Stare dzieje 9 – kolonie i obozy (II)

wspomy

Pora na długo oczekiwaną kontynuację opowieści o tym, jak to drzewiej bywało. W poprzednim odcinku odgrażałam się, że opiszę obozy w Straduniu oraz w Chomiąży. Wspomniałam też o zimowisku w NRD, ale po wytężeniu umysłu stwierdzam, że pamiętam z tego wyjazdu tylko kilka szczegółów.

W Straduniu byłam dwa razy – w roku 1981 i ’82. Miejsce było fenomenalne. Mieszkaliśmy w barakowozach, czyli takich wozach Drzymały, które miały po dwa pomieszczenia. Bliżej wejścia znajdowało się pomieszczenie „mieszkalne” z małym stolikiem i jednym czy dwoma krzesłami oraz wbudowanymi w ścianę (jeśli można tak to określić) czterema wąskimi szafkami – po jednej na osobę. Z tego pomieszczenia przez otwór pozbawiony drzwi wchodziło się do sypialni, gdzie stały dwa piętrowe łóżka – jedno prostopadle do wejścia, drugie równolegle.  Nie pamiętam, czy w tym pomieszczeniu było okno, natomiast było na pewno w pomieszczeniu z szafkami. Właśnie przez to okno koleżanka zobaczyła, jak podkradam jej z szafki cukierka. Nie wiem, czy większym obciachem było podkradanie, czy to, że dałam się przyłapać.

Z barakowozów można było wejść prosto do jeziora. Ale się nie wchodziło, bo plaża (wspólna dla obozu i ośrodka wczasowego) była trochę dalej. Do drewnianych kibli szło się przez las. Po drodze rosły maliny. Kiedyś kilka dziewczyn zbierających je natknęło się na grupę innych, które powiedziały: „Tu zbieracie? O jeny, a my tu zawsze szczamy!”. Myliśmy się natomiast w długich korytkach z kranami, z których leciała oczywiście zimna woda. Raz w tygodniu szło się do ośrodka wczasowego na kąpiel w wannie lub pod prysznicem. Dzieciaki z młodszych grup pakowano do wanny dwójkami. Nie był to dobry pomysł, bo jak się jest w piątej klasie, to nie ma się już specjalnej ochoty pokazywać koleżance nago, zwłaszcza że zaraz można sobie porównać, że komuś już rosną gdzieś włosy, a komuś nie.

W następnym roku już takich numerów nie robili, chociaż nadal byłam w młodszej grupie, bo akurat w moim roczniku przebiegała linia podziału i kilka osób dali wyżej, a kilka niżej. Jako jedna z najstarszych w grupie jedyny raz w życiu zostałam grupową, co zniosłam z umiarkowaną godnością, acz bez wielkich sukcesów. Obóz roku 1982 jest jednak wiekopomny ze względów piłkarskich. Na niej bowiem przeżywałam – przeżywaliśmy – emocje związane z mundialem, na którym polska drużyna zajęła trzecie miejsce. W zasadzie pamiętam ten obóz jako jedno wielkie święto piłkarskie. Cały czas się grało. Chłopacy z naszego obozu rozgrywali mecze z pobliskim obozem harcerskim. Szło się przez las, niosąc prowiant i wielkie kotły z napojem, którym najczęściej była woda z rozrobionym dżemem. A może kotły już tam były, nie pamiętam. W każdym razie mecze były emocjonujące, ale również w samym obozie wciąż kopano piłkę. Ja najczęściej stałam na bramce, więc miałam ksywkę Młynarczyk, a koleżanki mogły się poszczycić innymi ksywkami – Żmuda, Boniek, Buncol. Prawdziwe mecze oglądało się w świetlicy ośrodka wczasowego. Niestety chyba za bardzo dopiekliśmy wczasowiczom, bo podczas meczu o III miejsce zorganizowano nam dyskotekę, żebyśmy nie przeszkadzali. Ale na bieżąco podawano wynik😉

