Stare dzieje 11 – suplement

No i teraz wyszło na to, że w moim poprzednim wpisie lekceważę picie alkoholu przez młodzież i nie widzę nic złego w tym, że ktoś w wieku szesnastu lat parokrotnie się upił. Otóż jest to duże uproszczenie, o czym wiedzą osoby, które uważnie przeczytały tamten wpis. Ktoś powie, że moje rozważania nie są obiektywne, bo nie mam dzieci i nie wiem, jak to jest patrzeć na sprawę z punktu widzenia rodzica. Miana obiektywnej sobie nie uzurpuję i nie jestem pewna, czy w ogóle istnieje spojrzenie na tę kwestię dość szerokie, by je nazwać obiektywnym. Każdy przypadek jest inny, każde dziecko, każdy rodzic i każda sytuacja. Sądzę natomiast, że mój punkt widzenia jest o tyle wartościowy, iż zawierają się w nim zarówno odczucia ówczesnej mnie, jak i refleksje mnie starszej o dwadzieścia parę lat.

Pewne jest to, że w tamtych czasach ciągnęło mnie do papierosów, alkoholu, używek. Postrzegam to jako wyraz buntu oraz rozpaczliwą chęć znalezienia w życiu czegoś, co wytrąci mnie z depresyjnej nudy. Mniej więcej od trzynastego roku życia – w jakimś miejscu określiłam to jako wiek, w którym zaczęłam myśleć własnym mózgiem, choć równie dobrze można powiedzieć, że mózg właśnie mi się zamulił przez hormony związane z dojrzewaniem – uważałam, że życie jest całkowicie bezsensowne i trzymała mnie przy nim tylko… he he, wcale nie myśl o samobójstwie, lecz wiara w to, że kiedy stanę się dorosła, wszystko magicznie się odmieni. Do tej dorosłości trzeba było jednak dotrwać (a wydawała się strasznie odległa), więc szukało się rzeczy, które choć na chwilę wyrwą człowieka z marazmu codzienności. O takie rzeczy wcale nie było łatwo. DKF Absolwent w kinie Wilda był jedną z ważniejszych licealnych odskoczni, a przy okazji pozwolił na zobaczenie wielu dobrych filmów (acz z niektórych, jak wspomniałam, musiałam wyjść przed końcem). Czasem, jeśli akurat nie miało się szlabanu, szło się na jakiś koncert. Raz przeczytałam na szkolnej gazetce ogłoszenie, że będzie spotkanie kółka literackiego, ale kiedy poszłam o danej godzinie do danej sali, odbiłam się od drzwi. Albo kółko nie powstało, albo przeniesiono spotkanie – a ponieważ kółkiem miała się opiekować nauczycielka, której nie znałam, nie było mowy, żebym się odważyła do niej podejść i spytać.

Była też grupa młodzieżowa, która spotykała się w punkcie Monaru przy placu Asnyka. Nie pamiętam, jak tam trafiłam. Chyba przez koleżankę z podstawówki. Powiedziała mi, że idzie na taką grupę, gdzie się gada i robi różne fajne rzeczy, np. zabawki dla dzieci z domu dziecka. Ta grupa nie miała żadnego związku z podstawową działalnością Monaru – powstała dla młodych ludzi, którzy albo chcieli robić coś ciekawego, albo byli takimi trochę outsiderami i szukali sensu życia. Poszłam tam jednak tylko raz czy dwa, bo moi rodzice z typową dla siebie wnikliwością stwierdzili, że jeszcze poznam jakichś narkomanów i zacznę brać. Na nic się zdało tłumaczenie im, że a) w grupie nie ma narkomanów, tylko zwykła młodzież taka jak ja, b) nawet jeśli spotkam jakiegoś narkomana, to skoro przychodzi do Monaru, raczej chce się leczyć niż wciągać kogoś w ćpanie. Ja po prostu chciałam poznać fajnych ludzi i robić coś fajnego. Nawet jeśli czasami miałam ochotę zapalić trawę czy wziąć jakieś prochy, oddział Monaru byłby ostatnim miejscem, w którym próbowałabym je zdobyć. Koleżanka z klasy dość mocno siedziała w temacie – wystarczyło ją poprosić, żeby coś dla mnie załatwiła. Nigdy się nie odważyłam, co akurat wyszło mi na dobre. Ale gdybym to zrobiła i nie daj Boże wpadła w jakieś tarapaty, przynajmniej wiedziałabym, gdzie szukać pomocy.

Później, pod koniec liceum, zdarzało mi się wpadać do Monaru ot tak, żeby pogadać. Właściwie pamiętam tylko jedną pracowniczkę, Krystynę. Może najczęściej miała dyżur, a może akurat z nią lubiłam rozmawiać.

Ogólnie w czasach licealnych nie bardzo było się czym zająć, jeśli było się osobą bez talentów sportowych czy muzycznych, niełatwo nawiązującą kontakty i raczej smutną. Dużo korespondowałam, wielkim oknem na świat była dla mnie lektura tygodnika „Na przełaj”, stwarzająca wrażenie, że gdzieś w Polsce dzieje się mnóstwo ciekawych rzeczy, czytałam książki i maniakalnie słuchałam muzyki (audycje Kaczkowskiego, Beksińskiego, Szachowskiego, Chojnackiego), ale zasadniczo moje życie było smętne. Szkoła – dom, szkoła – dom, lekcje trzeba odrobić, nauczyć się, pyry obrać. Może byłam typem depresyjnym, ale kiedy wspominam rozmowy z koleżankami, wydaje mi się, że większość miała tak samo. Nic dziwnego, że szukało się ucieczki od tej monotonii – papierosek na przerwie, alkohol na wycieczce, a jakby się napatoczyło, to może i coś więcej.

