Jak ma zachwycać, skoro…?

Odnoszę wrażenie, że stajemy się, a może właściwszy byłby tu czas przeszły dokonany, niewolnikami ideologii. Nie znajduję lepszego sposobu na wyrażenie tego, że przekonania polityczne czy społeczne zaczynają nam dyktować wybory w kwestiach czysto estetycznych. Akurat mam takiego pecha, że u mnie te dwie płaszczyzny często znacząco się rozmijają, co staje się przyczyną zarówno konfliktów wewnętrznych, jak i nieporozumień. Otóż na przykład mam totalną alergię na kicz. Wiem, że są ludzie, którzy wprost go uwielbiają i uważają, że to właśnie jest prawdziwa sztuka, a ładne obrazki są dla frajerów, którzy o niczym nie mają pojęcia. Ja niestety należę do tych ostatnich. Nie podoba mi się kobieta z brodą (lub, jak kto woli, umalowany brodaty facet) w świecącej złotej kiecce, laski z namalowanymi wąsami ani machanie kolorowymi balonikami. Nie podoba mi się również disco polo, Jezus ze Świebodzina ani szczujące przaśnym seksem reklamy. Niestety wyrażanie głośno zarówno jednego, jak i drugiego może prowadzić do nadinterpretacji ideologicznych. Pal sześć drugie, bo jakoś mnie nie boli, że ktoś mnie uzna za zdrajczynię wartości narodowych, której w dodatku wszystko kojarzy się z seksem, no bo przecież te cycki na plakacie to zupełnie przypadkowo weszły w kadr. Gorzej z pierwszym. Bolą mnie posądzenia o nietolerancję wobec środowiska LGBT, które jednakowoż są o tyle uzasadnione, że ja w ogóle nie widzę potrzeby istnienia jakiegoś wydzielonego środowiska. Sama zakochiwałam się w życiu w kobietach i mężczyznach i podejrzewam, że gdyby nie wzrastanie w heteromatriksie, nawet by mi do głowy nie przyszło, że to uczucie może być zarezerwowane tylko dla osób jednej płci. Kultura sprawiła, że przez wiele lat uważałam się za hetero, a teraz w ogóle odrzucam szufladkowanie, bo słowo „biseksualna” wydaje mi się jakieś takie phi. Kogo się kocha, z tym się jest, i już.

Z transpłciowością gorzej, tzn. jest to doświadczenie odległe od mojego, bo choć z lenistwa przeważnie chadzam w portkach, czuję się kobietą i raczej nigdy nie miałam co do tego wątpliwości. Wystarczy sobie jednak wyobrazić, że ktoś wrzucił mnie w ciało faceta, by zrozumieć rozdarcie osób, które natura obdarzyła cechami fizycznymi nieadekwatnymi do odczuwanej tożsamości płciowej. Kto uważa, że to jakieś widzimisię, niech pomyśli o hermafrodytach, które po urodzeniu zostały przypisane przez lekarzy do jednej płci. Albo o takich, które genetycznie przynależą do obu płci, choć nie uwidacznia się to w ich zewnętrznych cechach anatomicznych („Though we speak of intersex as an inborn condition, intersex anatomy doesn’t always show up at birth. Sometimes a person isn’t found to have intersex anatomy until she or he reaches the age of puberty, or finds himself an infertile adult, or dies of old age and is autopsied. Some people live and die with intersex anatomy without anyone (including themselves) ever knowing” – czytamy w dokumencie Intersex Society of North America). Z punktu widzenia społeczeństwa nie ma różnicy, czy ten ktoś jest hermafrodytą, która wygląda jak chłopak, a czuje się kobietą, czy jest transgenderem, bo hermafrodytyzm stanowi pewnego rodzaju tabu i trudno się spodziewać, żeby dotknięte nim osoby rozgłaszały to na prawo i lewo. Dla przeciętnego obserwatora jest więc tak, że ktoś do pewnego momentu był mężczyzną, a tu nagle postanowił zostać kobietą (lub odwrotnie). To, czy dana osoba jest faktycznie transpłciowa, czy raczej cierpi z powodu innych zaburzeń, ocenia skomplikowana procedura medyczna i mam nadzieję, że tak pozostanie – właśnie po to, żeby było wiadomo, że nie mamy do czynienia z widzimisię ani z zaburzeniami psychicznymi.

