Stare dzieje 7 – kolonie i obozy (I)

Nim doczekacie się opisu moich lat licealnych (coś w końcu musi zostać na później, prawda?), postanowiłam napisać co nieco o pobytach na koloniach, zimowiskach i obozach. W tamtych czasach na kolonie jeździli prawie wszyscy (przynajmniej wszyscy z dużych miast, bo P. twierdzi, że od nich nie jeździł nikt, natomiast to do nich przyjeżdżała „stonka”, która wykupywała wszystkie lody ze sklepu). Nie była to aż tak droga impreza, bo dopłacało do niej państwo, więc rodzice z rozkoszą pozbywali się dzieci na trzy tygodnie, bo tyle zwykle trwały kolonie, a w zimie na dwa, bo tyle trwało zimowisko i ferie. Na ogół organizowały te imprezy zakłady pracy, w których pracowali nasi rodzice, ewentualnie macierzyste oddziały lub jakieś odgałęzienia tych zakładów. Czasem dzieci z mniejszego zakładu jechały na kolonie organizowane przez większy. Różne tam były konfiguracje, ale faktem jest, że latem wyjeżdżałam niemal co roku, a i zimą kilkakrotnie.

Początkowo trudno mi było się przyzwyczaić do tak długiego przebywania poza domem, a i w późniejszych latach różnie z tymi koloniami bywało – czasem podobało mi się bardziej, czasem mniej. Zwykle są na koloniach jakieś ofiary, które się gnębi. Nie musi to być ofiara całokolonijna – może być (i zwykle bywa) pokojowa lub grupowa. Ja taką ofiarą bywałam, ale bywałam i oprawcą. Co więcej, odnoszę wrażenie, że ktoś, kto już bywał ofiarą, ze szczególną rozkoszą staje po drugiej stronie barykady.

Ale oprócz tych bardziej ekstremalnych aspektów życia w grupie kolonie to wielka lekcja życia w społeczeństwa i dużo frajdy. Ponieważ imprezy odbywały się w różnych miejscach, warunkach i okolicznościach historycznych, postanowiłam wspomnieć o każdej z nich, szerzej opisując te, które bardziej zapadły mi w pamięć.

Puszczykowo. Jakby się bardzo chciało, toby się wróciło do Poznania na piechotę, ale na szczęście człowiek dziewięcioletni nie ma takiej świadomości. Kolonie odbywały się w szkole podstawowej, nie wiem niestety której. Cała grupa spała na metalowych łóżkach na jednej sali, wychowawczyni chyba miała jakiś parawan, za którym mogła odnaleźć odrobinę prywatności. Ogólnie warunki dość przaśne, co w tamtych czasach było normą. Łazienka w podziemiach, korytka z kranami dookoła pomieszczenia, drewniane kratki pod nogami. Może starsze grupy chodziły gdzieś pod prysznic, ale dzieciaki musiały się rozbierać do rosołu grupowo, czego trochę się wstydziłam.

Puszczykowskie kolonie pamiętam jako dość nudne – a to się szło do lasu, a to grało w coś na boisku. Ciekawostką może być to, że nasza wychowawczyni studiowała romanistykę i próbowała nas uczyć francuskich piosenek (np. „Frère Jacques”), które boleśnie kaleczyłyśmy. O, i jeszcze teraz przypomniała mi się fajna scena, jak siedzimy nad Wartą i śpiewamy „Szerokie pole, śpią chaty w dole”. Do dziś tę piosenkę pamiętam (choć możliwe, że zetknęłam się z nią ponownie później) i do dziś wzbudza we mnie tę samą przyjemną tęsknotę co wtedy. W moich wspomnieniach jest ciemno i nad głową rzeczywiście świecą gwiazdy, ale zapewne tak nie było.

Jakoś tak piątego dnia nagle zatęskniłam za domem i zaczęłam ryczeć, co później kilkakrotnie się powtarzało mimo coniedzielnych rodzicielskich wizyt, ale kiedy trzy dni przed końcem kolonii rodzice przyjechali i oznajmili, że zabierają mnie już do domu, wcale nie byłam zadowolona.

