Mój love-hate relationship z książkami

Dziś będzie o moich kompleksach. A właściwie o jednym kompleksie, wynikłym z faktu, że czytam mało książek. Wciąż plasuję się powyżej średniej krajowej, ale ponieważ mam wielu znajomych – czy to realu, czy w internecie – którzy książki dosłownie pochłaniają, bardzo źle czuję się ze swoimi brakami i z bliską urazy zazdrością witam kolejne wpisy na cudzych blogach, których autorzy opowiadają o książkach, jakie przeczytali w ubiegłym miesiącu. Pal licho, jeśli tych książek było pięć, bo zdarza się i dziesięć, podczas gdy moja miesięczna średnia wynosi maksymalnie jedną książkę.

W liceum, może jeszcze na początku studiów, czytałam średnio książkę na tydzień. Trudno powiedzieć, czy wliczam w tę liczbę lektury szkolne: raczej nie wszystkie, bo wyszłoby na to, że nie czytałam nic innego, ale jeśli któraś tak mnie wciągnęła, że zaczęłam ją uważać za pełnoprawną książkę – a takich, wbrew pozorom, było sporo – to chyba wliczam. Przeczytałam wtedy sporo klasyki, sporo książek ważnych. Nie będę udawać, że wszystkie je pamiętam, chociaż w porównaniu z obecnymi lekturami z tamtych starych utkwiło mi w głowie całkiem sporo. Najistotniejsze zresztą jest to, że pozostał we mnie klimat tych książek, plastyczność języka Stachury, celność spostrzeżeń Mrożka czy Gombrowicza, wyobcowanie Kafki, dylematy moralno-egzystencjalne Camusa czy Conrada, rozważania Le Guin na temat dojrzewania do pełni człowieczeństwa. Na studiach moje statystyki spadły, chociaż początkowo, mimo imprez, koncertów i kina, było nawet nieźle. Funkcjonował jeszcze w Poznaniu konsulat amerykański, a w nim biblioteka; z kolei biblioteka British Council, obecnie wyrzucona na ul. Międzychodzką, mieściła się w centralnym punkcie miasta. Czytałam więc sporo po angielsku: Ayn Rand, Wilkie Collins, Ray Bradbury, Susan Hill. Z wizyt w amerykańskiej bibliotece utkwiły mi w głowie (poza Rand, z której twórczością moje losy później nierozerwalnie się splotły) trzy książki: The Integral Trees Larry’ego Nivena, A Handbook for Visitors from Outer Space Kathryn Kramer i Strangers Gardnera Dozois (dwie ostatnie praktycznie w Polsce nieznane). Nie wiem, w jakim stopniu utkwiły dlatego, że były jednymi z pierwszych przeczytanych po angielsku (najpierwszą była The Woman in White Wilkiego Collinsa, którą do dziś uwielbiam), ale utkwiły. Mniej więcej w tamtym czasie wymyśliłam sobie, że chciałabym zostać tłumaczem literatury, choć zrealizować to marzenie udało mi się dopiero po latach.

Na drugich studiach było już gorzej z czytelnictwem, bo się usamodzielniłam i musiałam zarabiać na życie. A może raczej byłam tak zmęczona imprezowaniem, że w wolnych chwilach wolałam oglądać telewizję. Na swoje usprawiedliwienie miałam to, że słucham dużo muzyki, co także zabiera czas (dziś niestety i tę dziedzinę zaniedbałam). Tyle że wtedy nie czułam jeszcze potrzeby usprawiedliwiania się ani nie dręczyło mnie przeświadczenie, że POWINNAM czytać, a tego nie robię… Nie potrafię określić, kiedy moje stosunki z literaturą zaczęły przybierać formę tytułowego love-hate relationship, ale obstawiam, że było to w czasach, kiedy zadawałam się już z klubem Druga Era i co rusz podczas rozmowy o książkach wychodziło na jaw, że czegoś nie czytałam. Wtedy się zorientowałam, że znajomi, z którymi rozmawiam o literaturze, czytają szybciej, więcej, są bardziej na bieżąco z nowościami. Nie chcę przez to powiedzieć, że czytali wszystko „jak leci”, ale ja nie nadążałam nawet z rzeczami, które naprawdę pragnęłam przeczytać. W dodatku rozpoczynałam już powoli pracę tłumacza, więc z książkami musiałam obcować także zawodowo. Tłumaczenie literatury jest rzeczą niewdzięczną, bo o ile wielką przyjemność sprawia wpadanie na fajne pomysły, a największą postawienie ostatniej kropki (później zaś, czasem dużo później, odebranie egzemplarzy autorskich), o tyle przekładanie zdania po zdaniu, zaglądanie do słowników, głowienie się, jak by tu coś ująć, żeby miało ręce, nogi i jeszcze jakiś urok osobisty, jest żmudne i nużące. Patrząc z tej perspektywy, mogę uznać za osobiste zwycięstwo fakt, że nie znienawidziłam wszystkich książek, przy których pracowałam.

