Dziki liryzm

Okladka_plyty_Escapist_6474938

Nasamprzód muszę coś wyznać: gdzieś na przełomie wieków przestałam absorbować nową muzykę. Zatrzymałam się na etapie słuchania tego, co poznałam do tamtej pory, wyjątek czyniąc jedynie dla ulubionych, a wciąż nagrywających artystów. Kiedy próbuję sobie przypomnieć fascynacje, które zaczęły się w tym stuleciu, oprócz kilkorga latynoskich pieśniarzy (w ramach zboczenia zawodowego, ale też dlatego, że są tego warci) przychodzą mi do głowy tylko dwie: Deine Lakaien i Gaba Kulka.

Deine Lakaien poznałam dzięki koledze, który sprezentował mi płytę Kasmodiah. Wessało mnie błyskawicznie, od innego kolegi pożyczyłam niemal całą dyskografię. I podobnie jak w przypadku największych idoli, zupełnie ignorowałam fakt, że nie podoba mi się wiele utworów, a nawet całe płyty. Liczyło się to, co się podoba: wrażliwość, profesjonalizm, piękne melodie i teksty (choć czasem, w odróżnieniu od tekstów Gaby, pisane kulawą angielszczyzną). Nie śledzę dokonań niemieckiego duetu płyta po płycie, ale panowie Veljanow i Horn chyba na zawsze zapisali się w moim sercu.

Z Gabą zetknęłam się jeszcze bardziej banalnie – swego czasu miałam problemy z dobudzeniem się, więc rano, po dźwięku budzika, włączałam radio i słuchając tego, co mówią lub grają, powoli przełączałam się w tryb dzienny. Pewnego razu radio puściło piosenkę o tym, że „ryżu z ulicy nie wyzbierasz gdy raz rozsypany”. Spodobała mi się na tyle, że wklepałam słowa w gugla, wyskoczyła mi Gaba, przesłuchałam na youtubie kilka następnych kawałków, trafiłam na jej interpretację Tears of the Dragon, wsiąkłam. Potem były dwa koncerty, trzy płyty i wreszcie pierwszy nowy materiał od pięciu lat, pierwszy od czasu, odkąd jej słucham – a więc radość słuchania czegoś, co dopiero się narodziło, ale i obawa, jakie to będzie.

Tym, co uderza w „Eskapiście”, jest doskonałe brzmienie. Odkopałam nawet swój staroświecki kompakt, ale okazało się, że jedna kolumna trzeszczy (ciekawe, że wcześniej tego nie zauważyłam), więc używam słuchawek. Płyta jest doskonale zagrana, zaśpiewana, zmiksowana i wyprodukowana. Po tym względem trudno ją nazwać inaczej niż perfekcyjną.

A utwory? Od początku słuchania Gaby mam z nią to, co ze wszystkimi artystami, którym dałam kredyt zaufania (albo raczej – którzy wdarli się w moje serce tak głęboko, że nic ich nie wyciągnie): mogą mi się podobać dwa utwory na płycie, a i tak ją kupię. Rozumiem, że artysta powinien być wierny sobie, a nie słuchaczom – oni mogą jedynie zdecydować, czy on jeszcze (już) jest ich, czy już (jeszcze) nie. Pochlebiam sobie, że to coś w rodzaju dojrzałej miłości, a nie durnego zakochania, które kończy się wtedy, gdy zauważamy, że druga strona nie jest naszym lustrzanym odbiciem. Gaba nigdy nie mówi o swoich miłośnikach „fani”, zawsze „słuchacze”, i może to właśnie jest ta różnica – ona szanuje nas, a my ją.

Nie nastawiałam się więc, że każdy utwór powali mnie na kolana. Singlowe Wielkie wrażenie, które usłyszałam jeszcze przed wydaniem albumu, wzbudziło dwojakie uczucia. Po pierwsze – od razu wiedziałam, że utwór stanie się hitem, klasykiem z gatunku tych, które za dwadzieścia lat będą lecieć w „Złotych przebojach”. A to dla mnie duży minus, bo wbrew temu, co napisałam powyżej, w pewnym stopniu jestem psychofanką (i snobką), która chciałaby, żeby artystka śpiewała tylko dla niej, ewentualnie dla niszowego grona wybrańców, a nie dla całej Polski. Z drugiej strony trzeba Gabie przyznać, że ma ogromne wyczucie do pisania i wybierania na single utworów absolutnie hitowych i gwarantujących częstą emisję radiową, która – mam nadzieję – przekłada się na sprzedaż płyt. Na poprzedniej płycie tę samą rolę odegrały Niejasności – bez których, nawiasem mówiąc, nie zostałabym snobistyczną psychofanką.

