Stare dzieje 13 – kolonie i obozy (IV)

Dzień dobry, to jestem ja, a to mój ślimak. Obóz wędrowny w Beskidach, rok 1988.

Skoro udało mi się wreszcie opisać, choć trochę kulawo, czasy licealne, pora dokończyć cykl kolonijno-obozowy. W wakacje pomiędzy I a II klasą liceum mama zapisała mnie na obóz wędrowny w Tatrach Zachodnich, co było jednocześnie dobrym i złym pomysłem. Dobrym dlatego, że zobaczyłam Tatry i poczułam, jak to jest wspinać się na szczyty i oglądać stamtąd świat; złym – bo kompletnie nie miałam kondycji do takiego łażenia, nie ćwicząc na wuefie i w ogóle prowadząc mało mobilny tryb życia. Łażenie okazało się więc momentami traumatyczne. Ale od początku: obóz na wariackich papierach, do dzisiaj nie wiem, przez kogo organizowany, w każdym razie z zakładu mojej mamy byłam ja z koleżanką i dopiero na miejscu miałyśmy się spotkać z innymi osobami pochodzącymi z różnych miejsc. Nie pamiętam, jak się spotkaliśmy – chyba po prostu były zarezerwowane sale w schronisku – w każdym razie minęła noc, a tu ani widu opiekuna, który miał przyjechać z resztą grupy. Tak więc obóz niby jest, a jakoby go nie było. Nikt chyba nawet nie wie, gdzie dzwonić i pytać. Część ludzi pełnoletnia, część nie. Co robić? Okazuje się, że został zamówiony miejscowy przewodnik, a jeden z obozowiczów ma uprawnienia opiekuna grup, więc podpisuje jakiś papier i wyruszamy. Nie pamiętam, jak się dostajemy na Halę Gąsienicową, ale tam właśnie mamy kolejne noclegi. Pamiętam za to, że próbowałam klepać pacierz na dolnej części piętrowego łóżka i włosy mi się wplątywały w druty górnej. W tamtych czasach klękanie na łóżku i mówienie pacierza przed snem nie było podczas obozów niczym dziwnym, z kolonii w Chomiąży nawet mam taki obrazek, że wszystkie albo prawie wszystkie dziewczyny w pokoju się modliły. Nie były to żadne wielkie modły – ot, odklepać „Ojcze Nasz”, „Zdrowaś Mario” czy co tam kto miał w repertuarze. Bycie wierzącym było wtedy normą, a niewierzącym raczej się współczuło, bo pewnie mieli ojca wojskowego albo milicjanta i nie mogli. Ja wprawdzie jeszcze za komuny przestałam chodzić do kościoła, więc można powiedzieć, że byłam w awangardzie, chociaż modlić się przestałam dużo później.

Pierwszego dnia wycieczka na Wołowiec, którą zniosłam całkiem nieźle, za to następnego, w drodze na Starorobociański, omal nie wyzionęłam ducha. Najgorszy był moment, kiedy stanąwszy na szczycie Trzydniowiańskiego dowiedziałam się, że to jeszcze nie jest ten szczyt, na który szliśmy, i muszę iść dalej. Dałabym wszystko za to, żeby mnie tam zostawili i zabrali w drodze powrotnej, ale nie chcieli. Nie wiem, jakim cudem się dowlokłam, bo nogi całkiem dosłownie uginały się pode mną przy każdym kroku. Pamiętam natomiast, że chęć ponownego zmierzenia się z tą górą w ciągu następnych lat tak mnie dręczyła, aż w końcu, jakieś dziesięć lat później, zdobyłam ją znowu – tym razem ze spokojem, bo sama, w swoim tempie, ale nadal uważam, że to strasznie męczący szczyt.

W następnych dniach zdobywaliśmy m.in. Ornak i Kominiarski Wierch (na który kilka lat później zlikwidowano szlak). Nocowaliśmy w schronisku na Ornaku. Później chyba stamtąd, choć mogę się mylić, bo nie wszystko pamiętam, szliśmy z plecakami (! – aczkolwiek były dość lekkie, przynajmniej mój – trochę ciuchów, kosmetyczka, ręcznik i tyle) na Czerwone Wierchy i jeszcze potem, zostawiwszy plecaki na przełęczy, część z nas, w tym ja, wspięła się na Giewont. Co ciekawe, mimo plecaka nie miałam ani wtedy, ani w żadnym innym momencie obozu takiego kryzysu jak tamtego dnia na Starorobociańskim.

Nocowaliśmy też w schronisku na Kalatówkach, choć czy opisuję wszystko po kolei, tego nie wiem. Podczas moich późniejszych wypraw w Tatry (już na studiach i później) zawsze nocowałam w Zakopanem, więc rozmieszczenie schronisk trochę mi umknęło, a i w samych górach nie orientuję się zbyt dobrze. Ale zerknęłam na mapę i wygląda na to, że dobrze pamiętam.