Poza widmową presją środowiska, zaangażowaniem w tłumaczenie oraz napisaniem dwóch prac magisterskich z literatury, przyczyn moich niejednoznacznych relacji uczuciowych z książkami i zwolnionego tempa lektury można upatrywać w tym, że ponieważ sama piszę, od pewnego momentu zaczęłam się bardziej przyglądać warsztatowi innych autorów. Piszę właściwie od zawsze i zapewne od zawsze czerpię z tego, co przeczytałam, ale choć to w zasadzie „robi się samo” (podobnie jak same przepływają do mojej twórczości myśli i emocje, które kłębią się w głowie), na pewnym etapie zaczęłam dostrzegać zawodową stronę tego, co wcześniej po prostu chłonęłam – zawiązanie fabuły, prowadzenie narracji, zwroty akcji, język, różne autorskie sztuczki. Nie znaczy to bynajmniej, że umykają mi czytelnicze emocje, ale w jakiejś szufladce głowy nieustannie dokonuje się analiza.

Może zresztą wszystko, co napisałam powyżej, jest nędzną wymówką, bo tak naprawdę po prostu lubię rozmyślać o niebieskich migdałach i temu zajęciu poświęcam połowę wolnego czasu. Z owych migdałów powstałoby całkiem sporo pasjonujących książek, gdybym tylko chciała i umiała je napisać…

Tak czy owak, wolne czytanie jest w moim wypadku smutnym faktem. W związku z tym kilka lat temu postanowiłam, że ograniczę się do czytania książek, które naprawdę chcę przeczytać, całkowicie pomijając coś, co jest popularne albo wychwalane, ale nie wzbudza we mnie większego rezonansu. Gdybym czytała szybciej i miała mniej książek w kolejce, chętnie sięgnęłabym i Martina, i po Sapkowskiego, i może nawet… no dobra, bez przesady – trudno jednak na to liczyć, skoro od paru lat jestem dramatycznie do tyłu z tak cenionymi przeze mnie autorami jak Egan, Banks czy Neal Asher (w przypadku dwóch ostatnich modlę się, żeby przeczytać choćby to, co mam w domu; Egana niestety mam całego, bo P. kupuje). Same wyrzuty sumienia wobec tych autorów wywołują jednak we mnie takie zmęczenie, że wzrok dosłownie mi się od nich odwraca. Na szczęście istnieją jeszcze pisarze, którzy są wartościowi, a zarazem nieco mniej wymagający od czytelnika. Właśnie po takich sięgam ostatnio najchętniej.

Od czasu do czasu robię wyjątek i biorę jakieś czytadło, przy którym nie muszę zbyt wiele myśleć, bo i tak nie zamierzam autora naśladować ani nawet recenzować. Ostatnio takim czytadłem był Cień wiatru Carlosa Ruiza Zafóna, który czytało mi się szybko, z przyjemnością i szczerym śmiechem, choć nie zamierzam wybaczyć autorowi faktu, że bohater zapowiedział swoją śmierć, a potem nie umarł. Tego się nie robi czytelnikom. Cień wiatru to taki pastisz Kobiety w bieli, choć nie dam głowy, że autor widzi to tak samo. Zaraz po przeczytaniu powędrował do szafki w korytarzu, do której trafiają książki niekwalifikujące się na regał.

Starość – to chyba najlepsze podsumowanie powyższych wywodów. Umysł mi się zamulił. Wypada się cieszyć, że w ogóle jeszcze coś czytam. Gdybym się nie zadawała z książkolubami (z jednym niestety mieszkam), pewnie miałabym nawet jakąś przyjemność z czytania tej jednej książki na miesiąc zamiast myśleć o tych wszystkich, których nie przeczytałam. I czasem tak się dzieje, gdy zazdrośnica i frustratka we mnie przegrywa z miłośniczką słowa pisanego, a właściwie w ogóle słowa, którą kiedyś byłam…

Więc proszę, nie wymagajcie ode mnie, żebym czytała więcej. Może wtedy naprawdę nauczę się cieszyć lekturą tak jak przed laty.

One response to “Mój love-hate relationship z książkami

  1. Ja zawsze pocieszam się tym, co przeczytałem kiedyś u Nabokova (który z kolei cytował Flauberta): „Jakimże mędrcem byłby człowiek, gdyby poznał dobrze choćby pięć lub sześć książek!”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s