Transatlantyk 2013 – Where the Trail Ends

Where the Trail Ends

reż. Jeremy Grant, Argentyna/Kanada/Nepal/Chiny/USA 2012

Trudno oddać słowami to, co jest na tym filmie – jego po prostu trzeba obejrzeć i to na dużym ekranie, jeśli oczywiście to możliwe. Nawet czteroipółminutowy trailer niewiele pokazuje (prawdziwe zjeżdżanie zaczyna się tam po jakichś dwóch minutach). Ale od początku: grupa zawodników uprawiających freeride mountain biking, czyli jeżdżenie rowerami po górach (z przyczyn grawitacyjnych głównie w dół, co wymaga wtaszczenia roweru na górę, chyba że ma się akurat do dyspozycji śmigłowiec) zaczyna szukać po świecie innych terenów do uprawiania swego sportu niż stan Utah, w którym freeriding się narodził. Ponieważ należą do najbardziej znanych zawodników na świecie, udaje im się pozyskać sponsorów i zainteresować swoim projektem filmowców. Któż zresztą wie, jaka była kolej rzeczy – dość że się udało, dzięki czemu możemy oglądać ich zmagania z pofałdowaną materią na niesamowitych, na ogół bardzo odległych od cywilizacji terenach Argentyny, północnej Kanady, Królestwa Mustang (Królestwa Lo) w Nepalu i pustyni Gobi (z krótką przerwą na powrót do Utah, które mnie osobiście podoba się najbardziej).

Trudno powiedzieć, co w tym niemal dwugodzinnym filmie emocjonuje najbardziej – same wyczyny rowerzystów (rzeczy, które wyprawiają, przedtem nie wydawałyby mi się możliwe, a i dziś trudno uwierzyć, że bohaterowie filmu wciąż żyją – choć wizyty w szpitalach, czego film nie usiłuje ukryć, są w ich dyscyplinie chlebem powszednim), krajobrazy, w których się poruszają, czy niewiarygodne zdjęcia i montaż – choćby spowolnione sekwencje, w których piach i kamienie sypią się spod kół niemal zawieszonego w powietrzu roweru. Do produkcji filmu użyto podobno najnowocześniejszego sprzętu i nie wiem, czy nazywanie go najbardziej widowiskową produkcją rowerową minionej dekady nie jest przypadkiem zbyt skromne. Ale przyznaję bez bicia – wielu filmów rowerowych nie widziałam.  

Na pewno niejeden z Was, patrząc na te wyczyny, powie, że tylko wariaci mogą tak narażać życie. Ja oglądałam film rozdarta między podziwem a takimi myślami, lecz ostatecznie podziw zwyciężył. Poza tym przypomniałam sobie, że dwa lata temu rowerzysta amator zabił się na poznańskiej Cytadeli, jeżdżąc po torze wyścigowym bez kasku. Ci, których oglądamy w filmie, są zawodowcami – mają świadomość niebezpieczeństwa i robią, co w ich mocy, by uniknąć najgorszego, a zarazem móc robić to, co kochają najbardziej w świecie.

Warto też zauważyć, że przy całym swoim opętaniu jazdą znajdują podczas podróży czas na przyjrzenie się miejscowym kulturom i nawiązanie kontaktów z ludźmi. Szkoda, że względy finansowo-kinematograficzne nie pozwalają im dłużej pozostać w jednym miejscu, ale i tak miło, że pasja nie zamyka ich na inne dziedziny życia i wiedzy. Życzę im jak najlepiej, choć nie chciałabym, żeby ktoś z moich bliskich uprawiał tę dyscyplinę.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s