Ciało bez duszy jest trupem, czyli o Życiu Adeli słów kilka

(tylko dla orłów dorosłych)

Mimo wątpliwości wywołanych krytyką, jaka spadła na ten film ze strony autorki powieści, na której jest oparty, na Życie Adeli wybierałam się z pewnymi nadziejami. Nie tylko nie przeszkadzało mi, że będą tam – jak pisano – „śmiałe sceny erotyczne”, ale wręcz byłam ich spragniona. Po takich filmach jak Drugie życie Lucii czy Lato miłości, które także opowiadały o uczuciach między kobietami, ale warstwę erotyczną ledwie musnęły, czułam niedosyt i marzyłam o tym, żeby rozsiąść się wygodnie w kinowym fotelu, oglądając seks dwóch kochających się bohaterek, który nie zawstydza jak oglądane ukradkiem porno, lecz podnieca i wzrusza zarazem.

Niestety Kechiche’owi, podobnie jak tylu reżyserom przed nim, aspekt cielesny kompletnie rozminął się z duchowym, a konkretnie sceny erotyczne rozminęły się z resztą filmu. Ponieważ jednak obraz trwa bite trzy godziny, a seks – wbrew pozorom – zajmuje w nim stosunkowo niewiele czasu, uczciwie będzie zostawić nieszczęsne sceny na koniec recenzji (a raczej reflenzji, bo to bardziej garść refleksji niż recenzja sensu stricto), by móc najpierw omówić film Tunezyjczyka jako zwykły dramat.

Trailer Życia Adeli eksponuje głównie problemy związane z akceptacją orientacji seksualnej dziewczyny najpierw przez nią samą, a potem przez jej otoczenie. Na szczęście zajmują one w filmie niewiele miejsca. Na szczęście, bowiem jest to kolejny z jego słabych punktów. Można odnieść wrażenie, że francuscy licealiści interesują się głównie seksem, piętnastoletnia (!) Adela nie ma problemu z sypianiem z chłopakami, jej równolatek Valentin włóczy się po gejowskich barach – a jednak pierwszy erotyczny sen o kobiecie doprowadza dziewczynę niemal do histerii, a koleżankom z klasy wystarczy samo podejrzenie, by się nad nią znęcać. Mało to wiarygodne. Odnoszę wrażenie, że wśród nastolatków bardziej tyranizuje się podejrzanych o „gejostwo” chłopaków niż dziewczęta – tymczasem Valentin nie ma z rówieśnikami żadnych problemów. Trudno mi też uwierzyć, że w gejowsko-lesbijskim barze niemal wszyscy ślinią się i obmacują na widoku. Homoseksualiści to tacy sami ludzie jak inni i na ogół wiedzą, jakie rzeczy wypada robić publicznie, a jakich nie.

W ogóle przez pierwszą godzinę filmu zastanawiałam się nieustannie, czy jestem za stara, czy też francuskie społeczeństwo naprawdę tak się od nas różni. Licealistki z dobrego domu idą do łóżka ze świeżo poznanymi chłopakami, rozmowy toczą się wyłącznie wokół tego, kto z kim… Wybaczcie, ale trudno mi sobie wyobrazić, że gdziekolwiek tak to wygląda.

Jeśli zaczynacie się zastanawiać, czy zamierzam napisać o tym filmie choć jedno dobre słowo, to owszem, właśnie do tego przystępuję. Gdy już wyrzucimy seks i dyskryminację, otrzymujemy całkiem niezłą, choć nieszczególnie oryginalną historię miłości dwóch osób pochodzących z odmiennych środowisk i hołdujących odmiennym wartościom – słowem, swoistego mezaliansu. Mieszczańscy rodzice Adeli pragną dla córki stabilizacji i „porządnego” życia; artystyczna rodzina Emmy gardzi przyziemnością i nie potrafi pojąć, że Adela naprawdę marzy o tym, by uczyć dzieci. Rewelacyjnym symbolem odmiennych postaw są serwowane w domach obu dziewcząt posiłki – u Emmy owoce morza i wykwintne alkohole, u Adeli niemal zawsze spaghetti. Napięcie między różnymi systemami wartości jest prawdziwą osią fabuły, przyczyną pogłębiania się samotności obu kobiet, z których każda pragnie realizować własne cele. Apodyktyczna Emma traktuje marzenia Adeli jak głupie zachcianki i uważa, że cały świat powinien się kręcić wokół jej działań artystycznych, podczas gdy młodsza z dziewcząt podąża własną drogą, bo nic innego robić nie potrafi.

