Katharsis

Czasem wydaje mi się, że powinnam prowadzić dwa blogi. Jeden ze wspominkami, relacjami z podróży i refleksjami lżejszego kalibru, a drugi poważniejszy. Takie rozwiązanie ma jednak dwie wady: po pierwsze, na każdym z tych blogów pisałabym jeszcze rzadziej, niż teraz na wspólnym; po drugie – nie wszystkie wpisy dają się tak łatwo rozgraniczyć na poważne i lżejsze. I chyba dobrze, bo miło jest przemycić w lżejszym tekście bardziej doniosłe treści, a z kolei tekst poważny niekoniecznie musi być od razu napuszony.

Długo się zastanawiałam, jak nazwać to, o czym dziś chcę napisać. Zresztą nie tylko nazwanie, ale i uchwycenie tego zjawiska sprawiało mi trudność. Otóż czytałam sobie książkę Margaret Atwood Cat’s Eye. Bohaterka tej książki, w dzieciństwie mocno straumatyzowana, odreagowuje traumę samookaleczeniami, a później, w dorosłym, teoretycznie dość udanym życiu nieustannie zmaga się z epizodami depresji, poczuciem własnej bezwartościowości, lękiem, że ktoś odkryje, iż tak naprawdę nie jest tym, za kogo się podaje, i nie miała prawa znaleźć się tam, gdzie się znalazła.

Czytanie tej książki było dla mnie równie wyzwalające – to słowo chyba dobrze oddaje istotę rzeczy – jak słuchanie zespołu Lacrimosa, który w bardzo mocny, dramatyczny, histeryczny wręcz sposób wyraża emocje. Przy czym przez „emocje” należy tu rozumieć głównie ból. Z jednej strony dostrzegałam w bohaterce pewne swoje cechy i swoje demony, z drugiej – miałam poczucie, że jej cierpienie jest bardziej dojmujące niż moje. Nie, nie chodzi tu o prostą satysfakcję z tego, że ktoś inny ma gorzej. Raczej o wdzięczność, że nie jestem w swoich uczuciach odosobniona i że jest ktoś, kto ośmiela się i potrafi o nich mówić.

Nasza kultura nie toleruje głośnego przeżywania bólu. Ktoś, kto chce być uważany za cywilizowanego, powinien umieć radzić sobie z emocjami. Jeśli stracił bliską osobę albo spalił mu się dom, jesteśmy w stanie wybaczyć chwilową utratę kontroli, ale gdy chodzi o takie drobiazgi jak nieszczęśliwa miłość albo cierpienie egzystencjalne, wymagamy dojrzałości – to znaczy tego, żeby pośród ludzi zachowywać się jak gdyby nigdy nic. W samotności możemy sobie popłakać, upić się albo przez trzy dni leżeć i gapić się w sufit, ale gdy już wrócimy do społeczeństwa, to cicho sza, maska na twarz.

Z nieszczęśliwą miłością jest jeszcze jeden problem – ten mianowicie, że się nam wpaja, iż kochać prawdziwie to znaczy uszanować wolność drugiej osoby i przedkładać jej szczęście ponad własne. Może to i prawda, ale w takim razie ja nigdy prawdziwie nie kochałam, bo każda nieodwzajemniona miłość była dla mnie źródłem cierpienia. Zaraz ktoś powie, że mylę zakochanie z miłością. Wolę przyjąć to oskarżenie na klatę, niż robić dobrą minę do złej gry, byle tylko nie zostać posądzona o egoizm. Zastanawiam się, jak można nie być egoistą w tym podstawowym sensie, że pragnie się spełniać najpierw własne potrzeby, a dopiero potem cudze. Oczywiście są ludzie, którym pomaganie innym sprawia radość, ale to jest właśnie ich potrzeba – lubią pomagać innym i są szczęśliwi, gdy mogą to robić. Bardzo to fajne. Ja też się cieszę, gdy mogę sprawić komuś przyjemność. Ale kiedy cierpię, chciałabym mieć prawo do wykrzyczenia tego cierpienia. To oczyszcza. Kiedy już się wykrzyczy cały ból, przychodzi moment odpuszczenia, pogodzenia się z losem. Ale jeśli tłamsimy ten ból w sobie, jeśli boimy się silnych emocji, możemy zobojętnieć albo stać się zgorzkniali.