Na następne kolonie wysłano mnie do Pobierowa, czyli już znacznie dalej od domu. Zarówno miejsce, jak i sama organizacja były o niebo ciekawsze od poprzednich. Po pierwsze, impreza odbywała się w wielkim ośrodku kolonijnym z długimi pawilonami, w których mieściło się aż piętnaście grup, po jednej w każdej sali. Nasza grupa liczyła około 18–20 osób. Prócz pojedynczych metalowych łóżek było tam jedno piętrowe, ustawione zaraz przy drzwiach. Dziewczyna śpiąca na górze – chyba miała na imię Ania – lubiła czyhać na wchodzących i bić ich po głowie burakiem, czyli ręcznikiem zawiązanym w supeł. Burak obok marchewy, czyli ręcznika zwiniętego w coś na kształt rzeczonego warzywa, stanowił podstawowe narzędzie używane przy kocówach. Kocówa polega na tym, że delikwenta nakrywa się kołdrą lub kocem, żeby nie widział, kto go bije, i wali się burakami i marchewami. Czasem się to robi dlatego, że ma się do niego jakieś pretensje, a czasem ze zwykłej złośliwości.

A skoro już o łóżkach mowa, warto wspomnieć o kontrolach porządku i czystości w salach. Jeden z wychowawców albo tzw. komisja czystości złożona z wychowawców i wybranych kolonistów chodziła rano po salach i sprawdzała, czy łóżka są dobrze zasłane.  Jeśli kołdra leżała nierówno lub miała wybrzuszenia, można się było spodziewać pilota, czyli rozrzucenia pościeli i nakazu ponownego zaścielenia łóżka. Wyjątkowo złośliwych sprawdzających trudno było zadowolić.

Po umyciu się i posłaniu łóżka szło się na apel. Nie pamiętam, czy najpierw trzeba było odśpiewać hymn harcerski, czy też przed nim grupowi musieli zrobić zbiórkę w dwuszeregu i odliczanie, a następnie udać się na środek placu apelowego i wraz z pozostałymi grupowymi złożyć dyrektorce meldunek brzmiący mniej więcej tak: „Przewodnicząca X melduje grupę Y na porannym apelu. Stan grupy N, wszyscy obecni”. Jeśli ktoś był nieobecny, należało podać powód, np. „Trzech nieobecnych z powodu dyżuru w stołówce”. Niezależnie od kolejności, podczas śpiewania hymnu przeżyłam chwilę zdziwienia, kiedy po tradycyjnej zwrotce zaczynającej się od słów „Wszystko co nasze Polsce oddamy” i następującym po niej refrenie grupa starszych chłopaków zaczęła śpiewać: „Socjalistycznej biało-czerwonej myśli i czyny i uczuć żar”. Pani dyrektor była zadowolona i kazała opanować tę zwrotkę wszystkim pozostałym. Cóż zresztą miała zrobić, skoro chłopacy już zaczęli śpiewać.

Tak czy inaczej, był to jedyny przypadek mojego zetknięcia się z ową zwrotką. I nic dziwnego, bo w Wikipedii czytam: „Hymn harcerski jest hymnem Związku Harcerstwa Polskiego od 1918 roku. Oficjalnie hymnem jest jedynie pierwsza zwrotka i refren. W 1977 roku wprowadzono do hymnu dodatkową zwrotkę pióra Jerzego Majki, ale VII Zjazd ZHP w marcu 1981 roku przywrócił dawną postać, wprowadzając do Statutu ZHP zapis, że hymnem ZHP jest jedynie pierwsza zwrotka i refren”.

Choć kolonie w Pobierowie zaczęły się dla mnie fatalnie i już po jednym dniu napisałam do rodziców dramatyczny list, w którym błagałam, by mnie stamtąd zabrali, kiedy po kilku dniach odwiedzili mnie wujostwo z Kołobrzegu, posłani przez rodziców w celu sprawdzenia, co się ze mną dzieje, zastali mnie już całkiem zadowoloną. Z trzema koleżankami stworzyłyśmy paczkę o przezwiskach Ścierka, Belka, Tucznik i Chudnik (zgadnijcie, która to ja😉 ) i bawiłyśmy się nieźle. A było co robić. Przede wszystkim plażowanie i morskie kąpiele. Bywałam już wcześniej nad morzem, ale po raz pierwszy znalazłam się tam bez rodziców, a to zupełnie nowa jakość. Na terenie kolonii grało się w najróżniejsze gry. Były konkursy i oczywiście dużo śpiewania. Pamiętam też ulubiony przysmak Anki, pseudonim Chudnik (tej, co waliła po głowie burakiem): sztuczny miód, który kupowała w plastikowych pudełkach i wyjadała palcem.