Z tego obozu pamiętam jeszcze jedną rzecz, której – zwłaszcza jako grupowa – trochę się wstydzę. Otóż znęcałyśmy się nad koleżanką z pokoju. Raz włożyłyśmy jej do łóżka żabę, a innym razem zamknęłyśmy ją w szafce i powiedziałyśmy, że wyrzuciłyśmy klucz do jeziora. Szafka była tak wąska, że 11-letni człowiek ledwie się w niej mieścił, a my trzymałyśmy ją tam chyba z pięć minut. Jako osoba cierpiąca na lekką klaustrofobię podziwiam ją, że to wytrzymała.

Posiłki jadło się w wielkim namiocie. Na obozie było paru starszych chłopaków, licealistów, którym standardowe porcje nie wystarczały i trzeba było uważać, żeby nie podebrali kotleta. Przed namiotem był prowizoryczny plac apelowy, gdzie rano i wieczorem trzeba było śpiewać hymny grup (nasza nazywała się Piraci albo Piraciki), a kiedy przychodził list od rodziców, należało zaśpiewać piosenkę albo powiedzieć wierszyk, by go dostać. Grupowi musieli też składać raporty, ilu obecnych i tak dalej.

Poza graniem w piłkę zajmowaliśmy się głównie plażowaniem i kąpielami jeziornymi, które sobie chwalę. Poczyniłam wtedy pierwsze kroki w celu nauki pływania, choć tak naprawdę nauczyłam się dopiero później. Mieliśmy też wycieczkę do Chodzieży, gdzie odwiedziliśmy basen i fabrykę porcelany.

Nie pamiętam, czy podczas pierwszego, czy drugiego obozu bawiliśmy się w podchody i grupa pościgowa w ramach jednego z zadań musiała zebrać sto stonek. Nie nastręczyło to najmniejszych problemów – widać w tamtym roku wyjątkowo obrodziły.

Dziwną postacią był higienista pan Krzysiu, który brzdąkał na gitarze i śpiewał równie dziwne jak on piosenki w rodzaju: „Ach, jak przyjemnie kołysać się wśród fal, gdy w dupie woda chlupie i słychać stukot jaj”😐

Na obozie był też pedofil. To znaczy tak nazwałabym go teraz. Był to chłopak 16- lub 17-letni, który „chodził” z dziewczyną 10- lub 11-letnią. Nie wiem, jak bliskie konkretnie były te kontakty, ale często widzieliśmy ją siedzącą mu na kolanach. Było to dla nas dziwne. Nie mam pojęcia, czy wychowawcy rozmawiali z nimi na ten temat, czy nie. A powinni.

Później chyba trzy razy z rzędu (lato przed siódmą i ósmą klasą oraz zima w siódmej) byłam w Grywałdzie, o czym piszę TU. Natomiast zimą w ósmej klasie pojechałam na ośmiodniowe zaledwie zimowisko do NRD. Był to mój pierwszy zagraniczny wyjazd. Mieszkaliśmy w dużym ośrodku w jakiejś miejscowości na „W” niedaleko Poczdamu. Pamiętam zwiedzanie Poczdamu i Berlina (wschodniego, of course), przejazdy S-Bahną (czyli kolejką miejską) i chyba również U-Bahną (czyli metrem), a także starszego chłopaka, który kupował czekolady na handel. Na tych czekoladach podobno można było nieźle zarobić. Pamiętam też charakterystyczny zapach panujący w naszym budynku i żółte piłeczki z gąbki, którymi się bawiliśmy. I wreszcie pamiętam rozważania jednej z koleżanek, że jeśli ktoś chciałby popełnić samobójstwo, to najlepiej jest walić głową w ścianę do utraty przytomności, bo kiedy się w coś uderzamy, to ból czujemy dopiero po jakimś czasie, a wtedy nie będziemy już przytomni.

Tym optymistycznym akcentem kończę dzisiejszy odcinek, a przeżycia z Chomiąży Szlacheckiej opiszę w następnym.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s