Ścieranie się charakterów jest najmocniejszym punktem filmu i jeśli warto go obejrzeć, to głównie ze względu na nie. Co jednak z nieszczęsnymi scenami miłosnymi? Cały problem w tym, że nie są one ani trochę miłosne. Bohaterki po prostu rżną się nieprzytomnie, nie ma w tym krzty czułości, której domaga się miłość, a w trwającej niecałe siedem minut scenie liczba orgazmów wielokrotnie przekracza wszelką wiarygodność. Reżyser zrobił research z pozycji seksualnych i zadbał o to, by pokazać ich szeroki wachlarz. Trudno się dziwić, że scena wydaje się dłuższa, skoro upchnął w nią „najsmakowitsze” (tylko dla kogo?) kąski z sześciogodzinnych (!) zdjęć[1]. Niektórzy recenzenci podkreślają, że aktorki naprawdę uprawiały seks na planie, ale taki „prawdziwy” seks z udawanymi orgazmami mamy na jedno kliknięcie w internecie, przy czym w filmach pornograficznych, które przeważnie są dnem dna, partnerki czasem okazują sobie więcej czułości niż w filmie Kechiche’a.

Podczas oglądania tych scen na moje policzki wypełzał rumieniec. I nie był to bynajmniej rumieniec podniecenia, lecz wstydu. Napisałabym coś o męskich fantazjach na temat kobiecej miłości, gdyby nie to, że P., który był ze mną na filmie, miał zaskakująco podobną do mojej opinię o rzeczonych scenach. Na pewno wszak nie były to wizje zakochanej kobiety pragnącej opowiedzieć o swojej miłości.

Zastanawiam się, co mają na myśli osoby, które film Tunezyjczyka nazywają odważnym. Epatowanie seksem w dzisiejszych czasach nie działa ze względu na powszechną dostępność pornografii. Rozdźwięk między scenami erotycznymi a resztą filmu jest tak wielki, jakby się przełączało jakąś dźwignię, więc kompletnie nie ma tam mowy o tym, o czym snułam marzenia na początku tych rozważań: o płynnym wpleceniu seksu w historię miłosną, tak jak bywa to w życiu i jak być powinno. Jeśli Kechiche chciał (choć wątpię) pokazać świat uczuć i namiętności z perspektywy kobiety, powinien wziąć korepetycje nie z pozycji, lecz z kobiecych wartości, z czułości odczuwanej wobec partnerki, z rozkoszy wzajemnej bliskości, w której orgazm jest nagrodą i darem, a nie tylko kilkoma (przyjemnymi, a jakże) skurczami ciała. Niestety, kinematografia wciąż dzieli się na tę „dobrą”, w której są uczucia, ale nie ma seksu, i tę „złą”, którą ogląda się w ukryciu z niezdrowymi wypiekami na twarzach. Kechiche wrzucił obie te rzeczy do jednego filmu, ale zamiast je sensownie połączyć, zrobił eklektyczny zbitek dwóch odmiennych konwencji. To za mało. Za mało, by nazywać go odważnym. Za mało, żeby mówić, że nakręcił film kobiecy. Przykro mi, jeśli jakiś mężczyzna sądzi, że obejrzawszy Życie Adeli, dowiedział się czegoś o mojej płci.

„Przecięli człowieka na pół, szczując jedną połowę na drugą” – pisała sześćdziesiąt lat temu Ayn Rand. „Nauczyli go, że jego ciało i świadomość są odwiecznymi wrogami, antagonistami o przeciwnych naturach, sprzecznych dążeniach i niedających się pogodzić potrzebach, że korzyść jednego oznacza szkodę drugiego, że jego dusza należy do nadprzyrodzonego królestwa, lecz ciało jest więzieniem zła, przywiązującym ją do ziemi – i że dobro polega na pokonaniu ciała, osłabianiu go przez lata cierpliwych zmagań, robieniu podkopu wiodącego do cudownej wolności grobu.

Nauczyli człowieka, że jest beznadziejnym odmieńcem, zbudowanym z dwóch elementów, z których każdy symbolizuje śmierć. Ciało bez duszy jest trupem, dusza bez ciała widmem – a jednak taki właśnie jest ich obraz ludzkiej natury: jako pola bitewnego, na którym zmagają się trup i widmo, trup obarczony złą wolą i widmo obarczone wiedzą, że wszystko, co zna człowiek, nie istnieje, istnieje zaś tylko to, co nieznane”[2].

Wygląda na to, że po tylu latach wciąż jesteśmy niewolnikami tego rozdarcia.


[2] Ayn Rand, Atlas zbuntowany, Zysk i S-ka 2008, str. 1033­–1034.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s