Dodać można jeszcze, że w porównaniu z Puszczykowem wychowawczyni miała większy komfort, bo zamiast za parawanem, mieszkała w kantorku z dykty wzniesionym w rogu sali.

Później było chyba zimowisko w Grywałdzie, w czwartej klasie. W tamto miejsce jeździłam zresztą czterokrotnie, dwa razy zimą i dwa razy latem (jeśli dobrze pamiętam, były to zima czwartej i siódmej klasy oraz lato przed siódmą i przed ósmą), więc pobyty dość mocno mi się zlewają i nie zdołam odpisać każdego dokładnie. Ogólne wrażenia na plus. Przede wszystkim po raz pierwszy znalazłam się w górach. Panowała pewna niezgoda co do tego, czy jesteśmy w Gorcach, czy w Pieninach, choć wygrywały w tym dyskursie Pieniny. W Wikipedii czytam: „[Grywałd] znajduje się na stokach Lubania w Gorcach”. Gwoli sprawiedliwości, podczas każdego letniego pobytu wspinaliśmy się na najwyższy szczyt Pienin – Trzy Korony. Dwóch silnych chłopaków niosło wielki kosz z prowiantem, inni dźwigali picie, a reszta szła sobie bez niczego, aż doszła.

Zima w Grywałdzie to zjazdy na sankach i nartosankach, wycieczki nyską, której przejazdy po górskich drogach nad przepaściami przyprawiały mnie o palpitacje serca, a także pierwsza podróż do Zakopanego, zakończona zresztą skandalem, bo najpierw grupa mnie zgubiła przed wejściem do kolejki na Gubałówkę (nie zdołałam się przepchnąć przez tłum), a potem wychowawczyni objechała mnie równo za to, że „się oddaliłam”.

Lato w Grywałdzie to jabłka w sadzie przy willi, w której mieszkaliśmy, koziołkowanie z górki, na której wznosił się ów sad, spływ Dunajcem na tratwach, a także doroczne mecze piłki nożnej z miejscową ludnością, złożoną głównie z Cyganów, których osada znajdowała się bliżej naszej willi niż główna część wsi. „Białych” chłopaków pamiętam tylko dwóch – Kazka i Staszka (któryś z nich był chyba synem właścicieli willi). Wysportowani Cyganie prawie nigdy nie dawali naszym chłopakom szans w tych meczach. Tylko raz, kiedy większość starszych chłopaków była poza wsią, po stronie miejscowych wystąpiły dzieciaki dużo młodsze od naszych i zebrały spore baty, co jednak skończyło się zemstą tych starszych w postaci kilkukrotnego wpuszczenia nam do okien gazu łzawiącego podczas ostatniej kolonijnej dyskoteki, która miała potrwać aż do rana, a skończyła się ewakuacją do łóżek około północy.

Jak na tamte czasy, w Grywałdzie panowały niezłe warunki. Mieszkało się w pokojach po 3­–4 osoby, no i mieliśmy normalną łazienkę – wprawdzie małą i tylko z jednym prysznicem, ale ponieważ liczba kolonistów była stosunkowo niewielka (mieścili się w jednym autokarze), każdy prędzej czy później mógł się dopchać. Zresztą nie trzeba się codziennie myć, prawda? W końcu były wakacje.

W następnym odcinku postaram się opisać obozy w Straduniu koło Trzcianki, które odbywały się w specyficznych warunkach, mianowicie w barakowozach. Miało to nawet swoją nazwę – obóz gwiaździsty. Miejsce było klimatyczne i czasy też (stan wojenny oraz Mundial 1982, na którym Polska zajęła trzecie miejsce). Napiszę też o Enerdówku i Chomiąży Szlacheckiej.

O właśnie, Chomiąża – tam to się działo! Wpadłam w złe towarzystwo i byłam z tego bardzo zadowolona😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s