Stare dzieje 11 – liceum

nagana001

W roku 1985 zdałam egzaminy i dostałam się do XI LO (noszącego wówczas imię Georgi Dimitrowa, który był słynnym bułgarskim komunistą i ma w Sofii swoje mauzoleum), do klasy ogólnej z językiem angielskim. Wprawdzie takiej klasy było jedynie… pół, bo druga połowa miała niemiecki, i z racji zbyt wielu kandydatów początkowo chciano mnie przerzucić na biol-chem, ale wysłałam matkę do szkoły, a ona wytoczyła argument o wadzie wzroku i jakoś znalazło się dla mnie miejsce na profilu ogólnym. Angielski był dla mnie ważny, bo słuchałam dużo muzyki i chciałam umieć zapisywać tytuły z radia, a nawet zrozumieć coś z tekstów. W tamtych czasach styczność z tym językiem miało się głównie przez muzykę. No i przez filmy w kinie, bo te w telewizji (jak teraz) miały lektora, który skutecznie zagłuszał oryginalne dialogi.

Szczerze mówiąc, uważam się za stuprocentową humanistkę i nie bardzo sobie wyobrażam, jak potoczyłaby się sytuacja, gdybym istotnie znalazła się na biol-chemie. Pewnie miałabym gorsze oceny i większą nerwicę. Dzięki interwencji mamy trafiłam jednak na odpowiedni profil (humanistycznego ani z poszerzonym angielskim w naszej szkole nie było, bo gdyby były, może bym się na któryś skusiła) i do fajnej klasy. No bo czyż nie mogła być fajną klasa, o której nasza wychowawczyni mawiała: „Jesteście tacy leniwi, że aż śmierdzi w całej szkole!”?

Nasza wychowawczyni (począwszy od drugiej klasy), polonistka, pani prof. Szwejkowska, była postacią barwną. Chyba na zawsze zostaną mi w pamięci jej powiedzonka „Panie Boże, spuść nogę i kopnij!”, „Co ty mi tu będziesz opowiadał, przecież ja mam doświadczenie, nie żyję pierwszy raz!” i przekręcanie naszych nazwisk (mnie nazwała kiedyś Matołowską). Nie doceniała mnie tak jak polonistka z podstawówki, a wręcz zlekceważyła moje talenta, ale kubeł zimnej wody na głowę się przydał, biorąc pod uwagę to, co czekało mnie w dorosłym życiu. Przed samą maturą okazało się zresztą, że nawet jeśli nie talenta, to przynajmniej moje oczytanie nie umknęło jej uwagi.

Ale co my tu o maturze, skoro szkoła dopiero się zaczęła. Przez pierwszy rok, jak wspomniałam, mieliśmy inną wychowawczynię, rusycystkę, prof. Andrucewicz. Była jedną z trzech rusycystek w szkole i na szczęście nie tą, której wszyscy się bali. Później, gdy poszła na urlop macierzyński, trafiliśmy na drugą z „niegroźnych” – prof. Klimas, która uczyła nas już do końca szkoły i była chyba najlepszą z tej trójki (choć nie miała tak pięknego akcentu jak moja wychowawczyni z podstawówki, p. Marcinkowska). Trzecia, wspomniany postrach, pani J., pojawiała się u nas jedynie na zastępstwach. Mogę sobie tylko wyobrażać, co ta kobieta robiła w naszej szkole, bo odnosiłam wrażenie, że rosyjski zna średnio, a zachowywała się jak ktoś ważny.

W ogóle prawdziwe postrachy w szkole były trzy i szczęśliwie moja klasa nie trafiła na żaden z nich. Matematyczka, pani Schmidt, podobno – jak usłyszałam po latach – była osobą bardzo przyzwoitą, lecz jako nauczycielka budziła grozę. Biorąc pod uwagę fakt, że w mojej klasie niewielu było orłów z przedmiotu, napawa radością, że trafiliśmy na inną nauczycielkę tego przedmiotu – panią prof. Kościelniak, która była osobą ludzką i pochylała się nad naszą tępotą.

