Christopher Priest, The Islanders – recenzja

TheIslanders.jpg

Udało mi się w końcu przeczytać The Islanders Christophera Priesta, laureatkę nagrody BSFA z 2011 roku. Zabierałam się za tę książkę długo, a potem długo ją czytałam. Początkowo czułam się znudzona i mówiłam, że to taki Jeff VanderMeer bez poczucia humoru; z czasem jednak się okazało, że humoru, i owszem, Priestowi nie brakuje, choć jest on bardziej subtelny niż u Amerykanina, z którego Miastem świętych i szaleńców skojarzyła mi się jego książka. Książka, bo nie powieść – The Islanders to przewodnik po fikcyjnym Dream Archipelago, olbrzymim archipelagu, którego geografii nie da się jednoznacznie ustalić mimo istnienia w nim całkiem dobrze rozwiniętej cywilizacji. Z jakichś powodów internet i transport nie docierają wszędzie – być może po części z racji toczącej się nieustannie wojny między dwiema enigmatycznymi siłami, po części zaś dlatego, że ta geografia jest po prostu zmienna. Nie tylko ona – płynne okazują się też fakty. Choć bowiem każdy rozdział dotyczy innej wyspy, pewne tematy i postacie powracają, co rusz widziane w całkiem innym świetle. Sprawia to, że kończąc książkę, w zasadzie powinno się ją zaraz zacząć czytać od nowa, by sobie przypomnieć, co właściwie napisano wcześniej o tych zdarzeniach, których inną wersję poznaliśmy później. Dotyczy to w szczególności osób, które – tak jak ja – czytały The Islanders bardzo długo.

Pod względem kompozycji dzieło Priesta przywiodło mi na myśl Dom dzienny, dom nocny Olgi Tokarczuk, bo tak jak tam, w niewidocznym tle osadzonych jest parę prawdziwych klejnotów – u Tokarczuk była to choćby historia o wilkach czy o Lwie, który przeżył koniec świata; u Priesta wszystkie historie dotyczące zabójstwa Commisa, a także (moja ulubiona) Seevl/Dead Tower czy wieńcząca książkę nieco zwariowana opowieść o przyciąganiu i odpychaniu się płci Yannet/Dark Green/Sir (pierwszy tytuł każdego rozdziału jest nazwą wyspy w języku jej mieszkańców, pozostałe to tłumaczenia tej nazwy na angielski – czasem dwa lub trzy całkiem odmienne). Krótkie rozdzialiki zwykle są jedynie interludiami, choć czasem wnoszą jakiś istotny szczegół. Co zresztą jest istotne, a co nie, w Archipelagu Snów? Urok tej książki polega właśnie na tym, że nie wiadomo.

Enigmę potęgują osobliwe zwyczaje i rozrywki mieszkańców oraz neologizmy, które wprawdzie pochodzą od znanych słów, lecz nie do końca wiadomo, co znaczą: shelterate, havenic, erotomane, importunation. Słowa te są używane głównie w odniesieniu do panującego na danej wyspie prawa – mamy więc shelterate laws, havenic (ale i anti-havenic) rules, erotomane laws, anti-importunation laws. A jedną z ulubionych, choć nie wszędzie dozwolonych rozrywek, czy też raczej rodzajów sztuki, jest tunnelling, czyli… No cóż, to akurat się wyjaśnia, ale nie będę wam zdradzać, czemu takiemu oddają się z pasją mieszkańcy archipelagu.

Książkę czyta się niełatwo, bo zawiera bardzo niewiele dialogów i za mało prawdziwych opowieści. Warto jednak po nią sięgnąć głównie ze względu na te opowieści, na bogatą wyobraźnię autora, piękny język, umiejętność żonglowania bohaterami i historiami, a także owo poczucie humoru, którego początkowo mu odmawiałam.

– –
Christopher Priest, The Islanders, Gollancz 2011

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s