Wstrząśnięta, niezmieszana

Beksińscy. Portret podwójny

Kiedy usłyszałam, że wyszła książka o obu Beksińskach (ojcu i synu, choć miała być – i częściowo jest – także o matce), ba, że napisała ją młoda, ale już doceniona reportażystka, kiedy w dodatku przeczytałam wywiad z autorką, wiedziałam, że muszę tę książkę mieć. Brzmi to egzaltowanie, ale obie te postacie były dla mnie w różnych okresach życia i poniekąd nadal są niezmiernie ważne, miałam więc ogromną chęć zajrzeć za tę kurtynę, która odgradza prywatne od publicznego, prześledzić ich wzajemne relacje, spróbować odpowiedzieć sobie na pytanie, jaki był wpływ Zdzisława na losy Tomasza, zweryfikować pogłoski i półprawdy dotyczące życia i śmierci Tomka oraz śmierci (bo życia mniej) Zdzisława.

Znowu napiszę coś pretensjonalnego: śmierć Tomasza Beksińskiego była największą traumą mojego życia. I to pomimo faktu, że już od lat nie słuchałam jego audycji, nie śledziłam felietonów w „Tylko Rocku”. Czasem, kiedy odwiedzałam sklep płytowy prowadzony przez mojego kolegę, on wyciągał spod lady czasopismo i mówił: „Zobacz, co Beksiu napisał”. Podobało nam się to, co wówczas postrzegaliśmy jako bezkompromisowość – to jechanie po bandzie ze wszystkimi i wszystkim – oraz siła przebicia, jaką naszym zdaniem miał, skoro mu to publikowano. Audycji przestałam słuchać jakoś na początku lat 90. Poniekąd stało się tak zapewne dlatego, że skończyły się kultowe dla mnie audycje w „Dwójce”, poniekąd dlatego, że płyty stały się łatwo dostępne (barierę stanowiły jedynie finanse, ale ponieważ było to przed ustawą o prawie autorskim, istniało mnóstwo wypożyczalni i tzw. przegrywalni płytowych), a może i dlatego, że w eterze zrobiło się gęsto i że sama zaczęłam się udzielać w lokalnej stacji, więc wieczorami chętniej słuchałam znajomych. Nie zmienia to faktu, że wielu spośród ulubionych wykonawców poznałam właśnie dzięki audycjom „Beksia”, który nie tylko ich prezentował, lecz potrafił zafascynować nimi słuchaczy. Dysponował płytami niedostępnymi wówczas zwykłemu śmiertelnikowi, znał dobrze angielski, co także w tamtych czasach było rzadkością, tłumaczył teksty z płyt i odczytywał je w audycjach, a słuchacze nagrywali na kasety i potem spisywali. Gdy się słucha takich artystów jak Peter Hammill, King Crimson czy Marillion, teksty stanowią jeden z wymiarów, bez których odbiór tej muzyki jest znacznie uboższy (choć często wystarczający do zachwytu). Gdy się do tego doda sposób, w jaki potrafił mówić o muzyce, można bez cienia przesady powiedzieć, że Tomasz Beksiński miał ogromny wpływ na kształtowanie gustów muzycznych sporej grupy Polaków urodzonych w latach 60. i 70.

Jeśli jednak miałabym w jednym zdaniu określić, dlaczego tak potwornie wstrząsnęła mną samobójcza śmierć człowieka, którego audycji dawno przestałam słuchać, a widziałam go w życiu trzy razy, to powiedziałabym, że stanowił dla mnie symbol tego, iż ktoś „taki jak ja” może odnieść w życiu sukces. „Taki jak ja” znaczyło nadwrażliwy. Wydawało mi się, że jesteśmy ulepieni z tej samej gliny, więc tak naprawdę płacząc po nim, płakałam nad sobą – skoro bowiem ktoś, kto w moich oczach był symbolem sukcesu, odebrał sobie życie, znaczyło to dla mnie, że miejsca dla takich ludzi na świecie nie ma.

Można też spojrzeć na to inaczej: jestem słaba. Potrzebuję autorytetów, które wskażą mi drogę. A tu jeden z moich autorytetów stwierdza, że życie jest do dupy, i wynosi się z tego świata. To trochę tak, jakby się przechodziło nad przepaścią, trzymając się łańcuchów, i nagle się leci, bo jeden palik jest wyrwany ze ściany.

Z czasem przyszło opamiętanie. Mówiono, że był w depresji, że miał za sobą kilka nieudanych prób samobójczych. Ja jakoś nigdy nie myślałam o tym, żeby się zabić, choć owszem – o tym, że nie żyję naprawdę, myślałam często. Może więc mimo pewnych podobieństw nie byliśmy z tej samej gliny, a już na pewno nie należało wyciągać z jego śmierci wniosków co do mojej przyszłości. No i na szczęście miałam też inne wzorce, na których wciąż mogłam się oprzeć.

