Czechy 2014 – Praga, Pilzno, Karlowe Wary, Letohrad

mala strana

Kościół na Malej Stranie

Pierwszy raz udaliśmy się w podróż PolskimBusem. Do niedawna chyba nie było bezpośredniego połączenia z Poznania do Pragi, za to połączenia kolejowe były nieco lepsze, choć w przypadku opcji oszczędnościowej oznaczało to minimalnie dwie przesiadki. W zeszłym roku, wyjeżdżając z Poznania wcześnie rano, około siedemnastej byliśmy w Brnie; sprawdzanie możliwości dotarcia do Pragi o ludzkiej porze tego lata ujawniło, że musielibyśmy wyjechać o drugiej w nocy – w przeciwnym razie, tłukąc się z 3–4 przesiadkami, bylibyśmy tam między 21.00 a 22.00. To dość późno, kiedy trzeba jeszcze dojechać metrem do miejsca noclegowego i je znaleźć, a biorąc pod uwagę możliwość spóźnień i tego, że któryś z pociągów nam zwieje, woleliśmy pojechać PolskimBusem o piątej rano (co oznaczało wstanie o nieludzkiej 3.30). Trochę się obawialiśmy, bo różne krążą o tym przewoźniku opinie, ale znajomi na ogół byli zadowoleni z jego usług. My też nie mamy powodów do narzekań. Autobus przyjechał na czas, był wygodny, podróż przebiegła sprawnie. Dopiero roboty drogowe po czeskiej stronie trochę ją opóźniły, ale 45 minut spóźnienia na dworcu Florenc to żadne spóźnienie – byliśmy na miejscu krótko po czternastej i chwilę później wsiedliśmy do metra, by dojechać na stację Chodov i znaleźć akademik/hotel Volha.

Volha mieści się w dzielnicy Kunratice, obok osiedli mieszkaniowych, ale i obok lasu. Schodząc w głąb ulicy K Verneráku, czujemy się jak w małym miasteczku (ma nawet pałacyk, którego jednak z bliska nie zobaczyliśmy) – domki jednorodzinne, knajpka, sklepiki. To zupełnie inna Praga niż ta śródmiejska, do której jednak metrem można dojechać w kilkanaście minut (niewiele mniej zajmuje nam dojście z akademika do stacji metra).

IMG_0574

Pierwszego dnia standard – zwiedzamy Wyszehrad (udaje nam się znaleźć groby Čapka i Smetany), potem wzdłuż Wełtawy idziemy do centrum, zaliczamy zegar z kościotrupkiem. Odkrywamy Costa Coffee – to znaczy właściwie P. odkrywa, bo jest zachwycony objętością kawy maxi. Ja jestem mniej zachwycona ceną i tym, że wifi nie działa. Oglądamy synagogę – jakaś Hiszpanka robi sobie przy niej zdjęcie; nic dziwnego, bo to Synagoga Hiszpańska.

Drugi dzień do głównie Hradczany i Malá Strana, choć zaczynamy od muzeum efektów specjalnych z filmów Karela Zemana – stosunkowo drogie, małe i niezbyt imponujące. Upał daje się we znaki, więc i na piwo trzeba wstąpić – ogólnie nie przepadamy, ale tmavý kozel ujdzie. Na obiad jakieś mięsko z kombinowanym knedlikiem, czyli trochę houskovego, a trochę bramborovego. Houskovy knedlik pewnie znacie, smakuje trochę jak pyza drożdżowa, tylko bardziej zbita, a bramborovy, czyli ziemniaczany, to prawdopodobnie pyra zmieszana z mąką i jajkiem. Zjadliwy, acz bez zachwytów.

Troja

Trojsky Zamek

Dzień trzeci, ostatni – najpierw grób Kafki na żydowskim cmentarzu na Olszanach, potem podróż do pałacyku Troja (Trojský Zámek), położonego na północy, obok zoo. Całkiem ładne, fotogeniczne miejsce z przyjemnymi ogrodami, no i nie tak zatłoczone jak starówka czy Hradczany. Trafiliśmy akurat na rosyjską parę młodą, która brała tam ślub, a może tylko urządzała sesję zdjęciową.

Wróciliśmy na Holeszowice i postanowiliśmy obejrzeć pobliskie tereny praskich targów. Najpierw jednak – przy jednej z uliczek w bok od Plynárni – znaleźliśmy knajpkę przylegającą do małego hoteliku i zjedliśmy w niej niedrogi obiad. Warto w tym miejscu wspomnieć, że popularne w większości Czech „denní menu”, czyli zestaw tanich posiłków obowiązujący w określonych godzinach (przeważnie do 14.00, choć zdarza się do 13.00 lub 15.00), w Pradze raczej nie występuje, a przynajmniej rzadko. Zwłaszcza centrum stolicy jest nastawione na zarobek i nie będzie nikomu potaniać obiadów, bo nie.