Trzecim postrachem była pani O., ucząca polskiego. Jak już wspomniałam, my ten przedmiot mieliśmy z prof. Szwejkowską, niemniej z panią O. zetknęłam się w czwartej klasie przy okazji fakultetu. Początkowo zapisałam się na matematyczny, wychodząc z założenia, że pomoże mi się przygotować do matury. Prowadząca go pani Schmidt szybko mi pokazała, że nie rozumiem znaczenia słowa „fakultet” – ten bowiem miał być poszerzeniem materiału dla osób, które program szkolny mają w małym paluszku. Uzyskawszy odpowiedź, że przenosiny na inny fakultet są już niemożliwe, wysłałam matkę do szkoły (żeby nie było, że jestem jakąś „maminącórcią”: wysłałam ją w ciągu tych czterech lat zaledwie dwa razy i trzeba przyznać, że za każdym razem załatwiła sprawę) i zaraz znalazło się dla mnie miejsce na fakultecie humanistycznym, prowadzonym właśnie przez panią O. Po kilku godzinach spędzonych na matmie słuchanie o rzeczach zrozumiałych w zrozumiałym języku było dla mnie taką ulgą, że w żadnym razie nie uważałam pani O. za postrach. Uważałam ją natomiast za próżną i zarozumiałą pindę. I to nie tylko dlatego, że usłyszawszy, iż wybieram się na polonistykę, zmierzyła mnie wzrokiem i powiedziała: „Chciałabym się mylić, ale nie masz żadnych szans”. To był zresztą pikuś, zwłaszcza że i tak na polonistykę nie poszłam. Pani O. była osobą, która w gablocie z książkami trzyma buty. Pozwoliło to docenić prof. Szwejkowską, która mimo skandalicznego niedoceniania mojej osoby miała w głowie więcej oleju i była po prostu sympatyczniejsza.

IMG_3213

Przyznam jednak, że do wychowawczyni mam pewien osobisty żal i to nie tylko z racji trói z polskiego na koniec roku w trzeciej klasie, przez którą musiałam zdawać ustną maturę, ale przede wszystkim ze względu na nagłośnienie przed dyrekcją szkoły i gronem nauczycielskim sprawy ekscesów na wycieczce do Karpacza w drugiej klasie. Ekscesy polegały na tym, że koleżanka Szalupa i ja upiłyśmy się. Tak naprawdę alkohol spożywało jedenaście osób, ale my, jak to mawiają dorośli „nie umiałyśmy pić”, wskutek czego wpadłyśmy w szpony pani profesor i drugiej opiekunki. Sprawa zatoczyła kręgi tak szerokie, że groziło nam nawet usunięcie ze szkoły. Słyszałam pogłoski na temat tego, która z pań profesor (dlaczego mnie nie dziwi, że w ogóle nieucząca naszej klasy?) takie rozwiązanie sugerowała. Nie wiem jednak, czy to prawda, więc przemilczę. W jakimś stopniu rozumiem decyzję wychowawczyni o nagłośnieniu sprawy – zapewne uważała, że zapobiega rozszerzeniu się „patologii”, a kara nauczy nas rezonu (czy też, jak by to powiedziała pani prof. Zając, kindersztuby) – ale moim zdaniem zrobiłaby więcej dobrego, gdyby jeszcze przed powrotem do Poznania wezwała nas na dywanik i postraszyła, że jeśli cokolwiek choć w przybliżeniu podobnego znów się zdarzy, poruszy sprawę na radzie pedagogicznej. Po pierwsze, zapewne zdawała sobie sprawę, że w imprezie uczestniczyło więcej osób, a my wpadłyśmy przez głupotę lub – jak kto woli – słabe żołądki. Po drugie, jeśli sankcje miały spełniać funkcję odstraszającą, to były zupełnie niepotrzebne, bo nasza klasa i tak już nigdy na wycieczkę nie pojechała, a od picia na domowych imprezach nikogo to nie powstrzymało. Jedynym skutkiem sankcji były nerwy nasze i rodziców, terror w domu, naganne sprawowanie na świadectwie i ogólna masakra.

