Czechy, etap IV – Beskid Śląsko-Morawski

Miła właścicielka penzionu jechała akurat po dziecko do przedszkola, więc przy okazji odebrała nas z dworca, dzięki czemu nie musieliśmy się wlec na drugi koniec ulicy ciągnącej się przez cały Rożnów. Ulica nazywa się Nabřeži Dukelskich Hrdinu, a ponieważ podobną nazwę nosi wiele innych ulic i placów w Czechach, zadaliśmy sobie trud sprawdzenia, o co biega. Hrdina to po czesku bohater, a „bohater Dukli” to uczestnik (i najczęściej ofiara) strasznej jatki zwanej bitwą o przełęcz dukielską . Choć miasto Dukla leży w Polsce, a przełęcz na granicy Polski i Słowacji, bitwa ta jest u nas mało znana, bo nie brało w niej udziału polskie wojsko. Swego czasu nawet odwiedziłam Duklę przy okazji bytności na obozie w nieodległym Bieczu; ponieważ jednak nasza gromadka została tam zaciągnięta przez osobę będącą historykiem sztuki, zwiedzaliśmy głównie barokowe, a może rokokowe kościółki.

W piętrowym domku pani zakwaterowała nas na górze. Były tam trzy pokoje ze wspólną łazienką i kuchenką, ale ponieważ przez całą tę wyprawę mieliśmy szczęśliwą wyłączność na łazienki, tak było i tym razem. Wprawdzie kilka godzin później pani przysłałam nam esemesa, że kogoś zakwaterowała w sąsiednim pokoju, ale okazało się, że tamci zrezygnowali, bo za mało prywatności – dzięki czemu prywatność zapewnili nam😉. W porównaniu z warunkami z Ostrawy mieliśmy tam niebo – czajnik elektryczny, naczynia, lodówka, a nawet stolik, przy którym można było spożywać. W pokoju wykładzina, można siedzieć na podłodze; w szafie mnóstwo wieszaków. I łóżka złączone.

Pierwszego dnia oczywiście nie wybieramy się w góry, bo a) jest za późno, b) dają nam się we znaki zmęczenie wędrowaniem i niedospana noc. Zachwyceni tym, że wreszcie mamy ludzkie warunki i góry za oknem (przy czym to ostatnie zachwyca głównie mnie), długo celebrujemy odpoczynek, picie kawy i tym podobne przyjemności. W końcu jednak udajemy się do miasta w poszukiwaniu knajpy obiadowej, a po posiłku po raz pierwszy (acz – jak się ma okazać – nie ostatni) odwiedzamy największy skansen w Czechach – Muzeum Wsi Wołoskiej. Okazuje się, że skansen składa się z trzech części, do których kupuje się osobne bilety (tradycyjnie przegapiamy fakt, że można też kupić jeden bilet na wszystko). Decydujemy się na największą i – jak nam się słusznie zdaje – najatrakcyjniejszą część, jaką jest Wioska Wołoska (pozostałe to Drewniane Miasteczko i Młyńska Dolina). Faktycznie wioska jest fajna, ma dużo zwierząt gospodarskich, a w niektórych domach dyżurują przebrani w odzież „z epoki” pracownicy. Co jakiś czas spada rzęsisty deszcz, przed którym ukrywamy się w wołoskich domkach. W końcu jednak się wypogadza, więc po zwiedzaniu udajemy się na urokliwy (jak prawie wszystkie w Czechach) rynek, by rzucić nań okiem oraz dokonać zakupów. Po drodze mija nas turystyczna kolejka na kółkach – „Vlaček Rožnovaček”, na którą natkniemy się jeszcze parokrotnie.

Następny dzień to wyprawa na Radhošt/Radhoszcz (1129), górę słynącą z posągu boga Radhoszcza (Radegasta), do którego ponoć ciągną pielgrzymki z całych Czech. Dziwimy się, gdzie te pielgrzymki, bo do połowy trasy nie spotykamy nikogo. Wkrótce sprawa się wyjaśnia. Czesi nie są tak głupi, by chodzić po górach. Podchodzą do posągu z przełęczy Pustevny, a co ambitniejsi z przełęczy Pindula. My jednak robimy pełną trasę i jesteśmy bardzo zadowoleni, gdy docieramy do wieży telewizyjnej, obok której stoi drewniana kapliczka Cyryla i Metodego, a nieco dalej „pomnik” świętych. Po krótkim przejściu granią trafiamy do schroniska, gdzie dokonujemy ciekawego odkrycia – otóż w menu nie figurują brambory, tylko zemňaky. Podpytuję pana – wygląda na to, że zemňak to coś w rodzaju naszej pyry, czyli potoczna nazwa funkcjonująca w tych regionach. Później w internecie spotykam się także z nazwą zemaky.

