Anka

Są ludzie, którym nie powinno się pozwolić umrzeć. I często to oni odchodzą najprędzej. Wydaje się, że mają magiczną klepsydrę Hermiony: tyle są w stanie zrobić, być w tylu miejscach jednocześnie. Kiedy znikają, to jakby nagle zniknęło pół świata.

Włączam komputer i czytam „Anna Laszuk nie żyje”. Czytam, ale nie wierzę, nie ogarniam. No bo jak to: przecież miałam Ci wysłać tę książkę, którą teraz piszę, a ona miała Ci się spodobać i może nawet miałaś powiedzieć coś o niej w radiu.

Nie ma to jak obrazić się na kogoś za to, że umarł.

Ankę poznałam ponad dwadzieścia lat temu. Spotykałyśmy się na zlotach organizowanych w ramach czegoś, co zrodziło się pod nieco tajemniczą nazwą Korespondencyjny Klub Czytelników. Cała historia zaczęła się od pani Marii Łopatkowej, pedagoga i autorki kilku książek o problemach młodzieży. Po tych książkach pani Maria zaczęła dostawać takie mnóstwo listów od młodych ludzi, że nie wyrabiała się z odpowiadaniem. Wpadła więc – ona albo ktoś z jej otoczenia – na pomysł, żeby młodzież pomagała sobie nawzajem. I tak zaczęto organizować spotkania, zloty, potem obozy, na których odbywały się różne warsztaty, pogadanki pedagogów/psychologów i takie tam, ale i tak najważniejsze były „nocne rodaków rozmowy” – w pokojach, w salach gimnastycznych (bo zloty często odbywały się w szkołach), w kuchni. Mnóstwo wygłupów, gonienia się po szkole, ale i mnóstwo tolerancji, otwartości na drugiego człowieka. I Anka, zawsze z gitarą, bo nawet jeśli jej nie przywiozła, jakaś się znalazła i koncert musiał być.

Pierwszy raz zetknęłam się z KKC (który później oficjalnie działał jako TPM, Towarzystwo Pomocy Młodzieży, bo potrzeba było pompatycznie brzmiącej nazwy, żeby wyciągnąć dotacje z budżetu) w wyniku lektury jednej z książek pani Marii, gdzie pojawiła się wzmianka o klubie. Najpierw były listy, potem zamiast iść na studniówkę (bo i tak nie miałam z kim, a poza tym nie lubiłam tańczyć) pojechałam na zimowy obóz do Biecza. Później zaczęłam jeździć na zloty, które odbywały się co parę miesięcy w różnych miejscach Polski. Jeszcze chyba w tym samym roku na jednym z takich zlotów poznałam Ankę. Później spotykałyśmy się parokrotnie. Wysyłanie listów szło Ance ciężko, ale pisanie ponoć nie, bo przy każdym spotkaniu mówiła, że ma w szufladzie pełno listów do mnie. W każdym razie doczekałam się bodaj dwóch i właśnie mam zamiar zdjąć z szafy pudło z listami i ich poszukać. Choć trochę się boję.

Boję się, ale i jestem ciekawa, bo zupełnie nie pamiętam, o czym myśmy tam rozmawiały przy tej kawie i papierosach w kuchni w Tomaszowie, chociaż z Tomaszowa pamiętam akurat herbatę, a kawę z cytryną z Torunia. Na pewno nie o orientacji seksualnej. Ty nie obnosiłaś się ze swoją, choć pewnie już wiedziałaś. Ja zupełnie się nad tym nie zastanawiałam. To znaczy nad Tobą, bo nad sobą może i tak. W każdym razie miałyśmy po 20–22 lata, więc pewnie obgadywałyśmy starych i społeczeństwo in general. Muzyki, książek i filozofowania też zabraknąć nie mogło. Poszukam tych listów, poszukam, jak już się odważę[1].

Wtedy przyjmowałam to jako rzecz naturalną, ale po latach, gdy stałaś się osobą dość znaną, czasem zadawałam sobie pytanie, dlaczego właściwie Ty, już wtedy dość charyzmatyczna, polubiłaś się z taką ofermą jak ja. Może wiedziałaś o mnie rzeczy, których ja sama wówczas nie wiedziałam, do dziś nie wiem. A może po prostu bycie ofermą nie dyskwalifikuje kogoś, kto oprócz tego posiada wachlarz zalet😉

Najbardziej prawdopodobne, że lubiłaś się z większością ludzi.

Później skończyły się zloty i urwał nam się kontakt. Ty (o czym dowiedziałam się po latach) robiłaś mnóstwo rzeczy. Organizowałaś, pisałaś, walczyłaś, zakładałaś. Ja próbowałam coś robić, ale połowę z tego zjadały moje nerwice i niepewności. Usłyszałam Cię w radiu. Napisałam, ale nie doczekałam się odpowiedzi. Potem wydałaś książkę i czytałam w gazecie, że jakiś coming-out,  że działalność, że w ogóle. Wtedy pomyślałam, że już mi nie odpiszesz, bo jesteś sławna i masz na głowie inne sprawy. A tu parę miesięcy później przychodzi wiadomość na nk. Okazało się, że zgubiłaś list z moimi namiarami tego samego dnia, w którym go dostałaś. Na szczęście nie należę do osób ukrywających się przed Wielkim Bratem (to raczej Ty pisałaś, że z internetu jesteś noga, a konkretnie nie noga, tylko inna część ciała), więc nawet w epoce przedfejsowej dało się mnie odnaleźć.

Przekonałam się, że po drugiej stronie wciąż jest ta sama Anka co przed laty. Fajna, energiczna, kipiąca poczuciem humoru, pozytywnie zakręcona. I tak jak kiedyś, kontakt z Tobą dodawał sił, żeby robić coś fajnego, iść naprzód. Pisałaś, żebym Cię odwiedziła, ale nie potraktowałam tego poważnie. Chyba wciąż miałam gdzieś z tyłu głowy przekonanie, że Ty stałaś się kimś ważnym, a ja pozostaję ofermą. Teraz chętnie odkręciłabym sobie łeb i nalała trochę oleju.

Wymieniłyśmy kilka wiadomości, kliknęłyśmy się na fejsie. Ostatni kontakt miałyśmy na początku tego roku. W kwietniu widziałam Cię w telewizji. Nie miałam pojęcia, że chorujesz. Nie zdążyłam się pożegnać. Choć i tak nie wiem, co miałabym Ci powiedzieć. Chyba po prostu „dziękuję”. Dziękuję za Twoją odwagę i waleczność, za pozytywnego kopa, którego mi dałaś i mam nadzieję, że będziesz dawać nadal.

Jeden list, dwa mejle, jedna wiadomość na nk. I „przyjaźń” na facebooku, która już nie odezwie się Twoim głosem. Tyle mi zostało po Tobie.

Obie byłyśmy niewierzące, ale martwię się o Ciebie, bo wiem, że nie znosisz, kiedy nic się nie dzieje. Może jakaś reinkarnacyjka? Mogłabyś wcielić się w kota i czuwać nad nami.

Znając Ciebie, byłby to czarny kot.


[1] Edit: znalazłam jeden. I to nudny😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s