Polconowa masa krytyczna (nierelacja)

Na gorąco, zanim to wszystko ucieknie mi z głowy, a jego miejsce zajmie matka Madzi, rzezie w Syrii, kolejna porażka mojej ulubionej drużyny, a przede wszystkim tzw. szara rzeczywistość, napiszę parę słów o konwencie fantastyki Polcon 2013, w którym miałam przyjemność uczestniczyć. I od razu uprzedzam – nie będzie to relacja/recenzja, tylko (znowu!) będę ględzić o swoich uczuciach (ziew). Bo te uczucia od pierwszego dnia konwentu wręcz mnie rozpierają. Przy czym nie chodzi o zniecierpliwienie spowodowane „kolejkonem”, który owszem, był denerwujący, ale dobra pogoda i radosna ludzka banda uczyniły go znośnym. Chodzi o radość z obcowania z ludźmi, którzy cenią oryginalność, są otwarci na drugiego człowieka i z którymi czujemy się swobodnie.

Pół życia temu jeździłam na pewne imprezy organizowane pod zupełnie innym pretekstem, niby to w innym celu, ale pełniące w istocie tę samą rolę: wytwarzania bliskości między ludźmi, otwierania ich na siebie nawzajem (wprawdzie P. twierdzi, że ja otwieram się głównie w jedną stronę, ale z mojej perspektywy bombardowanie innych własnymi emocjami jest zapuszczaniem sondy do ich serc, że tak górnolotnie rzeknę), zawierania i cementowania przyjaźni. Oczywiście to wszystko dzieje się też poza konwentami, także w internecie, ale taki spęd wielu osób w jednym miejscu wytwarza pewną masę krytyczną. Doświadczyłam tego, siedząc – czy to na terenie konwentu, czy wieczorem przy piwie – ze znajomymi z internetu albo z reala i słuchając inteligentnych, mądrych i ciekawych rozmów. Nieważne, czy ktoś jest znany, czy zupełnie nieznany; jeśli już miałabym oceniać metodę tworzenia się grupek, to chyba bardziej decyduje staż konwentowy (na pierwszych Pyrkonach czułam się znacznie mniej zintegrowana niż teraz), ale można nadrobić stażem forumowym czy portalowym albo po prostu klubowym. Trochę wiek, trochę różnice zainteresowań – ci od literatury skupiają się razem, ci od gier razem, ci od czegoś jeszcze też razem – ale nie są to żadne sztywne podziały. Poza tym nachodzą na nie także choćby podziały klubowe czy forumowe, które przebiegają inaczej. Na pewno jadąc na konwent po raz pierwszy, warto się wybrać ze znajomymi, żeby mieć się o kogo oprzeć, ale nie sądzę, żeby ktoś nowy był świadomie odrzucany – ludzie mają naturalną tendencję do trzymania się z swoimi i czasem trzeba zrobić parę kroków, żeby znaleźć sobie nowych przyjaciół, zamiast stać na uboczu. Jeśli oczywiście tego szukamy na konwencie, bo zdaję sobie sprawę, że wiele osób przychodzi po prostu na punkty programu.

Fajności bycia w grupie akceptującej różnorodność doświadczyłam też ostatniego dnia, kiedy z powodu nieposiadania kaptura włożyłam tyłem naprzód (inaczej się nie da) swój słynny kapelusik przeciwsłoneczny, żeby się ochronić od deszczu, i mogłam wyglądać niestandardowo, ale wśród licznych przebierańców zdawałam się sobie banalna do bólu i w odróżnieniu od codziennej miejskiej sytuacji nie miałam poczucia, że ktoś się na mnie dziwnie gapi, a wręcz tak się rozochociłam, że chodziłam w tym kapeluszu nawet po budynku.

Wspomniałam na początku, że pół życia temu jeździłam na podobne zloty, choć niezwiązane z fantastyką. Kiedyś (już po raz drugi się odgrażam) o nich napiszę, ale to podobieństwo spotkań z epoki przedinternetowej i zakończonego właśnie konwentu jest świadectwem, że ludzie tak naprawdę potrzebują tego samego: akceptacji, rozmów, bliskości drugiej osoby, dobrej zabawy w gronie ludzi, którym mogą ufać. I podejrzewam, że znajdują to pod różnymi szyldami – jedni pod szyldem fantastyki, bo akurat nią się zainteresowali, a inni pod szyldem czegoś innego, co akurat ich kręci. Mnie wkręciła fantastyka, która tak subtelnie owijała mnie i owijała swoją pajęczyną, aż tu ani się spostrzegłam, a piję piwo z pisarzami i redaktorami. Bo jedną z lepszych rzeczy na konwencie jest to, że ma podziału na prowadzących i słuchających, na tych, którzy już coś zrobili, i na tych, którzy dopiero coś zrobią albo i nie.

Warszawa pozytywnie mnie zaskoczyła i cenami (może dlatego, że kręciliśmy się głównie po okolicach campusu, bo bliżej centrum było już niestety drożej), i ogólnym kształtem – może nie ma jakiegoś wielkiego klimatu, ale czułam się w niej dobrze. A miejscami bywa nawet ładna. Udało nam się wygospodarować czas na spacer do Łazienek i zwiedzenie kościoła w pobliżu akademika, w którym nocowaliśmy. To cieszy, ale ogólnie życie konwentowe słabo sprzyja zwiedzaniu, jak również spotkaniom z pozakonwentowymi przyjaciółmi, których w tym miejscu przepraszam, że się nie udało.

Wielu zdjęć nie zrobiłam, bo a) byłam zajęta innymi sprawami, b) mam słaby aparat; ale dla urozmaicenia relacji wrzucam kilka poniżej. Opisy jak zwykle można zobaczyć, najeżdżając myszą na zdjęcie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s