i zrobić kilka fotek, po czym udajemy się do dzielnicy Pietrzkowice (Petřkovice), by odwiedzić muzeum górnictwa. Spóźniamy się na ostatnie wejście – które, jak się okazuje, jest o 16.00, lecz trzeba kupić bilet dziesięć minut wcześniej – właśnie o te dziesięć minut, co boli tym bardziej, że mniej więcej tyle straciliśmy na błądzenie przy przesiadce. Na szczęście obok jest ścieżka edukacyjna na wzgórzu Landek, więc robimy sobie mniej więcej godzinny spacer z zaliczeniem wieży widokowej i wyprawa nie idzie na marne. Landek ma 280 m. wysokości n.p.m., czyli tylko o 4 m. mniej niż najwyższe wzgórze Wielkopolski – Kobyla Góra. A przecież leży w obrębie dużego miasta.

W drodze powrotnej zakupy w odnalezionym już Penny Markecie. Niestety nie ma moich ulubionych jogurtów borůvkovych, więc muszę się zadowolić innymi smakami, np. lískooříškovym.

Choć tego dnia sporo przemieszczaliśmy się tramwajami, autobusami, a nawet trolejbusem, także wiele kilometrów pokonaliśmy pieszo. Plan na następny dzień – ostatni w Ostrawie – również jest napięty. Ponieważ o 11.45 kończy nam się ważność dobowych biletów, planujemy rano jechać do dzielnicy Poruba, by rzucić okiem na przykłady użytkowego budownictwa socrealistycznego, w szczególności zaś na zajmujący całą uliczkę Dom-Łuk. Stamtąd via stacja Ostrava Svinov, bo bliżej, pragniemy się udać do pobliskiej Opawy, leżącej już niemal na polskiej granicy i znanej mi choćby z produkcji ciastek Disko.

Plan wypala – już około 10.30 jesteśmy w Porubie i fotografujemy (a także filmujemy, bo tylko dzięki temu możemy ukazać jego całokształt) Dom-Łuk. Wycieczka po dzielnicy króciutka, ale budynki i zdobienia na nich całkiem przypadają nam do gustu. Może i socjalistyczne, lecz zarazem ciekawe i nie na jedno kopyto.

Po przybyciu na dworzec Svinov, oszklony i wyglądający trochę jak miniatura Dworca Głównego w Berlinie, rzucamy okiem na tablicę i widząc, że pociąg do Opawy odjeżdża za osiem minut, pospiesznie kupujemy bilety, lecimy na peron i wsiadamy w „City Elefanta”. Opawa to niewielkie, liczące ok. 60 tys. mieszkańców miasto, którego najciekawszą część stanowi starówka złożona (podobnie jak w wielu czeskich miastach) z dwóch rynków – Górnego i Dolnego. Na Dolnym stoi ładny biały ratusz, a w pobliżu kościół Wniebowzięcia NMP i Teatr Śląski. Z kolei najciekawszym punktem Dolnego Namesti jest kościół św. Wojciecha. Spoza rynków warto obejrzeć (bo do środka nie weszliśmy) muzeum – nie wiem jakie, ale znając życie, to pewnie Muzeum Śląskie, bo w Opawie ten przymiotnik charakteryzuje prawie wszystko.

No jasne, gapa ze mnie – przecież nad wejściem stoi jak byk: „Slezské zemské muzeum”.

Obiad zjadamy w restauracji na Rybim Trhu w sąsiedztwie cerkwi. Oglądamy jeszcze z zewnątrz stadionik hokejowy, który wygląda jak poznańska Bogdanka przed remontem, po czym, uznając, że „to by było na tyle”, wracamy na dworzec i do Ostrawy. Tym razem wysiadamy na głównym i kierujemy swe kroki na Namesti Svatopluka Čecha, by zajrzeć do kościoła Niepokalanego Poczęcia NMP. Przy okazji odkrywamy ładny budynek, który okazuje się siedzibą archiwum miejskiego.

Można by sądzić, że po tak napakowanym atrakcjami dniu będziemy do następnego ranka leżeć do góry brzuchem, ale nie – po zakupach istotnie odpoczywamy w pokoju godzinkę, może dwie, jedząc, a zwłaszcza pijąc, ale także planując ostatni wieczorny spacer po Ostrawie. Następnego ranka wyjeżdżamy wszak w Beskid Śląsko-Morawski, więc trzeba wycisnąć z miasta ostatnie soki, bo kto wie, czy i kiedy znów tu będziemy. Wieczorna wycieczka okazuje się jednak średnio udana, bo nie udaje nam się znaleźć tablicy pamiątkowej poświęconej wymordowanym Żydom w Sadzie (czyli Parku) Milady Horakovej (znajdziemy ją potem w internecie), a domniemana filharmonia im. Janačka okazuje się domem kultury. Dopiero w Poznaniu wyczytam, że istotnie filharmonicy koncertują w tym domu. W nocy pieski długo nie dają spać. Ktoś się kręci wokół budynku i nawet jestem trochę przestraszona, ale to chyba jacyś goście mieszkający w sąsiednim wejściu.

Rankiem, acz niezbyt wczesnym, pakujemy się, sprzątamy, jako grzeczni turyści wyrzucamy śmieci, odbieramy kaucję za klucz (pan nawet jest w domu – niespodzianka, bo myśleliśmy, że przyjdzie nam wrzucić je do skrzynki z napisem „kliče”, a nasze 200 koron diabli wezmą), żegnamy pieski i z całym dobytkiem wleczemy się na przystanek przy ul. Hornopolni, a stamtąd na dworzec UAN. Na autobus nie musimy długo czekać, a co najważniejsze – Rožnov jest jego ostatnim przystankiem, dzięki czemu nie musimy wciąż neurotycznie czuwać, by wysiąść we właściwym miejscu.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s