Akurat to naganne sprawowanie w sumie mi się przysłużyło. Byłam bowiem w trakcie załatwiania sobie przenosin do „lepszej” szkoły, na profil z poszerzonym angielskim. Nauczyciel dał mi do przerobienia podręcznik i miałam mu go zreferować pod koniec roku szkolnego, a jeśli uzna, że się nadaję, miał wesprzeć moje przenosiny do jego szkoły i klasy. Nie wiem, czy to by wypaliło (przepytał mnie i stwierdził, że umiem na czwórkę, co jednak nie oznaczało, że dyrekcja się zgodzi na przyjęcie mnie), ale naganne sprawowanie na świadectwie przekreśliło moje szanse. I całe szczęście, bo gdybym w połowie nauki zostawiła moją szkołę i moją klasę, różnie by mogło być. Po pierwsze, co z tego, że angielski w miarę opanowałam, skoro nie wiadomo, czy nie wyskoczyłby nagle problem z matmą czy fizyką. Po drugie, nie zawsze łatwo się oswajam z nowym otoczeniem. Pewnie się zastanawiacie, skąd w ogóle wziął się pomysł przenosin. Odpowiedź jest równie prosta, co głupia: w tamtych czasach panowało przekonanie, że jeśli ktoś nie uczęszczał do klasy z poszerzonym angielskim albo nie brał korepetycji (które były drogie, a dobrego korepetytora niełatwo było znaleźć), nie ma szans dostać się na anglistykę. Przynajmniej takie było przekonanie moich rodziców, które zapewne zaczerpnęli od kogoś innego, a ja nie miałam dość wiedzy o świecie, żeby je podważyć. Ponieważ zaś chciałam studiować anglistykę, najprostszym wyjściem wydawały się przenosiny na profil poszerzony.

Dzisiaj się zastanawiam, jak to możliwe, że moi starzy, a razem z nimi ja, wierzyli w takie głupoty. Owszem, możliwości samodzielnej nauki były wtedy mniejsze – nie oglądaliśmy filmów w oryginale, nie było internetu, dostęp do anglojęzycznych książek czy czasopism był ograniczony – ale kurczę, nie żyliśmy w kulturowej próżni, uczyłam się języka z utworów muzycznych (których teksty, często po angielsku i polsku, drukowano w czasopismach, a w „Rock-Serwisie” Piotra Kosińskiego można było kupować książeczki z tekstami całych płyt), działała już biblioteka British Council, słowem – spokojnie mogłam uzupełnić wiedzę szkolną dodatkową pracą własną i/lub kursami, by móc startować na anglistykę i mieć szanse. Zgoda, nie byłoby łatwo się dostać, bo na jedno miejsce przypadało 4–5 osób, natomiast zależność między byciem w klasie z poszerzonym angielskim lub braniem korepetycji a dostaniem się na filologię nie była oczywista. Co ciekawe, rodzice w końcu, w czwartej klasie, na te korepetycje mnie posłali. Nie wiem, skąd wzięli tę kobietę – była to młoda anglistka z malutkim dzieckiem, które czasem podczas lekcji karmiła piersią, co mnie bardzo krępowało (ojej, no wiem, że to normalne, ale byłam wtedy płochliwą nastolatką). Do lekcji kompletnie się nie przygotowywała, brała pierwszy z brzegu artykuł i kazała mi go czytać. Niestety wtedy nie miałam dość pewności siebie, by tak ocenić jej działalność, a tym bardziej powiedzieć o tym rodzicom, którzy uważali, że wyświadczają mi wielką przysługę. (W rzeczywistości znacznie więcej dał mi kurs w studium przy ul. Słowackiego, na który chodziłam przez całą trzecią klasę). W końcu tak mnie zmęczyły te oczekiwania ich i mojej anglistki z liceum (która sobie umyśliła, że jako jej pierwsza uczennica dostanę się na te studia), że po jakichś dwóch miesiącach uczęszczania do tej pani stwierdziłam – koniec, nie będę koniem wyścigowym, pójdę na inne studia, które nie wymagają stawania na rzęsach. Rodzice oczywiście zrobili mi awanturę. No bo tak – nie dość że oni się wykosztowali na darmo, to jeszcze zamiast iść na studia, które dadzą mi dobrą pracę i pieniądze, chcę iść na jakąś filozofię.

