Stare dzieje 12 – KKC (nie mylić z KC ;))

 

lopatkowa

Skoro opisałam już, choć tak pobieżnie, że aż mi wstyd (myślę, że z czasem pojawią się kolejne suplementy) okres licealny, mogę przystąpić do czegoś, co planowałam od dłuższego czasu, a mianowicie do opowiedzenia o Korespondencyjnym Klubie Czytelników, który wbrew pozorom wcale nie był korespondencyjny, a przynajmniej nie tylko. Z czytelnikami też stopniowo miał coraz mniej wspólnego. Ale od początku. Gdzieś pod koniec liceum – w trzeciej, a może na początku czwartej klasy – wpadła mi w ręce książka Marii Łopatkowej Którędy do ludzi. Autorka, pedagog mocno zaangażowana w sprawy dzieci i młodzieży, inspirując się listami otrzymanymi od młodych ludzi stworzyła serię opowiadań, w których doradza różne sposoby wyjścia z życiowych kryzysów. Coś w rodzaju porad „cioci dobra rada” z czasopism, tylko dłuższych i ubranych w formę literacką.

Nie wiem, czy w tej książce, czy w kolejnej znalazłam adres Korespondencyjnego Klubu Czytelników (KKC), powołanego przez panią Marię w związku z narastającą liczbą listów, jakie słali do niej czytelnicy. Widząc, że nie da rady odpisać na wszystkie, poprosiła o pomoc kilka znajomych osób (pedagogów, psychologów) i wspólnie powołali klub, którego podstawowym założeniem było to, że młodzież sama będzie sobie pomagać. Notka o istnieniu takiego klubu była dla mnie wodą na młyn, bo zawsze lubiłam korespondować (przy spotkaniach face to face byłam zwykle spięta, chociaż akurat klub mnie rozruszał, o czym za chwilę), szukałam swojego miejsca w życiu, czułam się trochę niepotrzebna, niezrozumiana i tak dalej. Summa summarum, napisałam list. W tym liście było, że chciałabym korespondować z kimś, kto potrzebuje bratniej duszy. I tu się ujawnia cały geniusz pani Marii i jej pomysłu na zaktywizowanie młodzieży: tak naprawdę sama potrzebowałam pomocy, bo było mi nijak, ale właśnie dzięki temu, że zaczęłam korespondować z dwiema bardziej problemowymi dziewczynami i je pocieszać, a nawet trochę im doradzać, moje życie nabrało nieco większego sensu. Podobne rzeczy działy się na zlotach, które – jak się okazało – klub również organizował. Wtedy zresztą zaczynał się już przeobrażać w inną organizację – Towarzystwo Pomocy Młodzieży – która dostała jakieś pieniądze i błogosławieństwo od państwa (jeszcze ludowego) na organizowanie zlotów i obozów „wychowawczych”. O obozach wiele Wam nie powiem. Wprawdzie moje pierwsze spotkanie z klubem „na żywo” miało miejsce właśnie na obozie, lecz był to obóz nietypowy, bo głównie rekreacyjno-poznawczy, bez warsztatów, jakie znam ze słyszenia z obozów letnich. Nie wiem, dlaczego później nigdy na obóz się nie wybrałam, ale już ten pierwszy wciągnął mnie w środowisko (a raczej w jego namiastkę, bo było nas tam wtedy mniej niż 20 osób) i sprawił, że zaczęłam jeździć na zloty, o czym za chwilę. Wciągnęło mnie to, co było kwintesencją KKC, czyli otwartość, szczere rozmowy o tym, co nas dręczy i co z tym zrobić. Były tam osoby typowo „problemowe”, były takie jak ja, które po prostu czuły się trochę samotne i wyobcowane, były też takie, które studiowały pedagogikę czy psychologię i przygotowywały się do pomagania ludziom. Ale w KKC nigdy nie było podziału na pomagających i „pomaganych”, tylko jedno wielkie kłębowisko ludzi, którzy lubili się spotykać, gadać o rzeczach ważnych i nieważnych i po prostu spędzać razem czas.

Jeśli ktoś z Was jeździł kiedyś na konwenty fantastyki albo na inne zjazdy skupiające ludzi z całej Polski pod jakimś wspólnym pretekstem, może sobie wyobrazić zloty KKC/TPM. W czasach, w których ja na nie jeździłam – od roku 1989 do, hm, gdzieś tak 1992 – odbywały się co parę miesięcy (czasem co 2–3, czasem rzadziej) w różnych miastach zależnie od tego, jaka komórka je organizowała. Byłam więc na zlotach w Warszawie, Tomaszowie Mazowieckim, Łodzi, Toruniu, Szczecinie, przy czym w niektórych z tych miast więcej niż raz. Przyjeżdżało się w piątek z plecakiem i śpiworem, szło na miejsce imprezy, tam były jakieś spotkania – czasem pojawiła się sama pani Maria, kiedy indziej kto inny wygłaszał pogawędki, prowadził spotkania, omawiał sprawy statutowe i takie tam, a potem się gadało, oglądało filmy, czasem ktoś (głównie Ania Laszuk) zrobił koncert gitarowy, grało się w kalambury, goniło się po szkole i ogólnie bratało. Z noclegami było tak, że albo spało się w tym samym miejscu, gdzie były spotkania (często pokotem na gołej podłodze i to w sali, w której do późnej nocy leciały filmy), albo – jeśli to miejsce było za małe – jechało się do jakiejś zaklepanej szkoły i tam spało na materacach w sali gimnastycznej. Człek był młody, to dobrze spał i gnaty go tak nie bolały jak dzisiaj, zresztą w późnej komunie i wczesnej postkomunie ogólnie chyba panowała większa odporność na niewygody.

