Lacrimosa weeps again


Wspominałam ostatnio o Lacrimosie, a ona jak na zawołanie wydała nową płytę. Pokusiłam się o próbę jej zrecenzowania i oto, co wyszło.

Od najlepszych płyt duetu, a za takie uważam Elodię i Fassade, upłynęło już sporo lat. Po zupełnie nieciekawym krążku Sehnsucht zachodziła obawa, że zespół będzie się staczał po równi pochyłej, ale zapowiedź nowej płyty Revolution i jej okładka ze znajomym arlekinem dumnie dzierżącym pośród zgliszczy postrzępioną flagę obudziły nadzieję, że może znowu będzie to album, który opowiada jakąś historię i opowiada ją pięknie.

Po kilkunastu przesłuchaniach – i przeczytaniach – płyty nie jestem przekonana, czy istotnie mamy do czynienia z concept albumem. Raczej nie. O ile przewijający się w całej twórczości Lacrimosy motyw samotności, wyobcowania i tragicznej miłości obecny jest w większości utworów, o tyle trudno znaleźć nić łączącą wszystkie utwory w jedną opowieść, jak miało to miejsce w przypadku Elodii. W warstwie muzycznej też brak klamry, która by łączyła poszczególne części albumu na wzór trzyczęściowej Fassade. Nie brak natomiast dobrych kompozycji.

Jeśli bowiem w porównaniu z poprzednim albumem, na którym chyba żaden utwór nie wywoływał wzruszenia ani zachwytu, tu można to powiedzieć o co drugim, trudno mieć pretensje o jakość muzyki – tym bardziej że nie znajduję na Revolution ani jednej kompozycji, która wyróżniałaby się negatywnie do tego stopnia, by budzić niechęć. Jeśli cokolwiek ją budzi, to rażące błędy w anglojęzycznych tekstach. Na płycie są takie teksty dwa i oba z kiepską gramatyką; błędów nie ustrzegły się również umieszczone na okładce angielskie tłumaczenia tekstów niemieckich (szczególnie rzuca się w oczy nagminne pisanie „loose” w znaczeniu „lose”). Przyznaję bez bicia, że niemiecki znam słabo i zawsze cieszyło mnie umieszczanie przez Lacrimosę na okładkach angielskich tłumaczeń, bo teksty są dla mnie istotnym elementem muzycznej układanki, ale tym razem Tilo i Anne wykazali się w tym względzie wyjątkowym niechlujstwem.

Wróćmy jednak do meritum, czyli do samych kompozycji. Jako że do współpracy członkowie duetu zaprosili m.in. muzyków Kreatora i Acceptu, można było się spodziewać mocnego uderzenia. Ponieważ jednak zaprosili także – w swoim stylu – orkiestrę symfoniczną, można też było liczyć na to, że nie zapomnieli o podniosłej nucie, która charakteryzowała ich najlepsze dokonania. Jedno i drugie okazało się prawdą. Mamy tu zacne przykłady ostrego rocka w postaci Verloren czy wieńczącego płytę bardzo smacznego Revolution; nieco zniechęcający intrem, ale potem pięknie się rozwijający This Is the Night w stylu Nicka Cave’a; patetyczne Refugium i Rote Sinfonie (dech zapiera w szczególności ten pierwszy – być może najlepszy utwór na płycie) oraz zupełnie wyjątkowy Feuerzug. Wyjątkowy, bo tak przebojowy, że mógłby być grany w dowolnym radiu o dowolnej porze, a jednak nie ma w sobie nic obciachowego, przeciwnie – chce się go słuchać bez końca! Osobiście nie jestem zwolenniczką utworów śpiewanych przez Anne, ale If the World Stood Still a Day jest akurat kawałkiem dość dobrym, a przynajmniej znośnym. Właściwie jedyne kompozycje (i wykonania), o których można powiedzieć, że są nijakie, to otwierający płytę Irgendein Arsch ist immer unterwegs (pomijając ładne intro i powracający kilkakrotnie motyw fortepianowy) i Weil du Hilfe brauchst, przy czym ten ostatni broni się tekstem:

„Przychodzisz na ten świat
lecz nie możesz do niego wejść.
Przychodzisz na ten świat
lecz życie cię nie wpuszcza.
Więc czekasz –
czekasz, aż coś się zdarzy.
Czekasz na tego, kto zrozumie,
że potrzebujesz pomocy.
Na tego, kto wydobędzie cię z głębi samej siebie
i zabierze do domu”.

(Tłumaczenie niedoskonałe, ale ci, którzy czują te klimaty, zrozumieją).

Podsumowując najnowsze dokonanie Lacrimosy, można wyrazić żal z powodu pewnych niedociągnięć i braku klamry kompozycyjnej, której istnienie sugerowała tytułowa „Rewolucja”, lecz trzeba docenić dobre, budzące emocje utwory, które dają nadzieję, że szwajcarsko-fiński duet jeszcze niejednym nas pozytywnie zaskoczy. Ktoś, kto lubił dawne płyty zespołu, nie powinien się nastawiać na ich powtórkę, lecz na porcję zupełnie nowych doznań okraszonych mocną rockową nutą, ale i przetkanych srebrzystą nicią romantycznego patosu. (Och, wiem, że to pretensjonalne – równie pretensjonalne jak ich twórczość).

„Nikt nie jest sam na tej ziemi
Ale każdy jest samotny na tym świecie”.

Cały Tilo. Niby bez sensu, a fani i tak wiedzą, o co chodzi.

Lacrimosa: Revolution
Hall of Sermon 2012

posłuchaj Refugium
posłuchaj Feuerzug

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s