Gdyby w tamtych czasach istniała możliwość jednoczesnego zdawania na kilka kierunków, może i poszłabym na tę anglistykę. Ba, gdybym wiedziała, co się wydarzy, i mogła to zmienić, może zapisałabym się na egzamin mimo ryzyka, że się nie dostanę i stracę rok. Bo i tak straciłam. Choć jednocześnie zyskałam.

Na filozofię też nie poszłam, ale o tym później. Na razie wróćmy do szkoły i do sankcji, które mnie spotkały po nieszczęsnej wycieczce do Karpacza. Przypuszczam, że w dzisiejszych czasach w zwyczajnym państwowym liceum bez jakiegoś wielkiego zadęcia sprawa upicia się dwóch uczennic na wycieczce nie miałaby aż takich reperkusji. Ale i w naszych, a nawet wcześniejszych czasach zdarzały się różne wyskoki i nie zawsze odbijały się takim echem. Słyszałam na przykład od koleżanek z równoległej klasy, że na ich wycieczce doszło do większego niż u nas pijaństwa i większych szaleństw, a jednak wychowawczyni zachowała to dla siebie. Ktoś może powiedzieć, że właśnie ona zrobiła źle, kryjąc tak niegodne zachowania zamiast je nagłośnić i napiętnować. Moim zdaniem młodzież ma to do siebie, iż próbuje różnych zakazanych rzeczy, a im surowszych ma rodziców, tym bardziej prawdopodobne, że będzie ich próbować na wycieczkach czy obozach. Ja na przykład musiałam się moim opowiadać, dokąd idę, i nawet z DKF-u wracać o 22.00, choćby i oznaczało to wyjście z kina przed końcem filmu. Na imprezy nie chodziłam, po starym (tak nazywano Stary Rynek, miejsce przesiadywania subkultur) się nie włóczyłam. Kiedy więc parę miesięcy przed sławetną wycieczką pojechałam na obóz zimowy na Węgry i pojawił się tam alkohol, upiłam się pierwszy, a także drugi i trzeci raz w życiu. Widać jednak węgierskie alkohole były lepsze, a może mieszania mniej, bo jakoś żołądek wytrzymał. Film mi się nie urwał, tylko zegarek zepsułam, bo całą noc leżał zalany piwem. I co? I nic. Starzy się nie dowiedzieli, awantury nie było, w alkoholizm nie wpadłam. Nie wpadłabym w niego również po wycieczce do Karpacza. Nikogo też w picie nie wciągałam, bo w klasie były osoby znacznie lepiej obeznane z tematem, czego – jak przypuszczam – pani profesor się domyślała. Awantura i sankcje były kompletnie bez sensu. Nawet jeśli wychowawczyni uważała, że powinna zawiadomić rodziców, mogła to zrobić z pominięciem dyrekcji i całej rady pedagogicznej. Co notabene również nie miałoby sensu, bo liberalni rodzice nie zrobiliby z tego wielkiej sprawy, a przy surowych i tak częste upijanie się nie groziło.

Wychowanie przez zastraszanie nie działa. Do matury pilnowałam się ze strachu przed rodzicami – owszem, na osiemnastkach wypiłam lampkę czy dwie, ale na tym koniec – natomiast potem miałam okres odreagowania i zdarzało mi się ostrzej zatankować. Próbowałam też innych rzeczy. Myślę, że takie próbowanie jest udziałem wielu młodych ludzi niezależnie od tego, z jakich pochodzą domów, ale im bardziej otoczenie reaguje terrorem, tym bardziej stają się samotni i mają większą ochotę sięgać po alkohol czy używki. Żeby nie było – brak zainteresowania tym, co robią ich dzieci, i totalne im pobłażanie jest takim samym olewaniem i powoduje taką samą (choć może mniej neurotyczną) samotność. Lepiej jednak z dziećmi rozmawiać, niż drzeć się na nie i wymyślać absurdalne, acz bolesne kary w rodzaju zakazu słuchania muzyki. Ja niestety byłam w domu rodzinnym bardzo samotna, nad czym ubolewam i moi rodzice chyba też, bo sami mieli swoje problemy i jeszcze wrażliwe dziecko im się trafiło.