W tej sytuacji wolę uchodzić za niedojrzałą. Co jednak nie oznacza, że zamierzam epatować wszystkich swoim bólem. Zdecydowanie wolę epatować radością, pod warunkiem, że jest autentyczna. Dlatego właśnie potrzebuję czasem katharsis. Raz będzie to katharsis uogólnione, jak w przypadku muzyki Lacrimosy, która ostatnio budzi mnie każdego ranka i od razu wprawia w dobry nastrój. Innym razem – katharsis uszczegółowione, jak w przypadku książki Atwood, która jakoś tam dotyka mojego własnego życia i własnych demonów. A jeśli czuję potrzebę bardzo konkretnego katharsis, tworzę je sobie sama.

Z własnoręcznie tworzonym katharsis też jest problem. O ile spełnia funkcję terapeutyczną, o tyle nie wiadomo, czy przemówi do innych. A chciałoby się upiec dwie pieczenie przy jednym ogniu, prawda? Spuścić trochę ciśnienia z opon mózgowych i jeszcze zyskać odrobinę uznania. Myślę sobie jednak, że skoro Atwood do mnie trafia, skoro trafia muzyka Lacrimosy, to dlaczego ja nie miałabym trafić do innych? Wystarczy pewna wspólna płaszczyzna wrażliwości.

Co rzekłszy, wracam to swojej twór… oż kurczę, przecież dziś miałam pracować, to znaczy tłumaczyć cudzą grafomanię. No dobra. Powiem cierpieniu, że musi jeszcze trochę zaczekać na wyzwolenie.

budzik

5 responses to “Katharsis

  1. Jeśli chcesz zachować autentyzm emocji to choć zrób dziś z nich notatki do swojej twórczości:) Taki stan bliskości zaraz minie gdy się siądzie do pracy a potem trudno to odtworzyć, myśli i emocje pobiegną w inny róg i zamieszkają tam aż do następnego ich pobudzacza. Ten wpis jest też o mnie. Dziękuję:)

  2. Potwierdziłaś właśnie teorię mojej mamy. Obie po lekturze książki Atwood widziałyśmy skrajnie różne pierwsze plany, choć oba właśnie o zaciskaniu samej siebie w pięść. Jest tam jeszcze jednak mnóstwo pięknych dowodów na to, że z puzzli pojedynczych obrazów, pozornie po czasie zupełnie się nie liczących, ciągle jednak się „składamy”. Wszyscy mieliśmy jakieś swoje kulki talizmany – opalizujące, kocie oczy, zatracenia, w choć chwilowym życiu na krawędzi, demoniczne „panie Smith”. Niemal każdy z nas kogoś w dzieciństwie bezpowrotnie utracił i szukał ucieczki w azylu samotności. Na mnie wrażenie zrobiły również punkty kulminacyjne, w których dziecko, a potem kobieta decyduje się mimo swojego pokiereszowanego wnętrza na zdecydowane kroki – tylko to ją ratuje.
    Wspominałam „Kocie oko” niedawno. Nie mogłam długo dojść do siebie po spotkaniu klasowym (po kilkunastu latach). Mnóstwo puzzli w głowie ukrytych. Nie miałam pojęcia że tyle ich tam ciągle jest, że takie są ważne, że tak mnie przez lata kształtowały.
    A jeśli chodzi o częstotliwość z którą piszesz, dla mnie jesteś wielka. Moje pisanie pożera codzienność. Pozdrawiam

    • Dzięki. Wszystko to prawda (może w wyjątkiem tego ostatniego, bo w planach miałam pisanie co tydzień). Ze mnie ostatnio zaczęły się wysypywać różne rzeczy z przeszłości, może częściowo pod wpływem lektury. Co ciekawe, mam takie spostrzeżenie, że za każdym razem te wysypane kulki próbuję jakoś uporządkować podczas zbierania, a one się znowu w środku zmieniają w chaos. I tak do następnego razu.

  3. No właśnie – te szklane kulki – do dziś mam ich jakieś 300 sztuk.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s