Ten obóz wbił mi się w pamięć przede wszystkim ze względu na góry, w które miałam wielokrotnie wracać, acz nie od razu, bo musiałam najpierw przetrawić traumę. Dobra okazja nadarzyła się w niższych górach dwa lata później, ale o tym za chwilę. Z obozu zapamiętałam też koleżankę, która na krem Nivea mówiła „neweja” (do dziś nie wiem, czy to był żart), oraz inną koleżankę, która rozdrażniona tym, że jej kolega/chłopak wpakował jej się do łóżka i nie chce wyjść, poszła do pokoju chłopaków i spała na jego łóżku, niezauważona, a oni opowiadali sobie historyjki o kimś, kto zmarł na kiłę. Żeby mieć spokój, zamknęła drzwi naszej sali na klucz, a tymczasem innej koleżance w nocy zachciało się siku…

Niestety, à propos ubikacji przypomniał mi się jeszcze jeden epizod – w jednym ze schronisk skradziono mi z łazienki zegarek. To znaczy zabrano, bo go tam zostawiłam, a gdy po paru minutach wróciłam, już go nie było. Mały, niepozorny zegareczek elektroniczny, ale byłam do niego przywiązana.

Podczas zimowiska w Miskolcu na Węgrzech pół roku później miałam już inny zegarek i też źle się to dla niego skończyło. To był ciekawy obóz. Trzeci raz byłam za granicą, a pierwszy nie w Niemczech. W Miskolcu mieszkaliśmy w takim dużym budynku, w którym zakwaterowano mnóstwo różnych obozów i kolonii. Jeśli miało się okna na parterze, trzeba było je zamykać, bo inaczej mimo krat można było stracić np. torebkę, zwłaszcza jeśli zostawiło się ją na stole. Wyspecjalizowane szajki – mówiono, że cygańskie – za pomocą jakichś haków, a może siatek na motyle, wyciągały te przedmioty przez zakratowane okna.

Nasz kolega z kolei ukradł walkmana w sklepie, a potem próbował go sprzedać. Nie pamiętam, czy mu się udało. Poza tym uprawiał handelek na bazarze. Chyba nie mieliśmy zbyt napiętego planu, bo utkwiło mi w głowie przede wszystkim chodzenie po sklepach (które zaowocowało kupnem dwóch tureckich sweterków i płyty The Cars), a poza tym jedynie zwiedzanie fabryki czekolady i pobliskiego, słynącego z produkcji win miasta Eger.

W Egerze chyba nic nie wypiłam, za to przyznaję bez bicia, że na tym właśnie obozie upiłam się pierwszy, drugi i trzeci (być może także czwarty) raz w życiu. Jedyną konsekwencją tego była utrata kolejnego zegarka, który przeleżał całą noc na stoliku zalany piwem i przestał się nadawać do użytku. Poza tym chwalę sobie to doświadczenie, zwłaszcza że nie zawierało mieszania alkoholi, jak mi się to przydarzyło pół roku później. Wszystko było w miarę pod kontrolą, film za bardzo mi się nie urywał, a uczucie upojenia przyjemne. Słowem – picie może nie kulturalne, ale i nie menelskie.

Następny był obóz szkolny w Bułgarii latem tego samego roku, czyli pomiędzy klasą drugą a trzecią. Rodzice dali pełno żarcia na drogę i jazda – dwie doby w pociągu z kuszetkami. Niesamowitym doświadczeniem był przejazd przez zamkniętą wówczas na świat Rumunię, gdzie każdy międzynarodowy pociąg stanowił okazję do żebrów i handelku. Nawet w nocy na stacjach czekały tłumy, żeby coś użebrać, a baby w chustach wchodziły do pociągu i chciały nam sprzedawać biseptol. A może chciały kupować? Tak czy owak nie bardzo wiedziałam, co to takiego ten biseptol. Jakiś lek.

Okazało się, że na granicy musimy się przesiąść do drugiego pociągu, w którym nie mamy już rezerwacji. Miejsca też nie było, więc siedziałyśmy z koleżankami pod stołem w Warsie, gdzie pan o imieniu Zdravko opowiadał nam jakieś historie, których my ni w ząb, i śpiewał piosenki. Chyba też chciał się umówić z moją koleżanką. W końcu po iluś godzinach pod tym stołem dojechaliśmy nad morze, do miejscowości, w której położony był nasz obóz (dziś nie pamiętam, czy pociąg dojeżdżał do samej miejscowości). W obozie nocowaliśmy w bungalowach – po cztery osoby, a były nas akurat cztery z jednej klasy.

Zaraz po przyjeździe przeżyłyśmy szok, idąc do ubikacji i odkrywając, że zamiast deski z dziurą, jak u nas w „sławojkach”, jest tam jedynie… dziura w ziemi. Przyznaję: w pierwszej chwili myślałam, że weszłam do jakiegoś nieużywanego pomieszczenia sąsiadującego z ubikacją. Ale nie. Z czasem się okazało, że te dziury są wygodniejsze i bardziej higieniczne niż nasze deski, których zawsze się niechcący dotknęło.