Miał być wpis o liceum, a zrobił się o aferze alkoholowej. Warto jednak zaznaczyć, że nie tylko za tak poważne afery karano sankcjami. W trzeciej klasie na przykład całej mojej grupie (czyli połowie klasy, wyjąwszy tych, których akurat nie było w szkole) nie chciało się pisać sprawdzianu z angielskiego, więc zwialiśmy z lekcji. Karą była zamieszczona w nagłówku niniejszego wpisu nagana oraz… nieodpowiednia ocena ze sprawowania na koniec roku. To o stopień wyżej niż naganna, ale też wygląda nieładnie, a smuci tym bardziej, że sprawdzian pewnie nieźle bym napisała.

Mimo tych perturbacji finisz miałam przyzwoity. W czwartej klasie uzyskałam całkiem niezłe wyniki (w granicach średniej 4.0) i – wreszcie – dobrą ocenę ze sprawowania. Pisemna matura nie była dla mnie wielkim stresem, choć matmy (obowiązkowej) się bałam ze względu na swoje nieuctwo w tej dziedzinie. Na polskim trochę ściągałam – ponieważ mylili mi się autorzy wierszy z dwudziestolecia międzywojennego, a głównie miałam problem z zapamiętaniem, które napisał Tuwim, a które Staff, wypisałam sobie tytuły wierszy pod każdym autorem. Traf chciał, że pojawił się temat o Staffie… Dostałam piątkę, a matmę właściwie bez ściągania (pani profesor próbowała mi podpowiadać, ale co z tego, że podyktowała układ równań, skoro nie umiałam go rozwiązać) napisałam na trzy. Ustnie zdawałam polski, angielski i historię – wszystkie zdałam na pięć, choć historię trochę fuksem, bo podeszły mi pytania.

To ostatnie mogło mieć duży, początkowo niedobry, a potem może nawet dobry wpływ na moje dalsze życie. Zdając maturę, wciąż bowiem nie wiedziałam, na jakie zdawać studia. Przez jakieś dwa i pół roku szłam na anglistykę, a potem to całe zamieszanie z korepetycjami, poczuciem przymusu i durnym przeświadczeniem, że bez korepetycji nie można się dostać, oraz drugim, że na pierwszym roku trzeba zakuwać od rana do nocy, żeby nie wylecieć, sprawiło, że porzuciłam ten pomysł i wybierałam się kolejno na filozofię, kulturoznawstwo, polonistykę, aż w końcu, uznawszy, że na polonistkę się nie nadaję (tym bardziej że tam też trzeba zakuwać), wybrałam historię. Z tą historią to było tak: wtedy wydawało mi się, że się nią interesuję. Czasy były ciekawe (zdawałam maturę w 1989 roku, kilka dni przed pierwszymi półwolnymi wyborami), a nasza historyczka, pani prof. Górna, potrafiła mówić o najnowszych dziejach naprawdę fascynująco. W ogóle zresztą historia z nią rzadko bywała nudna, choć same podręczniki polotem nie grzeszyły. Kiedy dostałam tę piątkę na maturze, pomyślałam, że studiowanie historii to fajny pomysł. Okazało się, że może fajny, tyle że nie dla mnie. Ale o tym już naprawdę innym razem.

Jakoś szybko przeleciałam tym wpisem przez całe liceum. Ale tak: o DKF-ie pisałam już wcześniej, o obozach jeszcze napiszę, życie towarzyskie kręciło się głównie wokół szkolnych aliansów (o miłości nie pytajcie, bo nie były odwzajemnione) – lekturom trzeba by chyba poświęcić osobny wpis… Aaaa, właśnie, pisałam o aferze alkoholowej, a nie napisałam o ćmikach. Ćmiki to po poznańsku papierosy. Otóż ćmiki paliło się w dwóch miejscach: w kiblu i za transformatorem. Zimą i podczas krótkich przerw oczywiście w kiblu, natomiast kiedy boisko było otwarte, szło się za transformator na jego odległym skraju (ktoś nawet narysował tam postać z wielkim nochalem i papierosem w zębach i podpisał „Smoking Club”). Nauczyciele wiedzieli, co tam robimy, więc większość z nich przezornie nie zapuszczała się w te rewiry. Złośliwie zapuszczała się w nie pani prof. Zając, która również robiła czasem naloty na kible.