Tak sobie myślę, że nie byłoby mi łatwo zaakceptować, gdyby osoba, którą znam pod jedną postacią, nagle przedzierzgnęła się w inną – tak samo jak nie podobało mi się, gdy Pinokio zmienił się w chłopca, a Szirin w księżniczkę. Dysonans poznawczy w takim przypadku jest rzeczą naturalną. Pocieszam się, że taka zmiana trwa dłużej niż zmiana Szirin w księżniczkę oraz że nie towarzyszy jej tak drastyczna zmiana charakteru (ze złośliwego ptaszyska w banalną panienkę), więc będzie czas ten dysonans rozładować. Poza tym dysonansów ci u nas dodatek, więc chyba i ten jakoś bym zniosła.

Zanim Facebook, a potem YouTube objawiły mi postać Conchity Wurst, miałam okazję obejrzeć dokument Born Naked (niestety w sieci znalazłam tylko trailer), w Polsce pokazywany pod niezbyt szczęśliwym tytułem Żyć na całość, z którego mogłam się sporo dowiedzieć o życiu i mentalności osób nie tylko homoseksualnych, ale i transpłciowych. Z kolei w polskim (to znaczy niemieckim, ale zrobionym przez Polkę i o Polkach) dokumencie Yes, We Are mowa (między innymi, bo oba filmy traktują głównie o lesbijkach) o tym, co przyświeca dziewczynom organizującym konkursy drag king. Nadal mi się to wizualnie nie podoba i nie poszłabym na coś takiego, ale akceptuję, że ktoś ma potrzebę wyrażania siebie w ten sposób. Ja na przykład wyrażam się trollując na fejsie albo zarzucając go kiepskimi zdjęciami. Dla każdego coś miłego. Zresztą z tym podobaniem bywa różnie, bo przed laty po obejrzeniu filmu Priscilla, królowa pustyni odnotowałam w swoim pamiętniku, że zakochałam się w transwestycie o imieniu Bernadette :p

Udowodniwszy (mam nadzieję), że nie jestem transfobką, pozwolę sobie wrócić do tematu głównego, czyli do postulowanego rozdziału estetyki od etyki. Otóż wizerunek sceniczny Conchity vel Thomasa budzi we mnie bardzo negatywne odczucia. Co do samej piosenki, to ani mnie ona ziębi, ani grzeje; natomiast wykreowaną przez artystę postać uważam za groteskowo kiczowatą. Kiczowata jest wypacykowana kobieta z brodą, kiczowata jej sukienka, śpiew też w obliczu tej brody mnie bawi. Ale spokojnie – może Conchita/Thomas z czasem udowodni innymi dokonaniami, że jest artystą, i zapisze się trwale w historii muzyki. Czterdzieści lat temu niejaki David Bowie (bez brody) jako Ziggy Stadust też rzucał wyzwanie stereotypom płciowym. Nie powiem, żeby mnie powalał jego ówczesny wizerunek, ale akceptuję go w znacznie większym stopniu – częściowo pewnie dlatego, że uwielbiam głos tego gościa i że jego koncepcja obejmowała znacznie więcej niż tylko ubiór i makijaż. Kompozycje, teksty, sceniczny show, a przede wszystkim to, że po latach te utwory wciąż są słuchane z taką samą pasją – po tym poznać artystę. Nie sprawdzałam, czy Conchita sama napisała swój utwór, ale śmiem w to wątpić (errata: już sprawdziłam i faktycznie nie). Wątpię też w to, że za czterdzieści lat ktoś będzie słuchał jej piosenki ze względu na jej wartość muzyczną, a nie tylko jako ciekawostki. A jeśli się mylę, to… cóż, o ile będę wciąż wśród żywych, możecie mnie poprosić o odszczekanie. Dajmy jednak sobie (i innym) przyzwolenie na to, by swobodnie wyrażać swoje gusta, nie robiąc z tego od razu sprawy życia i śmierci. Sztuka nie może być podporządkowana ideologii.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s