Panowały straszne upały, więc większość czasu spędzało się na plaży, kąpiąc się w ciepłym i czystym morzu i opalając – z użyciem zwykłej oliwki, bo w tamtych czasach nie myślano jeszcze o kremach z filtrem. Skóra schodziła płatami i nikt się tym nie przejmował. Były to również czasy, w których miałam jeszcze zdrowe gardło, więc wlewałam w nie litrami lodowate „szwepsy”. Dopiero po latach miałam się dowiedzieć, że schweppes to wcale nie jest bułgarska oranżada.

Oprócz tego opalania wożono nas na wycieczki, np. do Warny i do takiego wykutego w skale monastyru (prawdopodobnie był to ten klasztor). Wiele lat później znów tam byłam i odniosłam wrażenie, że to całkiem inne miejsce. Może dlatego, że na moim zdjęciu było czarno-białe😉

Po zakończeniu nadmorskiej części obozu pojechaliśmy na trzy dni do Płowdiw, gdzie zrobiła na mnie wrażenie tańcząca w rytm muzyki i mieniąca się kolorami fontanna – wtedy u nas takich nie było. W Płowdiw zrobiłam też zakupy – płyty Genesis i Deep Purple, które potem miałam dwa dni wieźć pociągiem, a jeśli nie wiecie lub nie pamiętacie, płyta analogowa nie dość że jest wielka, to jeszcze opakowana tylko w cienki kartonik, więc trzeba było naprawdę pilnować, żeby dojechała w jednym kawałku. Zresztą nie; tak naprawdę złamać płytę nie było aż tak łatwo, ale o tym przekonałam się dopiero znacznie później, gdy faktycznie jakąś łamałam, choć nie pamiętam, z jakiej przyczyny. Kupiłam też polecone mi papierosy BT. Ogólnie na tym obozie zachowywałam się wzorowo, bo byłam na cenzurowanym, ale na zakup ćmików (wtedy nie mówiło się „fajek”) ostatecznie sobie pozwoliłam, choć oczywiście wypróbowałam je dopiero po powrocie. Wtedy zagraniczne ćmiki (zagraniczne cokolwiek) to było coś.

Ostatni mój letni obóz w czasach licealnych miał miejsce rok później i był wędrowny, ale tylko z nazwy. Ponieważ nie mieliśmy chodzić z plecakami, a ponadto obejmował góry znacznie niższe od Tatr (różne partie Beskidów z zahaczeniem o Gorce), mimo wcześniejszej traumy odważyłam się pojechać. Szczerze mówiąc, nie bardzo pamiętam, co tam robiliśmy, bo góry w ciągu całego pobytu zdobyliśmy dwie – Mogielnicę i bodaj Turbacz albo Lubań, przy czym na tę pierwszą poszła tylko połowa obozu. A, do kina chodziliśmy w Limanowej. Pamiętam, że dwa filmy mi się nie podobały, a jak w końcu jeden był fajny, to wciąż zasypiałam. Wędrowność obozu polegała zaś na tym, że przejeżdżaliśmy autobusem z jednego miejsca noclegowego w inne.

Obóz jednak był fajny towarzysko, zawarły się znajomości i nawet na moją osiemnastkę w październiku przyjechało kilkoro znajomych poznanych właśnie wtedy. Z czasem (i to dość krótkim), jak to bywa, kontakty się urwały. Kilka lat później zadzwonił jeden kolega, że studiuje w Poznaniu i chciałby się spotkać, ale w końcu do spotkania nie doszło. Mam jednak dużo zdjęć z tego obozu, które właśnie on robił i sam wywoływał, co bardzo mi wówczas imponowało (zdjęcie otwierające ten wpis jest właśnie jego autorstwa).

Naprawdę ostatni obóz w czasach licealnych, w zimie czwartej klasy, był już trochę innego rodzaju, bo był to obóz z TPM, o którym piszę tu. Odbywał się w Bieczu, miasteczku na Pogórzu Karpackim. Z samego miasteczka niewiele pamiętam, choć Wikipedia mówi, że ładne. Pamiętam natomiast, że jedna z naszych opiekunek miała upodobanie do architektury sakralnej i ciągnęła nas po okolicznych cerkiewkach i kościółkach (np. kościół w Dukli). Na tym obozie zadzierzgnęły się fajne kontakty, z których część przetrwała parę lat. Z wieloma osobami spotykałam się zresztą później na zlotach. A sam obóz? Dużo fajnych rozmów, takich dosyć otwartych, i ogólnie bardzo na plus. Akurat wtedy byłam na etapie silnej fascynacji subkulturą hipisowską i ubierałam się specyficznie, co wcale nie było dla mnie łatwe, bo z jednej strony lubiłam demonstrować swoje upodobania, a z drugiej czułam się potwornie spięta, gdy ktoś się na mnie gapił, ale w TPM-ie akurat był etos tolerancji, więc czułam się świetnie.

Kilka lat później pojechałam na jeszcze jeden obóz – uczelniany. O tym jednak już chyba kiedy indziej, bo to inna epoka, choć sam obóz równie, a może i bardziej beztroski.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s