Nie będę udawać, że był tam jakiś raj, bo zdarzały się też animozje i niemiłe sytuacje. Osobiście pamiętam, jak wraz z kolegą napisałam list do pani Marii, żeby coś zrobiła, bo na zlotach pojawia się alkohol i narkotyki; choć szczerze powiedziawszy, lepiej pamiętam ten list niż sam epizod z używkami. Bynajmniej nie było tak, że my (autorzy listu) sami stroniliśmy od alkoholu, ale akurat na zlotach obecność używek wydawała nam się bardzo niefajna – choćby dlatego, że były tam osoby, które wyszły z nałogu. Oczywiście na nikogo nie kablowaliśmy, tylko ogólnie wskazywaliśmy problem. Sprawa chyba nie miała ciągu dalszego, a przynajmniej my się na niego nie natknęliśmy. Mimo tych usterek KKC pociągało atmosferą tolerancji i otwartości, którą do dziś z rozrzewnieniem wspominam, choć wiem, że równie dobrze mogłam trafić do fajnego harcerstwa albo czegoś innego, co spełniłoby w moim życiu podobną rolę. Podobną, jakkolwiek chyba nie identyczną, bo jednak KKC bardziej przyciągał outsiderów i ludzi, jak by to dziś powiedziano, pozytywnie zakręconych. Można też było zaobserwować, jak ktoś zakręcony negatywnie albo po prostu zamknięty w sobie otwiera się pod wpływem otwartości innych ludzi. Choć i to z pewnością nie zawsze się udawało.

Tak czy owak, był to dla mnie niezapomniany czas, który – jak wszystko, co dobre – musiał się skończyć. Nawet nie pamiętam, jak to było, ale organizacja się zmieniała i z czasem skończyły się zloty i obozy, a funkcję pomocową przejęły lokalne oddziały. Taki oddział przez jakiś czas funkcjonował w Poznaniu w piwniczce na osiedlu Stare Żegrze, gdzie (a przynajmniej tak to pamiętam) nic się nie działo i nikt nie przychodził, a potem przy ul. Hetmańskiej, gdzie faktycznie były jakieś spotkania i działania. Tamten czas znam jednak głównie z drugiej ręki. A potem jakoś i to przestało działać.

Ponieważ zaś lubię ocalać od zapomnienia różne fajne pamiątki z epoki przedinternetowej, postanowiłam opisać tę historię i pokazać Wam zeskanowaną ulotkę KKC z cholera wie którego roku (dostałam ją bodaj w 1989 na zlocie w Warszawie). Wiem, język trochę zalatuje tamtą epoką (pamiętajcie, że Polska Ludowa musiała pobłogosławić wysiłki klubowiczów i dać im fundusze), ale treść jest moim zdaniem całkiem aktualna, ba!, wielu młodym ludziom przydałoby się takie KKC i dziś.

tpmulotka1

Kliknij na poniższy skan, by go powiększyć.

tpmulotka2

tpmulotka3

tpmulotka4

2 responses to “Stare dzieje 12 – KKC (nie mylić z KC ;))

  1. Nie mialam pojecia o tej inicjatywie – kojarzy mi sie z eksperymentalnym sygnalem dobra u Musierowicz. Ja z kolei w wieku lat 11 szukalam przyjaciol przez Swiat Mlodych, dzieki czemu dostalam kilkadziesiat niezwykle nudnych czy wrecz prymitywnych listow, zdjecie 16-latka z akordeonem (po jakiego licha do mnie napisal?), tudziez jeden wysmakowany, kolorowy list napisany na bank przez pedofila – nie wiedzialysmy z kolazankami, czy smiac sie czy plakac, czytajac te brednie.

    • Ja mam długą historię przeróżnych korespondencji – od ogłoszeń w „ŚM” i „Na Przełaj”, gdzie pisałam, że lubię takie i takie zespoły, po wieloletnią przynależność do International Pen Friends. I może dlatego niektóre korespondencje wspominam bardzo dobrze, a kilka znajomości zachowałam do dziś. O tych mniej udanych po prostu zapomniałam. Po jednym z takich ogłoszeń napisała do mnie dziewczyna o kilka lat starsza, Polka mieszkająca w RPA. Dla mnie to była kompletna egzotyka, okno na świat, za to ona tęskniła za Polską (wyjechała z rodzicami, mając bodaj 15 lat). Po kilku czy kilkunastu listach korespondencja się urwała. Zwykle się w końcu urywały i nigdy nie było wiadomo, czy jakiś list się zagubił, czy komuś odechciało się pisać. Ale przynajmniej były prawdziwe listy w skrzynce, z zagramanicznymi znaczkami…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s