Z twórczością Zdzisława Beksińskiego zetknęłam się dzięki wystawie w Arsenale, która miała miejsce w roku 1990 (co ciekawe, autorka książki twierdzi, że między 1983 a 1995 rokiem w Polsce nie odbyła się żadna wystawa prac artysty, nie licząc małej wystawy w Warszawie w roku 1987, a nic mi się nie przyśniło, bo poznańska wystawa w internecie widnieje jak byk). Wiedziałam już, że Zdzisław jest ojcem Tomasza, więc namówiłam koleżankę i poszłyśmy. Były tam piękne, ważne obrazy ilustrujące głównie (tylko?) „fantastyczny” okres w twórczości artysty. Wyszłam zachwycona i ten zachwyt nie minął mi do dziś, choć po przeczytaniu książki chyba bardziej zauważam w niektórych obrazach motywy, których wolałabym nie widzieć. Na szczęście tylko w niektórych. Zresztą w odróżnieniu od swego syna, Zdzisław Beksiński nigdy mnie zbytnio nie interesował jako człowiek – interesowała mnie jego twórczość i to z pewnego tylko okresu. Gdyby zmarł z przyczyn naturalnych, pewnie w ogóle bym się tym nie przejęła. Poruszyło mnie jednak to, że został zabity i to z tak bezsensownej przyczyny jak forsa, w dodatku przez smarkacza, który chwilę później dał się złapać.

Nawet mi się nie śniło, że kiedyś będę miała okazję przeczytać książkę opowiadającą o obu tych postaciach, które wywarły takie piętno na moim życiu, i o ich wzajemnych relacjach. Nie zawiodłam się. Magdalena Grzebałkowska pokazuje się jako świetna reportażystka z dużym wyczuciem taktu i silną empatią. Jako osoba mądra i przyjazna ludziom, ze zrozumieniem traktująca ich słabości i dziwactwa, jakby mówiła: „Przecież wszyscy je mamy, prawda?”. Czytając takie książki, więcej wybacza się i bohaterom, i sobie. Myśląc o studentce zakochanej w 70-letnim Zdzisławie albo o 40-letnim Tomku zakochanym w 16-letniej słuchaczce, można na przykład przymknąć oko na własne dziwne zakochania. Co ciekawe, choć to Tomek jest przedstawiony jako narcystyczny arogant, który swoich słuchaczy nazywa durnymi, bardziej drażni mnie Zdzisław, taki nieatrakcyjny – neurotyk bojący się dotyku, maruda z obsesjami seksualnymi wywołującymi we mnie uczucia podobne do tych, jakie w niektórych wywołuje widok klauna. Tomek wciąż pozostaje w jakiś sposób fascynujący, nawet kiedy wiem, że kreował się na kogoś, kim absolutnie nie był. Bo nie tylko to, kim jesteśmy, ale i to, kim chcemy być, coś o nas mówi.

Znajdą się tacy, którzy uznają tę książkę za rozgrzebywanie prywatności. Ja się cieszę, że ona powstała. Odpowiedziała mi na pewne pytania, choć zarazem postawiła kolejne. Pozwoliła się zbliżyć do tajemnicy, nie wyjaśniając wszystkiego. Wciąż na przykład nie wiem, czy Tomek potrafiłby się cieszyć życiem, gdyby go inaczej wychowano. A gdyby nawet odpowiedź była twierdząca, to kto miał go tak wychować, skoro rodzice (przynajmniej Zdzisław, bo o dzieciństwie Zofii wiemy niewiele) sami odebrali dziwne wychowanie?

Mimo wykonania mnóstwa świetnej reporterskiej (i literackiej) roboty autorka nie ustrzegła się pomyłek. Począwszy od (nielicznych) literówek czy błędnych dat (dwukrotnie zamiast „1998” jest „1988”), za które należałoby winić raczej redakcję i korektę, a skończywszy na tym, że i merytorycznie nie wszystko gra. Ot, choćby wymienione w książce audycje Tomasza – jest „Klub płytowy” zamiast „Klub stereo” [edit.: tu znalazłam info, że od lipca 1990 audycja nazywała się „Klub płytowy”, więc może i częściowo racja, ale w takim razie „Klub stereo” został w ogóle pominięty]; a „Wieczór płytowy” został wymieniony jako audycja w programie IV, choć jestem niemal pewna, że leciał w II (jeśli się mylę, oświećcie mnie). Wymieniony jest też jakiś Szachnowski, w indeksie jako Szachnowski Konrad (sprawdziłam w internecie – facet z Sanoka, ale z radiem nie miał nic wspólnego), podczas gdy niemal na pewno chodzi o Tomasza Szachowskiego z „Dwójki”. No i te wystawy Zdzisława, których niby nie było, a były. Podejrzewam, że osoby, które bliżej znały Beksińskich lub po prostu śledziły ich losy, znajdą takich niedociągnięć więcej. Z drugiej strony, są to sprawy, które łatwo poprawić w kolejnym wydaniu i mam nadzieję, że autorce/wydawcy będzie się chciało to zrobić.

Puenta? Czytacie na własne ryzyko, ale dla mnie była to lektura ważna. Czasem smutna, a czasem nieoczekiwanie zabawna. Bo Beksińscy, a zwłaszcza Zdzisław, mieli tendencje do celnego podsumowywania absurdów rzeczywistości.

___________

Grzebałkowska Magdalena: Beksińscy: Portret podwójny, Znak 2014.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s