A teraz z dorosłego punktu widzenia: nie chodzi wcale o bagatelizowanie upijania się jako czegoś niegroźnego; czegoś, przez co spory odsetek młodzieży musi przejść jak przez ospę czy różyczkę. Chociaż może nawet jest to dobre porównanie, bo po ospie czy różyczce też mogą wystąpić powikłania, a jednak kiedy ktoś zachoruje, nie wpadamy od razu w popłoch. Tak naprawdę chodziło mi o coś innego: o to, że w opisywanym przeze mnie przypadku dorośli skupili się na epizodzie alkoholowym, całkowicie ignorując szerszą perspektywę. Perspektywę, w której mieści się i samotność młodego człowieka, i chęć spróbowania zakazanego, i wreszcie – last but not least – prawo do popełnienia błędu. Kiedy myślę o tym ostatnim, dochodzę do wniosku, że większość mojego życia definiowały błędy i niepowodzenia. To one stanowiły rozpoznawalne momenty w historii, punkty orientacyjne wyznaczane najpierw przez rodziców: „Wtedy się upiłaś”, „Wtedy wróciłaś w nocy z koncertu Lady Pank”, a potem przeze mnie samą: „Wtedy zawaliłam to czy tamto”, „Wtedy się zakochałam w Iksie, a on mnie olał” (albo gorzej: „…i powiedziałam o tym komuś, a ona powiedziała innym i był wstyd”), „Wtedy wysłałam opowiadanie na konkurs i nic nie wygrałam”. Sukcesy nie zasługiwały na uwagę, były tylko uniknięciem porażki.

Jeśli teraz napiszę, że z młodzieżą powinno się rozmawiać, wyśmiejecie mnie. Wiadomo, że młodzież nie słucha rodziców, a nauczycieli tym bardziej. Wiadomo, że żadnemu staremu prykowi nie będą się zwierzać ze swoich problemów. Ja jednak doskonale pamiętam mądre rzeczy, które ktoś do mnie mówił, co niestety nie zdarzało się często. Kiedy nauczyciel lub inna dorosła osoba traktował nas jak równorzędnych partnerów w rozmowie, potrafiliśmy rozmawiać, choć potrzeba było trochę czasu na przełamanie. Taka osoba powinna też wiedzieć, że istnieją pewne granice prywatności, których nie należy naruszać – pewne rzeczy, o które nie wolno pytać. To nie jest tak, że bierze się delikwenta na dywanik i pyta, jakie ma problemy, a on zaraz się zwierza z całego życia. Chodzi raczej o to, żeby dać przesłanie: „Jakby co, to tu jestem”, a zamiast wrzeszczeć, że młody człowiek zrobił coś skandalicznego, podsunąć mu jakiś konstruktywny sposób na spędzanie wolnego czasu. I przede wszystkim w swojej głowie, w jego głowie, nie definiować go w oparciu o to, co najgorsze, tylko dostrzegać i wyróżniać to, co dobre. Nie wiem, czy u wszystkich to zadziała – u mnie działało, acz niestety przypadki widzenia we mnie człowieka przez osobę dorosłą były rzadkością.

W szkole tak pół na pół, bo z całą pewnością nikt się nami specjalnie nie zainteresował – owszem, parę nauczycielek próbowało rozmawiać, lecz owo „wsparcie” do złudzenia przypominało próby wyciągnięcia z nas informacji, kto jeszcze z nami pił – ale jednocześnie nie było stygmatyzacji, która by się za nami ciągnęła do końca szkoły. Wychowawczyni, jak już się uspokoiła, palnęła nam mówkę na temat: „Uważajcie, z kim pijecie”, którą do dziś zachowałam w pamięci jako wartościową wskazówkę. Przez następne dwa lata nikt nam już sprawy nie wypominał (w domu wypominano mi ją przez następnych dwadzieścia) i nikt nie oceniał nas przez pryzmat tamtego zdarzenia. Nigdy o tym nie myślałam, ale kiedy dostawałam te piątki na maturze, może, tylko może, osoba, która kiedyś wnioskowała o usunięcie mnie ze szkoły, się zawstydziła.

Tak więc szkoła stanęła na wysokości zadania przynajmniej pod jednym względem: dania drugiej szansy. Czasem jednak młody człowiek potrzebuje czegoś więcej, żeby wyrosnąć na kogoś, kto nie postrzega siebie jako jednej wielkiej porażki, a życia jako pasma nieszczęść. Wydaje mi się, że ja sama w tamtym wieku bardzo potrzebowałam takiego wsparcia, choć nie mam pewności, czy potrafiłoby mnie ono przekształcić, sprawić, że naprawdę zaczęłabym inaczej patrzeć na swoje życie. Sądzę, że w pewnym stopniu tak, bo przecież nawet później i w dużej mierze własnymi siłami zaczęłam sobie wypracowywać lepsze wzorce. Tyle że im później i im bardziej samotnie, tym jest trudniej.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s