Targi okazały się całkiem interesujące architektonicznie. Byliśmy nawet w środku, bo akurat odbywała się prezentacja sprzętu turystycznego firmy o swojsko brzmiącej nazwie Jurek. Ciekawe, czy ktoś pomyślał, żeby tam zorganizować festiwal fantastyki – miejsce całkiem dobrze się nadaje.

targi

Targi

Jako że gorąc doskwierał, schroniliśmy się w pobliskim obszernym parku Stromovka . Polecamy – po stawie pływają łyski, a nawet kokoszki. Kokoszkę zresztą widzieliśmy także na Wełtawie.

W drodze powrotnej zepsuł się tramwaj, dzięki czemu mieliśmy okazję odwiedzić kolejny antykwariat (wspomniałam już, że P. wchodzi do każdego, prawda?) oraz zwiedzić stację metra Vltavská – najbardziej penerską, pardon, zaniedbaną, jaką widzieliśmy w Pradze. Ale za to zdecydowanie nieturystyczną, a zwiedzanie nieturystycznych miejsc jest solą każdej wyprawy.

Następnego ranka żegnamy Volhę i udajemy się w kolejny etap podróży – do Pilzna. Chyba już wtedy zauważam, że sygnał dźwiękowy na praskim dworcu – cztery nutki – z czymś mi się kojarzy. W drodze powrotnej utwierdzę się w tym mniemaniu. A skoro Czechy, to Smetana – po powrocie do domu przystąpię więc do odsłuchu najbardziej znanych jego dzieł i odkryję, że to pierwsze (i wiodące) cztery dźwięki Wyszehradu.

volha

Nasza droga do kuchni w akademiku Volha

Podróż do Pilzna to tylko półtorej godziny, ale z racji upału daje nam się we znaki. Potem długa droga do tramwaju, żeby nie musieć kupować dwóch biletów (nie mają przesiadkowych, a nie odkryłam, że znacznie bliżej jest autobus, który też zawiózłby nas w pobliże akademika Bolevecká, gdzie mamy zamówiony kolejny nocleg). I tu radość, bo łazienka nie jest wspólna z sąsiadami. W Pradze mieliśmy szczęście przez dwie pierwsze noce, potem już musieliśmy się dzielić łazienką i przedsionkiem. Bez tragedii, ale zawsze przyjemniej mieć własne. Bardzo zresztą prawdopodobne, że przy zamawianiu prosiłam o taki pokój, tyle że później wyleciało mi to z głowy. Niestety nie udało nam się znaleźć kuchni, zresztą i tak pewnie nie byłoby tam naczyń – ale w końcu nie w takich warunkach człek sobie radził. Wyjęliśmy grzałkę, kubki i mogliśmy spokojnie przystąpić do konsumpcji chińskich zupek – oczywiście na kolację, bo obiad zjedliśmy w pobliskiej restauracji. Był to zresztą nasz najdroższy obiad podczas tej wyprawy (a może i w życiu), choć trzeba dodać, że okraszony deserem w postaci sernika i kawy (do samego obiadu piliśmy piwo), które P. smakowały, a mnie średnio. W każdym razie zostawiliśmy tam równowartość 90 złotych, czego moja poznańska dusza do dziś nie może przeboleć.

kangur

Największy kangur widoczny przez płot

W odróżnieniu od Volhy, pilzneński akademik jest położony w stosunkowo cichym miejscu. W Pradze problemem była niewielka z pozoru ulica, którą samochody (i motory!) zjeżdżały do Kunratic. Ciężarówki podskakiwały na garbach, znowuż w drugą stronę dodawano gazu, bo pod górkę. Gdybyśmy mieli okna od strony osiedla albo gdyby było dość chłodno, by je na noc zamykać, pewnie nie zauważylibyśmy problemu. W Pilznie natomiast akademik, choć mieścił się w pobliżu skrzyżowania dwóch dużych ulic, był od nich dostatecznie oddalony i odgrodzony (drzewami, z jednej strony również kilkupiętrowymi domami), by samochody nie przeszkadzały. Trochę hałasowali studenci (lub inni turyści), ale najpóźniej o północy wszystko się uspokajało.

Pierwszego wieczoru spacer do zoo, od którego dzieliło nas jakieś 15 minut drogi piechotą. Ku naszej radości zza płotu prezentują swe wdzięki dziesiątki małych kangurków, a także wiele innych stworzeń, które spokojnie można oglądać, idąc wzdłuż (zamkniętego już o tej porze) ogrodu. Następnego dnia od rana zwiedzanie Pilzna – to chyba najgorętszy dzień naszej wyprawy, temperatura dochodzi do 35 stopni w cieniu. Zwiedzamy starówkę (piękna synagoga!), plac Emila Škody przed zakładem produkującym samochody tej marki, sprawdzamy, o której następnego dnia mamy autobus do Karlowych Warów, gdzie chcemy pojechać na jednodniową wycieczkę. Potem P. namawia mnie na kino. Cóż, tam przynajmniej jest klima (a w całej Plzeň Plaza – wifi), ponadto zaś z napisów (dubbingu nie ryzykujemy) można się nauczyć trochę czeskiego. Idziemy więc na Usvit planety opic (Ewolucję planety małp), który właśnie wszedł do kin. Świetny, mądry film, no i faktycznie uszczknęliśmy trochę języka – dowiedzieliśmy się na przykład, że „wojna wybuchła” to po czesku válka vypukla ;) W drodze powrotnej idziemy obejrzeć stadion Viktorii, zwanej pieszczotliwie Viktorką – niedawnego mistrza, a teraz wicemistrza Czech.