Ale to niejedyna przyczyna dwoistości mych uczuć. Mam też problem z tekstem Wielkiego wrażenia. Z jednej strony mogę się obiema rękami, mózgiem i sercem podpisać pod słowami „Rozumiem, ale czuję bardziej”, z drugiej – nie bardzo ogarniam, o czym lub o kim jest ten tekst. Tylko please, nie wsiadajcie na mnie, że mam patrzeć sercem, bo ja właśnie sercem widzę jedynie jakieś skrawki, ładne frazy, ale nie umiem ich zebrać do kupy. Mam taką interpretację, że poprzez owo kierowanie się czuciem podmiot liryczny jest płynny niczym „Człowiek nieciągły” z opowiadania Ani Kańtoch: dryfuje za emocją to tu, to tam, nie mogąc nigdzie zakotwiczyć. Dziś wypowiedziane słowa jutro mogą okazać się kłamstwem. Tylko trochę mnie przeraża to wielkie wrażenie, które nie wiadomo kiedy może się przeobrazić w wielką obojętność.

Nawet jeśli odbijam się od warstwy lirycznej niektórych utworów i ubolewam nad tym, bo chciałabym czuć tę płytę jeszcze głębiej w sobie, zniewala mnie talent poetycki Gaby, jej umiejętność tworzenia niesamowitych wizji z prostych słów. Gaba jest poetką przez duże P, nie tylko poprzez to, jak potrafi składać słowa, ale chyba przede wszystkim poprzez swoją inność. Trochę przywodzi mi na myśl Emily Dickinson, choć na szczęście nie jest tak wycofana.

Ale i kiedy przemawia najprościej w świecie – tak, że wydawałoby się, iż nie zdoła uniknąć kiczu – lepi piękne światy. Zdecydowanie moim ulubionym tekstem jest Z marcepana, drugi polskojęzyczny utwór na płycie:

Pozostawiona samej sobie łykam jak komunię
z ich kawy niedopitej i siadam gdzie siedzieli
lecz pamięta dzikie zwierzę miesiące oswajania
wciąż szeptem i dotykiem, „ty jedna i jedyna”…

Ciarki przechodzą, gdy się słucha Gaby śpiewającej te słowa; słowa świadczące o wielkiej wrażliwości, kruchości, a jednocześnie o gigantycznej sile, która pozwoliła jej wyjść z tą kruchością do świata. Przypomina mi się Over Petera Hammilla, płyta w całości poświęcona rozstaniu. Mówił, że nagrywał tę płytę, gdy już nie bolało, ale słuchając takich utworów jak Betrayed, śmiem w to wątpić.

Żeby było ciekawiej, drugim obok lirycznego Z marcepana moim ulubionym utworem jest energetyczny, punkowy wręcz X. W pewnym momencie, gdzieś za połową, granie tak się zagęszcza, że odlatuję w przestworza niczym kosmonauta z okładki. Od tekstu, niestety, odbijam się podobnie jak od Wielkiego wrażenia, ale ponieważ utwór jest hałaśliwy, nie mam problemu z chłonięciem samej muzyki.

Na razie, po tych kilku przesłuchaniach, do moich faworytów należą też Mastodon Heart, Christmas Party Song (ten ostatni za tekst, ale też za to, jak Gaba operuje w nim głosem – w ogóle zresztą śpiewa na tej płycie genialnie) i cover jej ulubionego Queens of the Stone Age – Keep Your Eyes Peeled. Pewnie w miarę słuchania i odkrywania nowych rzeczy ta hierarchia odrobinę się poprzestawia, zważywszy płynność naszych wrażeń, nawet tych wielkich. Więc trochę jednak kłamię – ale czuję bardziej i kocham🙂

X
Z marcepana

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s