W końcu docieramy do posągu Radhoszcza. Duży jest. W ulotce wyczytaliśmy, że trzeba mu coś zrobić, żeby spełniło się nasze życzenie, lecz nie rozumiemy co. Dopiero po powrocie z pomocą słownika wydedukujemy, że należało dotknąć klamry u jego pasa. Jak zauważycie na zdjęciu, klamra znajduje się dość wysoko, więc może to i lepiej, że się nie wspinałam.

Schodzimy na przełęcz Pustevny (w polskich opracowaniach figurującą jako Pustewne). Bajeczne miejsce. Kiedyś podobno mieszkali tu pustelnicy, tylko jakoś nie udało mi się wyczytać, czy jeden po drugim, czy kilku jednocześnie (no co się śmiejecie – po cholerę jednemu pustelnikowi tyle domków?). Aha, domki są z XIX w., a pustelnicy byli wcześniej. Pewnie zapisywali się w kolejkę, żeby zastąpić aktualnego, kiedy ten zemrze, bo miejsce jest naprawdę ładne. Handel w domkach i wokół nich kwitnie jak pod Gubałówką. Można kupić różne medoviny i słynny valašsky penicilin.

Autobusem wracamy do centrum Rożnowa, robimy zakupy i dopiero udajemy się na kwaterę, zauważając po drodze drogowskaz do miejscowego browaru i postanawiając następnego dnia się tam udać. Cały dzień zresztą zamierzamy poświęcić na eksplorację okolic Rożnowa, bo na wycieczkę górską nie mamy już sił. Oczywiście nie chodzi o to, że jakoś szczególnie zmęczyła nas wspinaczka na Radhoszcz. Po prostu jesteśmy w drodze już niemal dwa tygodnie i każdego dnia pokonywaliśmy, częstokroć w upale, spore odległości. Mimo że będzie to ostatni dzień naszej wyprawy i nie wiadomo, czy jeszcze kiedyś zawitamy w te strony, nie jesteśmy w stanie wspiąć się na żadną z okolicznych gór – Smrk, Lysą Horę czy Tanečnicę.

Postanowienie nasze okazuje się trafne, gdyż poranek wita nas deszczem. Pogoda ostatniego dnia będzie zmienna – raz kropi, raz pada, a raz leje. No dobrze, czasem przestaje, ale na dłużej dopiero wieczorem. Uzbrojeni w peleryny udajemy się zatem do muzeum, by obejrzeć kolejny jego fragment – Drewniane Miasteczko. Ta część jest mniejsza i mniej zajmująca od poprzedniej, ale warto do niej zajrzeć choćby po to, by obejrzeć przeniesiony żywcem z miasteczka Vĕtřkovice drewniany kościółek i otaczające go groby, a także maleńki ratusz z pocztą i sklepikiem.

Następnie chcemy skosztować piwa z Rożnowskiego Piwowaru, ale przybrowarną knajpkę otwierają dopiero o trzynastej, a pani w „velkoobchodzie”, czyli hurtowni, jest rozrywana. Idziemy więc na ścieżkę edukacyjną przy Hradisku, które jest kawałeczkiem muru pozostałym ze średniowiecznego zamku. Ścieżka byłaby super, zwłaszcza że akurat na chwilę przestało padać, gdybyśmy się nie zgubili po dwóch tablicach. Lasek niczego sobie, z niepłochliwymi dzięciołami i jeszcze bardziej niepłochliwymi szerszeniami gnieżdżącymi się w dziupli drzewa, za które udałam się za potrzebą. Moja dotychczasowa znajomość tych owadów polegała na tym, że ktoś wrzeszczy „szerszenie!”, a wszyscy uciekają, zamykają okna i/lub walą na oślep gazetą. Pierwszy raz miałam okazję przyjrzeć im się z bliska – przyznaję zresztą, że nie byłam pewna, iż to szerszenie, póki nie porównałam ich ze zdjęciami w atlasie – i jestem oczarowana ich urodą, a zwłaszcza zgrabnymi żółtymi dupkami. Serio. Strasznie żałuję, że zamiast zrobić zdjęcia, udałam się za następne drzewo.