Warto powiedzieć coś o nauczycielach. Wielu z nich już nie żyje, o niektórych nie mam wieści. Nie ma sensu rozpisywać się o każdej osobie, ale jest kilka zasługujących na wzmiankę. Mojej wychowawczyni, pani profesor Szwejkowskiej, poświęciłam już sporo słów i choć były wśród nich słowa gorzkie, wspominam ją z sympatią jako osobę oryginalną, ciekawą i oczytaną, z poczuciem humoru. Wspomniałam też o prof. Górnej – surowa, ale miła, prawdziwa humanistka z zacięciem pedagogicznym, dobra nauczycielka. Fizyki uczyła nas prof. Berus – nie wiem, czy byliśmy tak tępi, czy ona miała takie wysokie wymagania, ale dla wszystkich osób w klasie oprócz może trzech ten przedmiot był czarną magią. Pani profesor jednak odpytywała tak długo, aż największego tumana udało jej się wyciągnąć za uszy. Dwóje (jedynek wtedy nie było) stawiała chyba tylko wtedy, gdy ktoś miał już „laczki” z innych przedmiotów albo nie pofatygował się na lekcję, na której miało miejsce ostatnie odpytywanie. Pani prof. Kościelniak od matematyki – jak kogoś nie lubiła, potrafiła mu dopiec, i pewnie dlatego zdania o niej (podczytane kiedyś na „Naszej Klasie”) były bardzo podzielone, ale ja osobiście lubiłam ją i byłam przez nią lubiana. W pewnym okresie miałam wręcz do niej taki stosunek jak do zastępczej matki i jestem pewna, że gdybym chciała z nią pogadać, zwierzyć się ze swoich licznych problemów egzystencjalnych, wysłuchałaby mnie i może nawet doradziła coś mądrego, ale oczywiście nie było mowy, żebym się odważyła. Żałuję, bo życie mi pokazało, że jeśli ktoś jest dla nas ważny, a nie okazujemy mu tego, później prześladuje nas poczucie straconej szansy. Ale rozumiem, że taka śmiałość była dla mnie wtedy poza zasięgiem.

Bardzo stresująca była geografka – pani prof. Zając (której dewiza brzmiała: „Nie będę biegać jak chart” ;)) Z kolei pan Kaszkowiak od przysposobienia obronnego, emerytowany pułkownik (podpułkownik?), choć stosunkowo niegroźny w porównaniu z nauczycielami P.O. z innych szkół, jednak trochę dał mi się we znaki, bo byłam łamagą i wszelkie ćwiczenia praktyczne sprawiały mi kłopot – kiedy strzelaliśmy z wiatrówki, nie miałam nawet siły zamknąć lufy po włożeniu naboju, kiedy zakładaliśmy maski gazowe, odpadła mi rurka, a kiedy mieliśmy się nawzajem bandażować, zapytał na widok opatrunku, który założyłam koleżance: „To jest opatrunek czy kiełbasa domowego wyrobu?”. Kontrowersyjną postacią była anglistka, przedwcześnie zmarła pani prof. Szpaderska-Wojnowska. Nie bardzo pasowała do grona nauczycielskiego, zadawała się z artystami, krążyły historie o imprezach w jej mieszkaniu. Dużych problemów jednak nam nie sprawiała i ceniła otwarte umysły.

Na sam koniec wspomnę osobę pełną pasji, jaką była nauczycielka muzyki – pani prof. Przechera. Bezsprzeczną jej zasługą jest obudzenie w niektórych z nas zainteresowania muzyką poważną poprzez propagowania akcji Pro Sinfonika, w ramach której raz w miesiącu odbywały się w auli UAM koncerty dla młodzieży szkolnej. Nasza szkoła brała też udział w konkursie Pro Sinfoniki i przez kilka lat z rzędu go wygrywała. Pani profesor słynęła z donośnego głosu – kiedy usiadła przy pianinie i zagrzmiała, trzęsła się cała szkoła. Ale pasja do muzyki to nie wszystko. Z równą pasją pani profesor próbowała pomagać ludziom. Na przykład założyła kabaret, który raczej nie składał się z dobrych i bezproblemowych uczniów, a wręcz przeciwnie. Czasem za to dobre serce jej się obrywało, bo na przykład poszła porozmawiać z matką jednego takiego problemowego ucznia, a on jej za to zrobił awanturę. Szczerze powiedziawszy, sama bym się wściekła, gdyby ktoś za moimi plecami rozmawiał z matką o moich problemach, więc nie dziwię się chłopakowi. Cóż – dobrymi chęciami wybrukowane jest piekło… Pani profesor, jak wielu naszych nauczycieli, zmarła przedwcześnie. Nauczycielstwo to chyba nie jest zdrowy zawód.

