Kromieryż

Biorąc pod uwagę, że Kromieryż leży zaledwie 33 km od Zlína, podróż doń kosztowała nas wyjątkowo dużo czasu i zachodu. A zapowiadało się całkiem przyjemnie, bo ze Zlína do Otrokovic, jak wspomniałam w poprzednim wpisie, kursują trolejbusy. Pojechaliśmy sobie zatem aż do ostatniego przystanku, do dworca kolejowego, co miało tę zaletę, że przy okazji kupiliśmy bilety na drogę powrotną do polskiej granicy. Pech jednak zrządził, że dworzec kolejowy okazał się leżeć zupełnie gdzie indziej niż autobusowy, a co więcej, źle oceniliśmy odległość i postanowiliśmy pójść nań pieszo. Co – jak większość rzeczy – także miało plusy, tym razem w postaci zaliczenia i sfotografowania kilku ciekawych obiektów w mieście oraz zjedzenia wcale przyjemnego obiadu w restauracji ratuszowej (i przy okazji popatrzenia na relację z Tour de France). Potem zabłądziliśmy.

W końcu jedna pani litościwie nam wytłumaczyła, jak iść. Tłumaczyła tak długo, że zdawało się, iż za nic w świecie nie zdążymy tam dojść w pół godziny, które zostało do odjazdu autobusu. Jakimś cudem jednak zdążyliśmy, a jeszcze większym cudem zauważyliśmy dworzec, który jest tak niepozorny, że do ostatniej chwili nie mieliśmy pewności, czy jakikolwiek autobus stamtąd odjedzie. Ale odjechał.

Pół godziny później byliśmy już w Kromieryżu, miasteczku niewielkim, lecz urokliwym. Trudno je opisać – to trzeba po prostu zobaczyć, niekoniecznie na moich zdjęciach, bo słońce za mocno dawało, żeby wyszły sensownie. Pokręciwszy się po mieście i zaliczywszy najważniejsze zabytki, udaliśmy się do parku zamkowego, gdzie znaleźliśmy całkiem  sympatyczne małe zoo z biegającymi luźno pawiami, a w klatce całą plejadą małych zwierzątek – ozdobnych małych kurek, dziwnego króliczka. Były też gołębie hodowlane, a przy stawie z krzyżówkami odpoczywała egzotyczna kaczka, chyba mandarynka.

Potem się dowiedzieliśmy, że przegapiliśmy Ogród Kwiatowy. Szkoda.

I to by było na tyle, jeśli chodzi o nasze tegoroczne czeskie przygody. Drogi powrotnej do domu (odbywającej się w systemie Zlín – Otrokovie [trolejbus], Otrokovice – Ústi nad Orlici, Ústi nad Orlici – Kłodzko, Kłodzko – Wrocław, Wrocław – Poznań [cała reszta pociągi]) opisywać nie będę, bo poza uczestnikami zmierzającymi na festiwal Masters of Rock, z którymi minęliśmy się w Otrokovicach, zapamiętałam głównie to, że w ostatnim pociągu tak kaszlałam, iż jadąca z nami para przesiadła się do sąsiedniego przedziału. A, jeszcze to, że w Ústi nad Orlici automat z wafelkami wydał mi trzy korony, chociaż  wrzuciłam odliczoną kwotę (wafelka też wydał, nawet właściwego). Albo miał dobry dzień, albo zapomniał wydać komuś innemu, albo cena za wafelka podana na szybie nie zgadzała się z tą, którą miał w bebechach.

Za rok zapewne następna wyprawa. Celujemy tym razem w Pilzno i zachodnie Czechy, chcemy też zawadzić o Pragę. Ale to jeszcze tak odległa perspektywa, że równie dobrze możemy wylądować na Kanarach.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s