Zgubiwszy się, podjęliśmy złą, jak się później okazało, decyzję o powrocie. Niezależnie bowiem od tego, czy byliśmy na właściwej ścieżce, prawdopodobnie i tak doszlibyśmy do grodziska albo ewentualnie obeszlibyśmy lasek inną drogą i zobaczyli chociaż skocznie narciarskie. Znów jednak zaczęło padać, więc udaliśmy się na obiad, a następnie do otwartej już browarnej knajpy, gdzie P. napił się piwa Čert, a ja miodowego. Obojgu nam smakowało. P. chciał nawet kupić półtora litra w plastiku i zabrać do domu, ale zrezygnował, mając na uwadze pięć (a jak się miało okazać, nawet sześć) czekających nas przesiadek.

Po sesji zakupowej udajemy się na ostatni spacer. Chcemy wejść na wieżę widokową na pobliskim wzgórzu, ale ktoś postawił płot na szlaku. Życie spraw niedokończonych… Kończy się kawką na rynku, kupieniem biletu na podróż do polskiej granicy i powrotem do pensjonatu, gdzie celebrujemy ostatnie chwile spokoju przed długą drogą do domu.

Wstajemy o siódmej i wleczemy się na dworzec, gdzie odjeżdża osobówka do Valašskiego Meziřiči, czyli Międzyrzecza Wołoskiego (nazwanego tak z racji faktu, iż spotykają się tam dwie odnogi rzeki Bečvy). Tam przesiadamy się na ekspres jadący do Pragi, z którego wysiadamy w Českiej Třebovej. To jedyne miejsce, gdzie mamy dłuższy, niemal godzinny postój, więc za ostatnie korony kupujemy kawę i kanapki, które – jak się okazuje – uratują nas przed głodowaniem do wieczora. Następnie hardcorowa trzyminutowa przesiadka w Usti nad Orlici, gdzie pociąg omal nam nie ucieka, bo dopiero po chwili orientujemy się, że za budynkiem dworca są kolejne tory. Tam wsiadamy już w pociąg do Polski, ale za granicą trzeba złapać polskiego konduktora i kupić bilet. Kupujemy od razu do Poznania, choć czekają nas jeszcze dwie przesiadki. Krótko po kupnie biletu zaczynają się schody – pociąg staje, konduktor lata po przedziałach i ostrzega, by pod żadnym pozorem nie otwierać okien. Okazuje się, że drzewo spadło na trakcję. Po czterdziestominutowym postoju komunikuje nam dwie wiadomości, dobrą i złą. Dobra to ta, że można już otwierać okna. Zła – że pociąg zostanie wycofany do stacji Bystrzyca Kłodzka Przedmieście i stamtąd do Kłodzka zabierze nas autobus. Następuje dłuuugie cofanie na wstecznym, a potem ładowanie do jednego autobusu ludzi i bagaży (w tym czterech rowerów) z całego pociągu. Następnie ruszamy, by po jakimś czasie wygramolić się na stacji Kłodzko Główne, dokąd wkrótce przyjeżdża… pociąg z Międzylesia. W międzyczasie bowiem drzewo usunięto. Niestety jesteśmy spóźnieni o jakieś półtorej godziny i perspektywa obiadu we Wrocku mocno się oddaliła. Ba, oddala się nawet perspektywa zdążenia na następny pociąg, ale nasz regio chyżo pomyka i ostatecznie przyjeżdżamy na stację z ośmiominutowym zapasem. Szybciutka przesiadka i siedzimy już w regio do Poznania, tak zadowoleni, jak tylko może być człowiek bardzo zmęczony.

Cóż – potwierdza się moja dewiza, że podróże trwają tak długo dlatego, żeby człowiek zamiast żałować, że wakacje się skończyły, cieszył się, iż może się wykąpać i odpocząć we własnym łóżku. Tak też było po naszej wyprawie, której jednak nie uważamy za zakończoną, gdyż planujemy znów udać się do Czech, by zwiedzić kolejne miejsca, a może i zajrzeć do tych już znajomych. Ale to najwcześniej w przyszłym roku. Na razie zakupiłam samouczek czeskiego i uczę się wytrwale.

One response to “Czechy, etap IV – Beskid Śląsko-Morawski

  1. Identyczny Radhost stoi w praskim zoo.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s