Oczywiście to, co napisałam, to jedynie wierzchołek góry lodowej. Klasę też mieliśmy ciekawą, pełną oryginalnych postaci. Nie wszystkie dotrwały do matury. Nie wiem, czy te osoby życzyłyby sobie, żebym tu o nich zbyt wiele pisała, ale warto przytoczyć parę ciekawych historyjek z życia klasy. Postaram się je zebrać w kolejnym odcinku.

2 responses to “Stare dzieje 11 – liceum

  1. Świat jest mały – również chodziłem do jedenastki. Zacząłem dwa-trzy lata później więc mijaliśmy się na korytarzach. Byłem na biol-chemie a moją wychowawczynią była kochana pani Berus, panią Szwejkowską wspominam jako przerywnik komiczny – do dzisiaj pamiętam jak wchodziła na ławki z konewką, deptając po zeszytach i fałszując „Oh my darling” podlewała swoje ukochane kwiatki, albo jak brała rozpęd żeby przysiąść na ławce. Popsztykaliśmy się trochę, miałem oceny 5/2/5/2 z przewagą dwójek, (raz dostałem cztery dwóje pod rząd na dwóch kolejnych lekcjach – za zeszyt i wiersz – po przerwie dalej go nie umiałem😛 ) więc wychodziło na trójkę ale nie była mściwą kobitą jak pani Zając przez którą mało klasy nie powtarzałem. Kaszkowiak to była postać z poprzedniej ery, nie potrafiłem go traktować poważnie (nie na pokaz oczywiście). Prof. Przecherę wspominam b. ciepło. Pani Schmidt od matematyki była twarda ale b. sprawiedliwa i zależało jej na tym żebyśmy opanowali materiał – zdawało się poprawkowe sprawdziany tak długo aż się zdało. Migałem się na maksa z odrabiania zadań domowych aż dostałem lampę z zeszytu, lampę za brak zadania i lampę z odpowiedzi jak poszedłem do tablicy. Pamiętam jaka się zrobiła cisza w sali jak chciała mi przerwać bo zrobiłem gdzieś błąd w zadaniu a ja fuknąłem „cicho, nie przeszkadzać jak liczę”. Przeliczyłem zadanie do końca, podstawiłem, wyszło źle, prześledziłem zapis, znalazłem błąd, wstawiłem poprawki, podstawiłem nowy wynik, stwierdziłem zgodność (wszystko na głos), odwróciłem się i powiedziałem „Proszę”. Dostałem 4😉
    Jak ją spotkałem kilka lat po skończeniu liceum i podziękowałem za nauczenie matematyki bo mi się przydawała na polibudzie to miała łzy w oczach – chyba niewielu uczniów jej dziękowało.
    Na maturze jako jedyny z klasy miałem piątkę z pisemnego Polskiego – napisałem porównanie Średniowiecza i Baroku, na 1,5 strony, nie wymieniając ani jednego autora, ani jednego tytułu utworu, ani jednej daty. Matka rozmawiała z panią Szwejkowską która rozpływała się nad tą pracą i powiedziała że została wysłana do kuratorium jako wzorcowa. Biedne dziewczyny pisały po 6 stron i miały tróje przez błędy orto…
    Matematyka pisemna, 5, Polski ustny 4 (pokłóciłem się z dyrektorka o znaczenie jakiegoś słowa😉 ), Fizyka ustna 5, angielski ustny 3 (nie chciałem rosyjskiego a wiedziałem już, że chcę się nauczyć angielskiego).

    Z Berusową i jej przyjaciółką, panią od chemii jeździliśmy potem dwa razy do Szklarskiej Poręby na wyjazdy wspomnieniowe w latach po ukończeniu liceum.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s