Widok z wieży kościoła św. Bartłomieja

Widok z wieży kościoła św. Bartłomieja

Ponoć Náměsti Republiky to największy plac, a kościół św. Bartłomieja – najwyższy kościół w całych Czechach. Być może, chociaż specjalnie nie rzucają się w oczy. Tak czy owak widok z kościelnej wieży jest niezły, choć typowy – mnóstwo czerwonych dachów, jak w Pradze, Greifswaldzie czy Bystrzycy Kłodzkiej. Wyróżnia się wspomniana synagoga i może trochę to, że skrajem rynku jeżdżą tramwaje (niestety także autobusy i samochody, co jest już mniej romantyczne). Nieopodal placu mieści się wejście do podziemi, które zwiedzamy z przewodnikiem. Ostatniego wieczoru znów „odwiedzamy” zoo – w cudzysłowie, bo ponownie jesteśmy po zamknięciu, ale teraz idziemy wzdłuż płotu do końca, oglądając i fotografując wszystkie zwierzaki, jakie wyściubią nos, a jest ich sporo.

W międzyczasie jednak udajemy się do Karlowych Warów. W drodze niespodziewanie atakuje nas deszcz, chwilami ulewny; ledwie jednak wysiadamy, przestaje padać. Miasteczko okazuje się urokliwe, choć jego uzdrowiskowo-turystyczny charakter przejawia się w cenach i wszechobecności wycieczek, głównie rosyjskojęzycznych. Warto wspomnieć, że właśnie w Karlowych Warach Jan Becher założył firmę produkującą wódkę nazwaną od jego nazwiska becherovką.

Karlowe Wary

Karlowe Wary

Ostatnim przystankiem na trasie naszej wyprawy jest Letohrad. Wymyśliłam go, bo a) chciałam trochę odetchnąć prowincjonalnym powietrzem, pochodzić jeśli nie po górach, to przynajmniej po pagórkach, polach i lasach; b) był dogodnym miejscem do rozpoczęcia podróży powrotnej, bo można się z niego przemieścić do Poznania z jedną tylko przesiadką; c) obiło mi się kiedyś o uszy, że jest ładny. To ostatnie przesadnie się nie sprawdziło, bo wyglądał dokładnie tak jak większość małych miasteczek w Czechach, czyli sympatyczny, lecz nie porywający. Bardzo fajne natomiast mieliśmy lokum w pensjonacie Jitřenka – pokoik z własną łazienką i maleńką kuchenką. Chylimy czoła przed idealnym wykorzystaniem niewielkiej przestrzeni, dzięki której turysta ma prywatność i wygodę. Do tego telewizor – coś, czego ogromnie nam brakowało w poprzednich miejscach, bo to najlepszy sposób nauki języka – i wifi.

Widoczek z trasy w okolicach Letohradu

Widoczek z trasy w okolicach Letohradu

Pierwszego, nieco deszczowego dnia zwiedzaliśmy miasteczko, a potem, gdy już trochę się wypogodziło, przespacerowaliśmy się ścieżką edukacyjną po okolicznych polach i lasach. Drugiego już bardziej ambitnie – rano muzeum rzemiosł, później wędrówka szlakiem do tamy na Dzikiej Orlicy w pobliżu wioski Nekoř. Trochę żałujemy, że nie poszliśmy dalej, bo dopiero potem zaczynały się kąpieliska i w ogóle jakieś życie, a przy samej tamie głusza. I prawie jej nie widać przez drzewa. Ale wcześniej, po drodze, widoki ładne.

Następnego ranka musieliśmy niestety pożegnać Letohrad i wsiąść do pociągu, który zawiózł nas prosto do Wrocławia. Tam mieliśmy półtorej godziny przerwy, które planowaliśmy poświęcić na obiad, ale spotkała nas przykra niespodzianka: na wrocławskim dworcu nie ma już żadnego baru oprócz KFC! Są za to aż dwie kawiarnie i w jednej z nich, z braku lepszego wyjścia, przesiedzieliśmy przerwę.

Jak zawsze zbyt krótko, zbyt mało. Na osłodę życia pozostaje oglądanie czeskiej telewizji i planowanie kolejnych wypraw.

Praga - widok z wieży ratusza

Praga – widok z wieży ratusza

Postaram się wkrótce dorzucić jeszcze trochę zdjęć.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s