Clockwork Angels – recenzja płyty

Clockwork Angels mogłaby być ostatnią płytą Rush. Bynajmniej nie dlatego, że jest zła. Przeciwnie – dlatego, że byłaby świetnym zwieńczeniem kariery tego zespołu, który w trakcie trzydziestoośmioletniej aktywności zaprezentował słuchaczom wiele swoich twarzy.

Jak przystało na krążek wydany w okrągłą rocznicę (pod warunkiem odwrócenia strzałki czasu) wydarzeń opowiedzianych na płycie 2112, mamy do czynienia z concept albumem, czyli płytą, na której wszystkie utwory podporządkowane są jednej opowieści. Tak zresztą nie było nawet na 2112, gdzie oprócz tytułowej suity znalazło się kilka oddzielnych kompozycji. Zastanawiam się, czy którąkolwiek z 18 (!) wcześniejszych studyjnych płyt Rush[1] można nazwać concept albumem w pełnym tego słowa znaczeniu. Clockwork Angels nim jest.

Oczywiście istnienie klamry łączącej wszystkie utwory nie stanowi gwarancji jakości. To raczej dodatkowy smaczek. Warstwa muzyczna musi się obronić sama; ponadto słabe teksty czy przesadnie wydumana fabuła mogą sprawić, że owa klamra będzie słuchacza bardziej drażnić niż cieszyć.

Na szczęście Neil Peart dawno już dał się poznać jako jeden z lepszych tekściarzy rocka. Próżno szukać w jego tekstach wyświechtanych fraz, które można znaleźć choćby na pierwszej, nagranej jeszcze bez niego, płycie Rush. Może nie jest takim wirtuozem słowa jak perkusji, ale zawsze ma coś ważnego do powiedzenia.

Tym razem prezentuje nam historię rozgrywającą się w świecie, w którym prawidła kosmosu stały się bogiem, a ludzi zniechęca się do wszelkiej aktywności umysłowej, przekonując, że wszechświat podejmuje decyzje najmądrzejsze z możliwych. Główny bohater, wiedziony młodzieńczą chęcią poznania, udaje się powietrznym parowcem do stolicy kraju, by zobaczyć Plac Kronosa, wznoszącą się na nim Katedrę Zegarmistrzów oraz cztery Anioły – Ziemię, Morze, Niebo i Światło. Szybko się przekonuje, że kosmos nie udzieli mu odpowiedzi na wszystkie pytania i że być może jego świat jest najlepszym z możliwych, lecz niekoniecznie oznacza to szczęście każdej jednostki. Wygnany z miasta, rozpoczyna odyseję, w której będzie musiał przeżyć miłość i upokorzenie, tragedię i odkupienie, by wreszcie na końcu długiej drogi odnaleźć spokój.

Ta historia może dotyczyć każdego z nas, ale niektóre fragmenty budzą wyraźne skojarzenia z życiem samego Neila, a młodzieńczy entuzjazm bohatera, który z czasem przechodzi w sceptycyzm i gorycz, by na koniec ustąpić miejsca akceptacji, jest czymś na kształt ekstraktu z jego dotychczasowych przesłań. Wspomnieć należy, że na opowiadaną historię składają się nie tylko teksty śpiewane przez Geddy’ego, lecz także poprzedzające każdy z nich fragmenty pisane prozą, które można znaleźć w towarzyszącej płycie książeczce. To głównie one stanowią źródło naszej wiedzy o świecie bohatera.

Muzycznie uważam Clockwork Angels za najlepszy album Rush przynajmniej od czasu Test for Echo i sądzę, że historia uzna go za jedno z ważniejszych wydawnictw zespołu. Po zawierającym kilka perełek, ale przyciężkim Vapor Trails i takim sobie Snakes & Arrows wreszcie dostajemy coś, czego da się słuchać praktycznie w całości. Owszem, trafiają się utwory mniej porywające, jak Halo Effect czy Wish Them Well, ale w kontekście reszty można je uznać za przystanki na nabranie oddechu. Bo istotnie są na tej płycie momenty, które ten dech zapierają. Moim zdecydowanym faworytem jest Headlong Flight, choć z każdym kolejnym przesłuchaniem coraz większą estymą darzę tytułowy Clockwork Angels, który, choć bardziej gitarowy, przywodzi mi na myśl Red Barchetta z płyty Moving Pictures. Cieszą uszy również melodyjny BU2B (Brought up to Believe) czy nieco orientalny The Anarchist. Warto zwrócić uwagę na zamykający płytę The Garden, najbardziej udaną od wielu lat próbę stworzenia ballady tak pięknej jak wczesne Tears czy Different Strings. Nie wiem, czy The Garden dorównuje tamtym perełkom – chyba jego największą wadą jest brak łatwo wpadającej w ucho melodii – lecz słucha się go na tyle przyjemnie, że zaraz ma się ochotę zacząć cały album od nowa.

Płyta jest mocna, rockowa, bez fajerwerków w rodzaju solówki na perkusji (jej drobną namiastkę można znaleźć w Headlong Flight) czy utworu instrumentalnego, który pozwoliłby na popis całej trójki. Trochę szkoda, ale widać taka była koncepcja. Natomiast już od kilku płyt zwracam uwagę na to, że Geddy coraz lepiej śpiewa. To niewiarygodne, ale wygląda na to, że temu dobiegającemu sześćdziesiątki wokaliście wciąż zależy na doskonaleniu swoich umiejętności. Fani pamiętają jego charakterystyczny falset z wczesnego okresu twórczości; kiedy jednak próbował śpiewać w niższych rejestrach, efekty były różne. Na ostatnich płytach wydaje się czyściej brać tony, śpiewa bez wysiłku, a jego głos jest przyjemniejszy dla ucha.

Czytając powyższą recenzję, można odnieść wrażenie, że Rush nagrał płytę wybitną, przynajmniej w kontekście swojej bogatej dyskografii. Historia oceni, czy tak jest istotnie. Z pewnością po długim okresie głodu mamy wreszcie album nawiązujący do najlepszych wzorców zespołu z różnych okresów kariery, dojrzały, lecz nie wtórny. To chyba wystarczy, by po niego sięgnąć.

Albumową książeczkę ilustruje steampunkowa grafika Hugh Syme’a, wieloletniego współpracownika zespołu, który w przeszłości towarzyszył mu także jako muzyk, wykonując choćby partię pianina we wspomnianym Different Strings z płyty Permanent Waves.

Rush, Clockwork Angels. Anthem/Roadrunner Records 2012

posłuchaj Headlong Flight
posłuchaj The Garden

Powyższą recenzję można znaleźć także w serwisie esensja.pl


[1] Nie wliczam do tej kategorii krążka Feedback, który zawiera same covery.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s